-Twój Władca jest czasowo niedostępny. Skontaktuj się z najbliższym Urzędem Przyznawania Tymczasowych Władców, aby otrzymać Władcę z urzędu.- Zabrzęczało z metalowej skrzyneczki wmurowanej obok bramy w murze otaczającym dom Johna Wrima powodując, że twarz jego Sługi przybrała wyraz "o". Zamazany przez mgłę, oglądany przez szybę, zamazany kształt stał przez chwilę przy bramie po czym odszedł powolnym krokiem. John zasłonił okno przez które miał doskonały widok na bramę jego posiadłości. Dopiero teraz zaczął doceniać zalety urządzenia kupionego wczoraj na czarnym rynku, które miało za zadanie imitować jego brak obecności w domu. Musiał oddać za nie samochód. Właściwie miał ich kilka i na żaden nie zarobił. W końcu wszystko wykonywali Słudzy. Gdyby nie mogli przestać. Właściwie próbował parę razy wyjaśnić im o co chodzi, ale to nie skutkowało. Usłyszał cienkie pikanie, co spowodowało, że spojrzał na zegarek. Miał spotkanie Anonimowych Niezdolnych do Władzy. Musiał jeszcze tylko nałożyć twarz i wymknąć się niepozornie z domu, żeby w końcu zobaczyć się z takimi jak on. Po pięciu minutach wyjeżdżał przez tylną bramę na boczną ulicę biegnącą za szeregiem posiadłości. Zbudowali ją Władcy. Samodzielnie. Tak, żeby mieć czym uciekać w razie potrzeby. Kiedy odbywały się tajne narady nad tym projektem był raczej sceptyczny. Przecież mogli tym wywołać gniew Sług, a może nawet większości Władców. W końcu jednak przydaje się cholerstwo, pomyślał szybko mknąć nielegalną szosą, co umożliwiało mu zniknięcie z radarów. Droga była sucha mimo beznadziejnej, jesiennej pogody i braku zainteresowania Sług. Poczuł jak ogarnia go senność. Na szczęście właśnie dojeżdżał. Mógł już zobaczyć trzypiętrowy budynek położony z czerwonej cegły przed, którym w dzień i w nocy stało dwóch wartowników. Najprawdopodobniej należeli do Sług. Kiedy podszedł bliżej mógł dostrzec ich nienaturalnie białą cerę i całkowicie czarne oczy. Pochylając głowę przeszedł między salutującymi Sługami. Miał jakąś godzinę, zanim Urząd Porządkowy znajdzie jego aktualne miejsce pobytu i skieruje tam jego Sługę. Dokładnie tyle ile potrzebował, albo nauczył się potrzebować. Potem najpewniej będzie musiał zgubić rzep, jak określali to Anonimowi. Na czoło spadła mała zimna kropla wody. Przystanął przed samymi drzwiami budynku. Spojrzał za siebie. Usłyszał jak spadają kolejne, aż porządnie się rozpadało. Chwilę potem był już w środku. Przemierzał spokojnymi, ale wciąż dużymi krokami długi błyszczący korytarz i wchodził po schodach robiąc przy tym niemało hałasu w wyciszonym pomieszczeniu. Uwielbiał to robić. Wszedł na pierwsze piętro po czym znalazł odpowiednią salę. Dobiegła go gryząca woń dymu papierosowego. Nigdy nie mógł do niej przywyknąć. Nawet po licznych spotkaniach Klubu. Stanął przed właściwymi drzwiami po czym nacisnął na guzik w granatowym płaszczu, który umożliwiał wyciągnięcie automatycznego lusterka. Po chwili ujrzał młodą, znajomo wyglądającą twarz odbijającą się w wyciągniętym z prawej kieszeni przedmiocie. Kiedy stwierdził, że jego krótko przystrzyżone czarne włosy, przenikliwe piwne oczy wyglądające bystro spod ozdobnych przeźroczystych okularów, wyjątkowo, jak na człowieka wyraźne rysy i wory pod oczami są w porządku chwycił za klamkę. Drzwi ani drgnęły. Cholera, przemknęło mu przez myśl kiedy spojrzał na zegarek. Znowu się spóźniłem. Muszę przestawić średnią prędkość pojazdu na wyższą, żeby się to barachło nigdy nie powtórzyło. Miał wyjątkowego pecha, bowiem dzisiaj miał zajęcia w terenie, a to oznaczało, że grupa mogła być po prostu wszędzie. Siedząca za biurkiem całkiem ładna jak na Służącą kobieta spojrzała jak Władca pospiesznie opuszcza budynek i wskakuje do pojazdu. Ciekawe kto jest jego Sługą, przemknęło jej przez myśl. Jednak był to pojedynczy impuls. Zaraz po tym powróciła do czytania raportów ze służby.
