CHAMPIONSHIP MANAGER STORY 
Raz na jakiś czas, tak jakoś się człowiekowi zrobi, że mu się na wspomnienia zbiera. Tak też mi się dziś, jakby to powiedział profesor Miodek, stanęło, a przyczyn takiego zdarzenia jest niewątpliwie wiele. Po pierwsze ciśnienie mamy raczej wysokie i pogodę wiosenną, a jak ogólnie wiadomo obecna pora roku działa na ludzi dość uduchawiająco, a więc skłania do dumania. Pobudzająco wpłynął też na mnie nowy numerek najlepszego Zinu w Polsce, nie trzeba chyba wspominać jakiego. A także, last but not least, do wspomnień zmotywował mnie alkohol, który pochłonąłem dziś w ilościach dość znacznych. Słowem: cały teraz nostalgiczny jestem i stare, i dobre czasy wspominać będę.
Z Grą Tą po raz pierwszy spotkałem się u mojego przyjaciela z boiska, niejakiego Łukasza. Łukasz w czasie tym znany był, jak moje miasteczko długie i szerokie, z faktu posiadania na swym twardym dysku nowej FIFY, rocznik bodajże 98. A, trzeba Wam wiedzieć, żę FIFA 98 to w owym czasie był szpan na 120 fajerek! To było coś takiego jak nowa BeeMka - nic dziwnego więc, że do Łukasza pielgrzymowało się, jak do jakiego Medjugorje.
Łukasz FIFY miał już serdecznie dość, granie w nią z każdym przechodniem przestawało go bawić. Próbował więc się trochę migać, także w moim przypadku. Zaproponoiwał mi bowiem zastępczy obiekt westchnień. "A może tak jaki menadżer?".
Ja byłem wówczas młody i głupi, toteż nie rozumiałem jeszcze niewątpliwej powagi sytuacji. Nie dostrzegałem tych drzwiczek z napisem "Eden, przejście służbowe". Nie widziałem długiego, ciemnego tunelu ze jasnym, zapraszającym światełkiem u końca. Żadnych chórów anielskich, żadnych kręgów wtajemniczeń. Żadnej tabliczki, "Raj, 100 metrów."
Ale nie minęło piętnaście minut gry i ja do tej Valhalli trafiłem. Może nie przez Bramę Niebieską, a wejściem dla służby. Ale zawsze. Nie przesadzę zanadto, jesli napiszę, że w tym czasie piłka nożna znaczyła dla mnie, w ogólnym zarysie, wszystko. Był ze mnie taki mały futbolowy fanatyk, który kolekcjonował legendarne Encyklopedie Piłkarskie FUJI i prenumerował wszystkie rodzaje "Piłek Nożnych". W tych latach chmurnych, durnych z zapałem wkuwałem składy ze "Skarbu kibica". I to nie tylko Ligi Polskiej.
Nic więc dziwnego, że Championship Manager 3 wywarł na mnie piorunujące wrażenie. I błyskawiczne. W ogóle burzliwe było to spotkanie.
Początki oczywiście łatwe nie były. Karierę piłkarskiego menadżera zaczynałem bowiem w wieku lat 13, a w wieku lat 13 po angielsku jeszcze zbyt wybitnie to ja nie sprechen. Poza językiem, utrudnienie stanowiła dla mnie mnogośc nazwisk i taktyk - ale wszystko, jak to się mówi, wyszło w praniu. Po kilku przymusowych zwolnieniach, w myśl zasady, że nie jest się jeźdzem jak się nie upadnie w galopie, poczułem się menadżerem z tradycjami (czyli po przejściach). I zaczęły się pierwsze me cudowne, menadżerskie doznania. Taka mała inicjacja.
Postanowiłem zacząć od ligi, która zawsze fascynowała mnie, jako że od dawiem dawna stanowiła prawdziwą taśmę produkcyjną wirtuozów światowego futbolu. To z niej pochodziły takie gwiazdy jak Zico, Garrincha, Mario Zagalo, znany tu i ówdzie :) Pele, a ostanimi czasy Romario i Ronaldo. Zaczęłem, rzecz jasna, od ligi brazylijskiej.
Na obiekt mej - specjalnej - troski wybrałem sobie klub znany, zostałem bowiem wirtualnym menadżerem Corinthians Sao Paulo. Och, jaki tam był klimat! Mecze dwa razy na tydzień! Z dwanaście rival clubów (przynajmniej w moim odczuciu rival! Bezlitosny ruch transferowy ("chcę-wyjechać-do-Europy-już!-już!"). I Ci kibice! Takiej liczby kibiców na jednym meczu ze świeą szukać...
