Upiór w Operze by Gromph
Upiór w Operze

1.

1953 r.
wieczność przeszłości

Jest takie miejsce. Miasteczko dla bogatych w Ameryce. Zepsuta rozrywka jak schodzący płatami z ohydnej twarzy puder. Albowiem różne są miejsca. Na przykład Opera- ogromny, zagadkowy budynek na obrzeżach pewnej mieściny. Nie pytajcie jakiej, to złe pytanie.
Opera oprócz tego, co wynika z nazwy jest także ekskluzywnym hotelem, w którym wszystko osiąga niebotyczne ceny.
Całe wnętrze jest urządzone na złoto- czerwono. Czerwony dywan, obicia foteli; złote ściany, meble, poręcze. Gdzieniegdzie heban. Jaskrawy napis nad drzwiami lśni, zwłaszcza w nocy. Za dnia przejezdny biznesmen osądziłby Operę jako spokojny hotel, może nieco dziwny, ale na poziomie. Za dnia niewiele tu ludzi, niektórzy tylko kąpią się w urządzonym z przepychem basenie. Pilnuje ich rosły murzyn ratownik, a w rejestracji siedzi zaspana, miła, starsza pani. Płaci się, dostaje kluczyk do apartamentu. Potem są schody, dalej czyste, odrobinę ciemne pokoje. O 17 zaś pierwsze przedstawienia w okrągłej, imponującej raczej jakością wystroju niż ogromem sali. Czerwona, ciężka kurtyna o białych frędzlach odsłania się ukazując wyśmienitych śpiewaków i aktorów. Wystawiają sztuki niebanalne, różne interpretacje Szekspira, czy innych sławnych zmarłych, które oryginalnym scenariuszem oczarowałyby samych autorów nieżywych już przecież od tylu lat. Kto by pomyślał ile wariantów takiego Romea i Julii jest możliwych. Zbierają się damy i panowie, aby obejrzeć owe nietuzinkowe cuda, a drgają wachlarze, a ulatują w powietrze szepty, ploteczki, jęki zachwytu i kłęby dymu z papierośnic. O zajęcie niektórych, najatrakcyjniejszych lóż i miejsc na widowni czasami z trudem musiałby zabiegać nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych! Tak, lecz spokojna Opera w tą prawdziwą przeradza się dopiero o północy. Krążą różne domysły, jakich zakazanych rozrywek można tam wtedy zaznać, ale nikt nie odważa się mówić głośno, nikt nawet nie chce, nie ma tu takich. W każdym razie nawet w najgłębszą noc wspomniana kurtyna pozostaje uniesiona, a scena nie wychodzi z użytku. Oglądający są wtedy nieliczni jak suche wysepki na oceanie, lecz wciąż są, a zagadkowy show trwa...

2.

