PIERWSZY PAPIEROS WESOŁY AUTOKAR LEGII ŚLEPY DZIENNIKARZ (ODCINEK 3) 
Legia? Od razu mnie wszyscy polubili. Przyszedłem na Łazienkowską pod koniec 1990 roku. Mieliśmy taki mecz Pucharu Polski, z Zagłębiem w Wałbrzychu. Wygraliśmy. Podróż była na tyle wesoła, że w Warszawie niektórzy koledzy już wypadali z autobusu. Pewnie wszyscy się zdziwią, ale najbardziej niedobrze zrobiło się Maćkowi Szczęsnemu. To dziwne, bo Maciek był zawsze poza grupą. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale z czasem się zorientowałem. - Znowu go nie ma - myślałem, podpalając papierosa na kolejnym potreningowym spotkaniu. Pewnie wielu zdziwi słowo "papieros". Zacząłem palić, gdy miałem 18 lat. Spotkałem znajomego. - O, ty paliszś! - zapytałem. - Daj spróbować! - padło po chwili. No i tak się wciągnąłem. W Legii to nie był problem, bo wtedy było niewielu... niepalących. Chociaż oczywiście w szatni nikt nie kurzył.
Mecz z Zagłębiem w Wałbrzychu był ostatnim w roku i ostatnim Romka Koseckiego w Legii. W autokarze przechodziliśmy roztrenowanie połączone z pożegnaniem "Kosy". "Szczęśniak" w nim uczestniczył, choć na co dzień to rozmawiał chyba tylko z... żoną i słupkami. Ja tam z nim zawsze miałem dobre układy, ale z nim było tak: trening, prysznic, białe renault i w długą! Tego dnia siedziałem w środku autokaru i nie wychylałem się, bo byłem nowy. Wałbrzych - koledzy otwierają piwa. 20 kilometrów od Wałbrzycha - kolejne. 40 kilometrów - kolejne. A do Warszawy kawałek drogi jest! Już byliśmy na "katowickiej", gdy... zostałem zaproszony do tańca. Zaproszenie przyjąłem. To było tak...
- Młody, choć no tutaj! - krzyknął bodajże Darek Czykier.
Młodemu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Po chwili integrowałem się już z grupą. Młody się spodobał! Młody nie pęka! Młody jest normalny! Młody... pije! Ale to było tylko piwo. Trenerzy nie zwracali uwagi, bo to był ostatni mecz w roku, potem czekały nas urlopy. A ja wkupiłem się w łaski na dobre, choć ekipa się wnet zmieniła. Póśniej, po sezonie, "Piszczyk" poszedł na zesłanie do Motoru Lublin, Iwanicki wyjechał, Kubicki wyjechał. W zasadzie niewielu nas zostało. Do Pisza i Czykiera trener Stachurski podobno miał pretensje, że gdzieś poszli na miasto przed finałem Pucharu Polski. Tak, jak gdyby w Spale dało się iść na miasto... To fizycznie niemożliwe, dopóki nie wybudują tam miasta!
Warto jeszcze wrócić do tego meczu w Wałbrzychu. Mało kto wie, ale... tam strzeliłem swojego pierwszego gola dla Legii. Wróciłem do Warszawy, rodzina nie spała, bo wszyscy przeżywali mój debiut.
- Grałeś? - spytał tata.
- Grałem - odpowiedziałem krótko.
- I jak? - ciągnął temat.
- Dobrze, 90 minut, strzeliłem gola - tyle powiedziałem i położyłem się spać.
No to następnego dnia mój tata pobiegł do kiosku i kupił wszystkie możliwe gazety. Bierze pierwszą - nic o Kowalczyku, drugą - nic, trzecią - nic, czwartą - nic. Wszyscy napisali, że gola zdobył Iwanicki i tak już zostało, nawet w poważnych książkach! A to jakiś dziennikarz z Wałbrzycha pomyślał, że jak gola strzelił ktoś z wąsami, to na pewno Iwanicki. Nic z tego, to byłem ja! Mój tata nawet zadzwonił do "Przeglądu Sportowego". - Co wy wypisujecieś Mój syn, Wojtek Kowalczyk, strzelił gola dla Legii, a wy żeście napisali, że Iwanicki. Amatorka! Błąd za błędem! Dno! Żenada! Kompromitacja! - mówił. Nawet potem wydrukowano tę wypowiedś. A historia... powtórzyła się. Kilka miesięcy póśniej był mecz z ŁKS. Wszyscy napisali, że gola zdobył... Iwanicki z rzutu wolnego, a tymczasem ja uderzyłem dośrodkowaną przez niego piłkę głową. Tak to "Kowal" promował Iwanickiego.