Droga urozmaicała swoją czernią krajobraz miasta. Od kałuż odbijało się pomarańczowe światło latarń, a w powietrzu unosiła się mgła. W takie wieczory człowiek albo żałuje, że siedzi w domu, albo żałuje, że kiedykolwiek opuścił jego zacisze. Czarny samochód przecinał powietrze z towarzyszącym mu charczeniem. Droga była pusta. Gdzieniegdzie przebiegali młodzi Władcy i ich Słudzy bawiący się tego wieczoru w mieście. Wszyscy siedzieli albo w domach, albo w pubach, gdzie przy huczącej w uszach muzyce upijali się, a potem rozrabiali z nudów. On miał inne zadanie tego wieczora. Zwiększył już średnią szybkość pojazdu, więc poruszał się z o wiele większą prędkością, przy której mógł zapanować nad pojazdem. Ten warunek bezpieczeństwa pojazdy miały wbudowany przez Sługi. Nie mogli sobie przecież pozwolić na utratę jeszcze jednego Władcy. To powoduje, że kolejny z ich rasy będzie odrzucony, za czym idzie jego likwidacja, albo przydzielenie do oddziału rozrodczego. John nacisnął na przycisk uruchamiający automatycznego pilota i odprężył się w skórzanym fotelu. Spoglądał przez okno, na zimny mroczny świat, jakim się właśnie wydawał. Przed oczami mignęła mu znajoma twarz. Fordin zahamował z piskiem, mimo mokrej nawierzchni. Po sekundzie wyskoczył z niego właściciel owego zakładając w biegu granatowy płaszcz i pobiegł w stronę zauważonego znajomego. Jedna myśl go uspokoiła, a druga wciąż gnębiła i nie pozwalała cieszyć się pierwszą. Odnalazł grupę, ale za jakieś pół godziny przybędzie po niego jego Sługa i wszystko zacznie się od nowa.
-John! Myślałem, że już nie przyjdziesz!- Wykrzyknął Bill Spex, kiedy zauważył go przebijającego się przez tłum. Pomachał krótkimi grabiami, a na jego śniadej twarzy zagościł szczery uśmiech. Przynajmniej tak mu się wydawało.- Gdzie byłeś?
-Powiedzmy, że miałem problem ze zgubieniem Sługusa.- Próbował opanować przyspieszony oddech. W końcu biegł tylko kawałek. Nacisnął pomarańczowy guzik na swoim płaszczu, za pomocą którego zaparkował samochód w najbliższym możliwym miejscu.
-Z nimi zawsze są problemy. Szkoda przyznawać, że bez tych...- Zająknął się.- Istot, nie byłoby naszej cywilizacji.- Zaśmiał się niepewnie. Twarz Johna spoważniała. Przybrała obojętny, czyli w rezultacie wrogi wyraz.
-Nie sądzę, żebyśmy nie potrafili bez nich żyć.- Syknął niechętnie stając na palcach, aby lepiej dojrzeć koniec kolejki do klubu.- Gdzie są inni?- Zręcznie zmienił temat spoglądając na lekko zaniepokojone oblicze Billa.
-Są już w środku. Doktor kazał się zebrać dzisiaj wcześniej. Miałem do ciebie zadzwonić, ale jakoś wypadło mi z głowy, więc kazał mi czekać na ciebie tutaj. Spodziewał się, że będziesz nas szukać w centrum. Nic się właściwie nie stało.- John postanowił nie robić awantury. W końcu nic się nie stało, a niepotrzebna kłótnia między Władcami mogłaby spowodować pojedynek ich Sług, co oznaczałoby śmierć jednego z nich i wymianę na młodszego, którego zaś trudniej gubiłoby się w tłumie, albo poprzez szybką jazdę.
-Spoko.- Podsumował Wrim przeskakując z jednej nogi na drugą na znak oczekiwania.- Nic się nie stało, jak już zdążyłeś powiedzieć. Zauważył, że Bill zdążył się spocić. W końcu wiedział, że jego Sługa był silniejszy. W spokoju zaczekali na swoją kolej wejścia do lokalu.