Z Corinthians tak naprawdę nic nie osiągnąłem. Oczywiście, awansowałem zazwyczaj do finału Puchgaru Stanu Sao Paulo, lecz zawsze na drodze stawał mi Santos, alternatywnie Palmeiras czy FC Sao Paulo. Ja jednak nie mogę zmilczeć zawodników, których miałem okazję prowadzić. Miałem w swej drużynie wspaniałego snajpera Edilsona, który bramki strzelał z regularnością godną pełni księżyca, co jednak nie znaczy, że raz na miesiąc. Grał też w Corinthias Marcelinho Carioca (obecnie zdaje się Olimpique Marseilles, bramkostrzelny pomocnik). Ci dwaj nie sprawdzili się jednak w silniejszych ligach, w których później grałem - w przeciwieństwie do: (FANFARY!) Narciso.
Narciso dos Santos to dla posiadaczy nowszych wersji CMu postać dość enigmatyczna. W nowszych wersjach gry się bowiem niczym specjalnym nie wyróżnia - ale uwierzcie mi na słowo: w CM3 pozycja prawego, defensywnego pomocnika należał tylko do niego! Gdziekolwiek by nie trafił okazywał się być dość systematycznie objawieniem - a nie muszę chyba dodawać, że objawiał się zawsze w moich zespołach? ;)
Brazylia, powiedzmy sobie szczerze, potrafi jednak także być wcale nieznośna. Moskity gryzą jak szalone, klimat jest okropnie wybitnie wilgotny, piranie zaś dość przesadnie krwiożercze. Do tego dochodzą kradzieże na Copacabanie i niezbyt miła okolica slumsów. Po pewnym czasie po prostu wie się, że trzeba zmienić klimat.
Ja, spragniony mistrzostw i pucharów wybrałem Norwegię. Wybrałem Rosenborg.
Rosenborg, trzeba to sobie powiedzieć, prowadzić było w CM3 nietrudno. Wystarczyło bowiem wystawić 11 zawodników do meczu i liga w zasadzie wygrana. Bramkarzem był wówczas Jamftall, obrone trzymał za pysk Erik Hoftun wspomagany przez Basmę, w pomocy zaś brylowali Stensrudt i - przynajmniej u mnie - Riise. W napadzie zaś grał Sigurd Rushfeld, zawodnik któremu strzelić mniej niż 25 bramek na sezon zwyczajnie nie wypadało.
Jeśli miałbym co z tego okresu wspominać to bez wątpienia pewne - dość zabawne - wydarzenie. Otóż w CM3 nie można jeszcze było odmówić wydania zawodnika na mecz reprezentacyjny - kto został powołany, ten do kadry jechał. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, przynajmniej do dnia, w którym z przyczyn wyższych nie zagrałem spotkania w Pucharze kraju. Po prostu w kadrze zawodników mi zabrakło... tak to jest, gdy ma się w klubie 15 reprezentantów Norwegii...
Wreszcie, po 6 potrójnych, norweskich koronach, naszła mnie odwaga, by spróbować swego szczęścia w najlepszej - jak mi się wówczas wydawało - lidze świata. Zostałem dumnym i bladym menadżerem mojego ukochanego klubu, AS Fiorentiny Florencji.
Czego ja z tymi moimi Fioletowymi nie przeżyłem! Finału Ligi Mistrzów nie przeżyłem, Klubowego Mistrzostwa Świata nie przeżyłem, Superpucharu Europy też przeżyć się nie udało. Ale po prawdzie spadku też nie było - był za to Puchar UEFA i Mistrzostwo Włoch. Ale z takim składem nie szło inaczej, żadna to wielka moja zasługa. Batistuta, Chiesa, Rui Costa, Di Livio, Padalino, a także zakupieni: Aimar, Barros Schelotto, Paulo Sousa (tak po starej znajomości...) i Narciso - czy takim składem można nie wygrywać? Odpowiem zaraz: mi się nieraz udawało. Ale porażki tylko dodawały grze smaku...
A teraźniejszość? Cóż, teraźniejszość jest brutalna. Płyta od wspaniałego Championship Managera 3, nadużywana na okrągło, odpalana chyba na każdej maszynie w mojej miejscowości, dokonała wreszcie swego żywota... Nie wytrzymała towarzyszącego jej napięcia, padła niczym Napoleon pod Waterloo. Urządziliśmy jej piękny pogrzeb...
A co pozostało mnie, biednemu fanowi CeeMka? Ano, oczekiwanie. Czwarta część najlepszego menadżera na świecie już stoi u progu. Kto wie? Może jeż sięga do kołatki...
UnionJack