Czarne, wygłuszone drzwi stanęły przed nimi otworem. Przekraczając próg weszli w mgłę dymu papierosowego. Przez znajomy z instytutu zapach przebijała się jeszcze woń rozlanego piwa i drinków. Uderzyła ich nagła fala niesamowicie głośnego łomotu. Piosenki puszczane były od tyłu, tak żeby przekazać jak najwięcej wiadomości do podświadomości, co w rezultacie prowadziło do ogólnego stępienia społeczeństwa. John włożył w uszy specjalnie przygotowane na ową okoliczność kulki miękkiego plastiku. Spoglądając na towarzysza skinął lekko głową, na znak przygotowania. Podążyli przyspieszonym krokiem wśród zapijających się podskakujących w górę, albo leżących na podłodze nastolatków. Wymijając rzygającego do żółtej miski trzymanej przez Sługę miski Władcę John spokojnie wszedł do wydzielonej salki na półpiętrze. Kątem oka dostrzegł jak młody zwierzchnik przez przypadek wymiotuje na swojego równie młodego podwładnego. Opanowawszy falę mdłości wszedł do pokoju. Sala była mała i dobrze oświetlona. Przy okrągłym stole siedziała już cała grupa. Zamknąwszy drzwi John wyjął "specjalne narzędzia izolujące" z uszu po czym usiadł dołączając do reszty. Byli już wszyscy, tak jak stwierdził przy drzwiach. Zobaczył braci Keml, wciąż niepoważnych i szalonych jednak strachliwych i nadzwyczaj tchórzliwych, jak zwykle to bywa w takich przypadkach. Była też piękna Messy, ciągle nie mogąca wyobrazić sobie doskonałego związku i jeszcze czekająca na ideał, który nigdy nie nadejdzie. I cała reszta znajomych i poznanych nawet za bardzo twarzy. Była jednak osoba, która zasługiwała na większą uwagę. Nad wszystkimi obliczami górowało jedno. Przywdziany w biały laboratoryjny fartuch doktor Mericht siedząc i spalając kolejnego papierosa, patrzył spokojnie jak dym go oplata zamazując jego i tak rozlane rysy. Był już posunięty w wieku, o czym świadczyły siwe włosy i prawie biała broda, jednak nie na tyle, aby być niedołężny. Niedołężny to ostatnie słowo, którego można było użyć w stosunku do tego człowieka. Doświadczony bardziej pasowało do tej postaci. Niektórzy mówili do niego "doktorze Mericht", albo "doktorze". Inni jednak wołali na niego Jim. Bardziej lubił tych drugich.
-Dobrze, że jesteś John.- Powiedział powoli doktor gasząc wymęczonego prawie do końca papierosa. - Szczerze mówiąc zaczęliśmy się niecierpliwić. Mieliśmy właśnie odwołać Billa i przystąpić do zebrania, ale skoro jesteś możemy już zaczynać.- Na jego zazwyczaj ponurej, albo po prostu zatroskanej twarzy zagościł przelotny uśmiech.- Dzisiejszym tematem do rozmów jest motywacja Sług do usługiwania Władcom. Czy ktoś chce rozpocząć dyskusję? - Na tą komendę wszyscy wyciągnęli zeszyty ukryte przedtem w płaszczach, albo plecakach. Cholerne przedszkole, przemknęło Johnowi przez myśl kiedy wyjmował swój zeszyt. Zauważył, że z siedzącej blisko siebie grupki ludzi wybija się biała dłoń. Ktoś rzeczywiście chciał zacząć dyskusję. Owa biała rączka należała oczywiście do Holly, krzykliwej młodej i obrzydliwie pełnej życia osóbki. Gdyby nie jej uroda najpewniej nikt by nie słuchał jej "super-optymistycznych-uśmiechnij-się" komentarzy. Z Johnem na czele z resztą.
-Uważam iż Słudzy mają swoje zachowanie za absolutnie normalne i sprawia im to wiele radości.- Jej piskliwy głosik przebił się przez ciężkie powietrze sali i powędrował pod sufit, żeby tam siać spustoszenie. Lubiła mówić. Nawet bardzo. Wszyscy wtedy skupiali na niej uwagę i mogli śmiało podziwiać jej lekko zadarty nosek, precyzyjnie wymodelowaną buźkę i rudawe włosy sięgające ramion. O pięknych zielonych oczkach już nie wspominając. Wszyscy czekali na kontynuację wypowiedzi w ciszy. Dopiero po chwili dotarło do nich, że nie ma na co czekać.
-Dobrze... Co sądzą inni?- Po tym następowała przymusowa wymiana poglądów. Każdy mówił o swoim zdaniu, albo po prostu przystawał do opinii siedzącego obok. Kiedy gruby głos Jima zakończył swoją wędrówkę po sali i nastała oczekująca cisza do Johna dotarło, że nastała jego kolej na wymianę poglądów. Nie lubił tego robić. Osobiście uważał to za niepotrzebne strzępienie języka, ale przecież nie mógł tylko siedzieć i słuchać. Takie były zasady. Wyprostował się, zwilżył spierzchnięte wargi językiem i rzucił:
-Nie wiem.- Zobaczył przechodzącą po twarzach zgromadzonych falę uśmiechów. Fala narastała, aż wreszcie została przerwana przez cienki chichot i w sali zadźwięczał niesamowity rechot.- Kiedy ja naprawdę nie wiem.- To zahamowało śmiech.- Skąd mam wiedzieć do cholery? Nie jestem taki jak oni. Nie wiem co się czuje, kiedy coś się komuś ofiarowuje. Logiczne, nie?- Szukał wsparcia w twarzach wlepiających teraz w niego tępo oczy. Wreszcie ją znalazł. Poważny, szpakowaty mężczyzna w doktorskim fartuchu wstał i odrzekł gromkim głosem:
-Ja też nie wiedziałem John. Tak jak wszyscy z resztą teraz nie wiedzą. Pozwólcie, że coś wam wytłumaczę. Czy ktoś słyszał o aparacie Jonowskiego?- Niezrozumienie wypływające na twarzach zgromadzonych odpowiedziało na zadane pytanie. Jasne, że nie, stwierdził w duchu doktor. Nie mieli prawa.- Aparat Jonowskiego daje odpowiedź na wszystkie wasze pytania. Przypomnę wam troszkę historii. Otóż w 2734 roku, jakieś 212 lat temu na niezamieszkałą planetę przybyli pierwsi ziemscy kolonizatorzy. Mylili się jednak co do jej statusu. Otóż planeta była zamieszkana przez osobną rasę...- John poczuł wibrowanie na całym ciele. To zegarek dawał znać o zbliżającej się porze, na którą został nastawiony. Porze namierzenia przez Służących. Miał jeszcze jakieś dwadzieścia minut zanim przyjadą i dostaną się do klubu. Dostanie, ściślej określając. To ciekawe, bo zawsze myślał o nich jak o zwartej organizacji, której członkowie ściśle ze sobą kooperując osiągali cel. Profesor zauważywszy, że John gotuje się na miejscu przyspieszył wykład i przeszedł do sedna:
-Drodzy państwo. Jest sposób na uzdrowienie stosunków między Sługami, a Władcami i ja miałem przyjemność go odkryć.- Jego głos uciszył wszystkie inne. Uciszył też myśli wszystkich, albo co więcej, sprawił że zawrzały. Cokolwiek działo się w umysłach słuchaczy panowała przy tym niezmącona cisza.- Wiem bowiem gdzie ukryty jest aparat Jonowskiego.- Staruszek widząc na przemian otwierające i zamykające usta oblicza postanowił zabić wszelkie pozory realności dla owych nieszczęśników. Uśmiechnął się przy tym lekko.- I to właśnie nam, a raczej wam przypadnie wyłączenie owego.- To wystarczyło, żeby Holly aktorsko zemdlała, a w sali uniósł się niesamowity harmider. Gestykulując, bowiem wszelkie próby przekrzyczenia piętnastu osób były bezcelowe, doktor uspokoił tłum. Miał przed sobą długą drogę wyjaśnień, a czas coraz szybciej popychał wszystko do przodu. Jakby tylko czasami nie mógł się zatrzymać. Nie teraz była na to jednak pora. Postanowił wtedy zrobić wszystko potajemnie, wyznaczając jednostki, które będą musiały wyłączyć aparat samemu i zorganizować całą wyprawę z mniejszym hałasem. Naraz do pomieszczenia wpadł ponad tuzin Sług. Kłaniając się nisko każdy z nich podszedł do swojego pana. Zebranie było skończone. Ludzie zaczęli się rozchodzić nie zwracając uwagi na swoich Służących, otwierających im drzwi i pomagających schodzić ze schodów.
-Podjechałem już samochodem, proszę pana.- Powiedział Sługa Johna, kiedy tamten wstawał ociężale z miejsca. Mógł znieść kiedy otwierano mu drzwi, pomagano zdjąć płaszcz, koszono za niego trawę w ogródku i przyjmowano za niego kary, ale jednej rzeczy nie mógł znieść - nadgorliwości. Tak ich okropna nadgorliwość wreszcie wpędzi go do grobu. Gdyby nie mogli tak po prostu czekać na cholerne rozkazy. Już samo wydawanie okropnie go denerwowało, nie wspominając już o wypełnianiu ich z uśmiechem typu: "co-jeszcze-mogę-dla-pana-zrobić-sir!". Chwilę potem był już w samochodzie i obserwował jak jego Sługa prowadzi pojazd do jego rezydencji. Gdyby mógł oddychałby za niego. Minęli parę typowych wielkich rezydencji Władców i kilka bloków spoczynkowych Sług. Zza szyby świat wyglądał inaczej. Mniej groźnie. Wiatr nie mógł zerwać kapelusza, a i żaden chłód nie miał prawa wpływać na zdrowie. Wreszcie dojechał do swojej rezydencji i mozolnym krokiem powlókł się do środka mijając świeżo podlane, pachnące pięknem świata ziemskie róże. Ostatni znak, że kiedyś była to kolonia ziemska. Ostatni niewyraźny znak, bowiem na Ziemi sprawy miały się nieco inaczej.
John poczuł wibrowanie na całym ciele i pisk przy lewym uchu. Ze spokojem odebrał rozmowę telefoniczną transmitowaną prosto do jego mózgu. Taki jeszcze ziemski gadżet, teraz pewnie antyk. Pod jego usta wysunął się mały mikrofon. Nie mógł myśleć tego co chciał powiedzieć. Taki niedoskonały gadżet.
-Tak słucham...- Zaczął bardzo zmęczonym głosem patrząc nieobecnym wzrokiem na wazon w przedpokoju.
-Tu Jim.- Usłyszał barwny głos doktora. Nadal używał formuły przedstawiającej zapominając jednocześnie od samodzielnym rozpoznawaniu dzwoniącego. Zabawni byli ci starzy ludzie.- Mam do ciebie sprawę John. Bardzo pilną. Chodzi o aparat Jonowskiego.- Rozmowa sprawiła, że obudził się nieco i skinieniem ręki nakazał nalać drinka ignorując upomnienia swojego Sługi o złym działaniu alkoholu na zdrowie.- Zostałeś wybrany, żeby go wyłączyć.- Cisza. W tle można było usłyszeć głośne przełknięcie nalanego drinka.- To wielka misja John! Wyzwolisz nas wreszcie i wszystko wróci do normy! Może nawet nawiążemy kontakt z Ziemią!- Ta cała sprawa przyprawiła go o ból głowy. Odstawił pusty kieliszek na podłogę i poczekał, aż jego Sługa go podniesie. Chociaż raz w życiu naprawdę mu w czymś pomógł. Dzięki niemu podjął decyzję.- Nie ma mowy...- Usłyszał jak doktor wypuszcza powietrze z rezygnacją.- Żeby to tak zostawić. Z przyjemnością dołączę do wyprawy.- Mimo wszystko było to parę dni z dala od Sług, co dawało parę dni absolutnej wolności. Niczym nie skrępowanej, prawdziwej wolności. Odsłuchał okrzyków doktora i po chwili zakończył rozmowę. Z uśmiechem założył nogę na kolano i zaczął rozmyślać o najbliższych dniach. Rysowała się przed nim piękna przyszłość. Rozmyślając pozwolił sobie odpłynąć od rzeczywistości. Przynajmniej tyle mógł na razie zrobić.
Drogą podążał kształt. Mała podłużna plama zaczęła się zbliżać, aż wreszcie możliwa była identyfikacja. John leżał skulony najbliżej jak to było możliwe ogniska owinięty w śpiwór. Dopiero kiedy profesor zbliżył się na bardzo małą odległość tamten go dostrzegł. W końcu byli w podróży już siódmy dzień, a pogoda absolutnie niesprzyjająca. Z zachowanych książek nauczyli się rozpalać ognisko, więc od trzech dni mogli grzać się przy ogniu. Kurtka Johna zadzwoniła radośnie wywołując przy tym wibracje w okolicach prawej ręki. Chwile potem był już na nogach, a jego śpiwór zwijał się posłusznie. Wszyscy już dawno byli na nogach i próbowali otworzyć samodzielnie puszki z żarciem.
-Jesteśmy cholernie blisko moi drodzy.- Głos doktora zabrzmiał echem wśród górskiego krajobrazu.- Już niebawem wyzwolimy te biedne istoty spod brzemienia nałożonego przez naszych dalekich przodków!- Roztaczający się przez Johnem obraz Profesora załamał się. Ogarnęła go ciemność. Tak jakby ktoś wyłączył prąd w telewizorze, a oglądający nadal gapił się na ciemny ekran. Poczuł jakby otaczająca go rzeczywistość nagle uciekła i skryła się w maleńkości każdej cząstki ciemności, która go oplatała. Ukazało mu się oblicze. Mógł doskonale je oglądać, było wielkie. Coś jednak przeszkadzało mu w identyfikacji. Obraz najwyraźniej pochodził z daleka i uległ zamazaniu. Mógł dostrzec jak poruszają się usta, ale fala dźwiękowa doszła dopiero po chwili:
-zzz... zzz... zzz...- Niesamowicie głośny zgrzyt dobiegł go i oszołomił. Nagle twarz znikła pozostawiając go sam na sam z ciemnością. Nieograniczenie wielką ciemnością.
Rzeczywistość powoli zaczęła powracać. Pierwszy był błękit nieba. Niesamowicie jasne pole gdzieniegdzie usłane chmurkami. Niczym kwiatuszkami wychodzącymi z niedostosowanej ziemi w pierwsze dni wiosny. Potem powróciła cała reszta. Królik przeciskający się przez dwa pnie, trzygłowy ptak karmiący swoje maleństwa i oczywiście obóz. Najwyraźniej przespał trochę. Nadal nie mógł zrozumieć co mu się przytrafiło. Może spowodowane to było przemęczeniem, a może po prostu zwariował. Obie możliwości wydawały się równie prawdopodobne. Zauważył stojących nad nim towarzyszy podróży. Dobiegło go ciche nawoływanie:
-Szybciej! Obudził się.- Mógł dostrzec ich zatroskane twarze wykrzywione w zastanawiającym grymasie. Wkrótce pojawił się i doktor Mericht z aparatem medycznym. Zawsze zastanawiał się jakim cudem na tej planecie byli jeszcze uczeni. W końcu wszystko wykonywali Słudzy, a już pierwsi kolonizatorzy mieli tą rasę w ryzach. Wszyscy dążymy do poznania, pomyślał John kiedy nakładano mu maskę tlenową. Poznania wszystkiego, nawet swojego wnętrza. Gwałtownym ruchem zdjął maskę tlenową i skoczył na równe nogi.
-Co tu się u diabła dzieje?!- Wykrzyczał jak opętany.- To wszystko przestaje mnie bawić. Lekka utrata przytomności i przemęczenie, a wy mi tu szpital urządzacie!- Na to profesor uśmiechnął się lekko.
-John... Spałeś trzy dni.- Z początku wiadomość w ogóle do niego nie dotarła i kontynuował swój wywód na temat ich nadopiekuńczości. Przerwał dopiero, kiedy ubliżał Holly.
-Co?- Wyjęczał przez zmarznięte usta.- Co się ze mną działo?- To przestało być śmieszne.
-Jakieś czterdzieści stopni gorączki, drgawki i najprawdopodobniej halucynacje. Wnioskuję to na podstawię majaków.- Profesor powiedział to zimnym i opanowanym tonem. Jakby czytał listę.- Rad jestem jednak, że jest już wszystko w porządku. Mam dla ciebie dobrą nowinę.- Spostrzegając otwarte usta Johna profesor kontynuował bez tradycyjnego pytania "jaką?!".- Odkryliśmy to!- Wrzasnął, żeby pobudzić pogrążonego w analizowaniu sytuacji pacjenta.- Odnaleźliśmy aparat Jonowskiego. Czekaliśmy aż się obudzisz. W końcu nie byłoby fair, żebyśmy unicestwili to urządzenie sami.
-Właściwie właśnie to mieliśmy zrobić.- Wtrąciła się niepotrzebnie Holly. John mógł zobaczyć jej pełne, troszkę za czerwone usta wykrzywiające się w ukrytym uśmieszku.
Kiedy wszedł po betonowych schodach na samą górę uderzyła go nagła fala zimna. W końcu pomieszczenie było ogromne. Nie mógł dostrzec sufitu, a wydrążone w skale ściany zdawały się być odległe na całe dni drogi. Łańcuch kołyszących się na boki z powodu zimna i zmęczenia postaci powoli wspinał się do małego pomieszczenia na samym środku ogromnej komnaty. Idący przodem profesor zaczął pchać z całej siły kamienne drzwi, aż poczuł że tamte ustępują. Po chwili byli już w środku. Ich oczom ukazało się małe ciemne pomieszczenie, o którego istnieniu świadczyły tylko mrugające gdzieniegdzie światełka komputerów. Na podłodze wiły się sterty kabli, a sufit wykonany był z jakiegoś metalu. Mała iskierka spowodowała, że automatyczna pochodnia rozjaśniła krąg wokół trzymającego ją doktora.
-Mili państwo.- Prawie wysapał te słowa.- Jesteśmy w samym sercu aparatu Jonowskiego.- Wyciągnął czarny zakręcony u jednego z końców przedmiot i uderzył z całej siły w ogromne metalowe pudło stojące na środku pomieszczenia. Chwilę potem już piętnaście osób uderzało, łamało i kopało centralny komputer nadzorujący aparat. John kopał długo po tym jak zgasły wszystkie światła i jak wszyscy zwinęli potrzebny do zniszczenia sprzęt. Oddając ostatniego kopniaka uświadomił sobie, że wszystko skończone. Nie ma już Sług, ani Władców. Cały system jest obalony, a to za ich sprawą. Poczuł jak rozrywa go entuzjazm. Z niewytłumaczalnym uśmiechem na twarzy podążył za czternastką zadowolonych z siebie osób. Zadowolonych z wykonanej pracy. Dla ogólnego dobra, rzecz jasna.
-Kapitanie! To się panu nie spodoba.- Powiedział siedzący na wygiętym starym krześle sierżant Wicks. Młody mężczyzna o kościstej twarzy podszedł bliżej ekranu pokładowego. Analizując ukazywany wykres żołnierz zmarszczył brwi. Bez słowa podszedł i nacisnął czerwony guzik tuż przy swoim biurku. Czternaście rakiet wodorowych przebiło nicość ku świeżo wyzwolonej planecie. To zdarza się zawsze, pomyślał kapitan Sherms, kiedy oglądał jak rakiety zbliżają się do celu. Za każdym razem, kiedy kontrolują kolonię ludzie niszczą ten cholerny aparat. Jakby nie potrafili cieszyć się tym co dostali. W końcu nie dla wolności ich przodkowie przylecieli na te planety.
John stanął na szczycie pokrytego zielonym dywanem trawy pagórka i wzniósł oczy ku niebu. Wreszcie mógł spokojnie odetchnąć i pobiegać na boso po mokrej trawie. Nikt nie przynosił mu butów, ani nie upominał, że tak łatwo można się przeziębić. Usłyszał cienki pisk dochodzący z jego płaszcza. Na wyświetlaczu przy prawym nadgarstku pojawił się napis: "Wiadomość została odkodowana". Nałożył więc sprawnym ruchem płaszcz i przystąpił do odsłuchiwania otrzymanej wiadomości. Nagle znowu ukazała mu się twarz. Teraz jednak nie była tak surowa i przerażająca. Obraz przedstawiał młodego mężczyznę o kościstej budowie twarzy. Tamten powoli wypowiadał słowa, jakby sam ich nie rozumiał:
-Wasza planeta, kolonia numer 3421 jest w ogromnym niebezpieczeństwie, a jej stabilność już w tej chwili została zachwiana. My, siódma jednostka grupy porządkowej Planet Zjednoczonych, odebraliśmy niepokojące sygnały. Jeżeli za równo dwanaście godzin sytuacja nie zostanie przywrócona do normy będziemy zmuszeni otworzyć ogień w stosunku do kolonii zamieszkiwanej numer 3421. Odliczanie rozpoczęto.- Kiedy żołnierz skończył tłumaczyć John sprawdził czas odebrania wiadomości. Równo dwanaście godzin temu. Coś w nim umarło. Z początku nie mógł uwierzyć, sądził że to jakiś żart, ale widoczne na niebie pociski dały temu świadectwo. Jego świat dobiegał końca. A szkoda, bo właśnie miał się zacząć...
Przemek "TrOOl" Gliniecki