7.00 AM, 28 sierpień

- Matthew G-r-y-n-o-c-k proszę pani, przez 'y'.
Tłusty mężczyzna w szarym garniturze poprawił okulary i przetarł chustką czoło. Co za upał.
- Proszę mi dać jakiś skromny, chłodny pokój.
- Och, ależ u nas wszystkie pokoje są wspaniałe. Na przykład siódemka, obszerna wanna, balkon...
- Nalegam.
Miła, starsza pani schowała zgniecione banknoty do kasy i oschle podała mężczyźnie klucz z zawieszoną na kółeczku okrągłą, metalową płytką. Widniało na niej: 24.
Pan Matthew odgonił niecierpliwie hotel-boya, który miał nadzieję zanieść jego jednokilogramowy bagaż i dostać napiwek. Stopnie wiodące na półpiętro wydały mu się dziwnie wysokie i jak na jego gust było ich zbyt dużo. W końcu jednak dotarł na sam koniec nieoświetlonego korytarza. Tylko zza jednych drzwi dochodziły jakieś odgłosy. Ktoś brał prysznic. Uspokojony przekręcił klucz w zamku. Dosyć głośno zgrzytnęło, ale drzwi ustąpiły. Stanął na progu omiatając wzrokiem zwilgotniałą tapetę. W sumie było możliwie. Najskromniejszy pokój, a promienie słońca tak przyjemnie układają się w dwa prostokąty na pościeli szerokiego łóżka. Usiadł na nim, ułożył teczkę na stoliku z nocną lampką i zdjął marynarkę. Spostrzegł okrywającą wszystko grubą warstwę kurzu. Pewnie pokój te całkiem wyszedł z mody, gdy wyremontowali te ogromne apartamenty. Pamiątka po dawnych latach omijana przez służbę. No, ale zapłacił znacznie mniej. Wyjrzał przez okno na las za miastem. Wtem...
Cień za plecami. Rozmazany ruch... nie, to tylko wyobraźnia.
Obejrzał się i zdecydował, by przemyć twarz zimną wodą z kranu w łazience. Podszedł, a kroki brzmiały głośno wywołując lekkie skrzypienie starej, drewnianej podłogi. Zawiasy drzwi z pewnością nie były w ostatnim czasie oliwione. Ich dźwięk wydał mu się jednak taki swojski i uspokajający. Może nie wyda się, może mu się uda ten czarny interes. Jeszcze 3 i pół godziny jazdy jego czarnym rolce roysem i stacja kolejowa, a potem już z górki. Zamknął oczy, bo go piekły i po omacku odkręcił kurek, z którego polała się strumykiem orzeźwiająca woda. Jak mu było miło! Przejrzał się w lustrze. "Ej, wciąż jestem całkiem przystojny, gdyby nie ten nos". Ale w tej chwili dojrzał coś w odbiciu. Zobaczył, że nie jest sam i na moment stanęło mu serce. Zobaczył, że na kiblu siedzi nagi trup. Nadgniły, chudy starzec. Ciało pokryte plamami. Rozcięta szyja. Głupi wyraz twarzy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z odoru śmierci. Poczuł uciekający mocz i krzyknąąąłłłłłłł.

17 sekund potem nadbiegł służący, wpadł do środka i również krzyknął. Operę nawet za dnia przepełniają śpiewy. Następnie nazbiegali się inni, na przykład ten, co brał prysznic; miła, starsza pani z recepcji i tragarz. Godzinę później na miejscu wydarzenia zjawiło się dwóch detektywów i człowiek od zabezpieczania dowodów z pędzelkiem. Pan Matthew Grynock przez nieszczęśliwy wypadek nigdy nie dostarczył teczki ludziom mafii na wskazane miejsce, a następne noce miał spędzić w jeszcze skromniejszym pokoju, z jednej strony ogrodzonym stalowymi kratami. Chudemu starcowi z kibla niedługo potem zaś rozkroili coś więcej niż szyję, ale już tego chyba nie czuł, bo leżał w kostnicy pod czułym okiem koronera.

3.

00.30 PM, 28 sierpień

Zgarbiona, koścista sylwetka odzianego w czarny frak służącego rzucała wraz z prowadzonym przez niego wózkiem cień na 3 strony: podłogę wyłożoną czerwonym dywanem przed nim, ścianę lewą i prawą. Środki czyszczące, szczotki, szmatki, szklanki, wino w wypełnionych kostkami lodu wiaderkach- wszystko to trzęsło się lekko, gdy pchał swój kamień i swój kombajn naprzód. Nie te lata. George był niespokojny. Pozostawił oświetloną cześć ogromnego hotelu za sobą i mijał właśnie ostatnie palące się, boczne lampy. W ciemności czuł się lepiej. Pokoik z zapasem papieru toaletowego, jego mieszkanko. Wjechał i zamknął drzwi za sobą, by zaraz skulić się w najgłębszej ciemności i w najgłębszym kącie ciasnego pomieszczenia.
George właściwie był roztrzęsiony. Wszyscy się tutaj przyzwyczaili do niego jako do nieodłącznej części Opery. Pojawiał się po zapadnięciu zmroku, wypełniał swa pracę, wraz z nastaniem dnia znikał. W lepszych czasach przysparzał firmie popularności. W zamian za to mógł sobie żyć. Od zawsze zresztą potrafił nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Ot, przemykający cień...
Były momenty, gdy musiał użyć swych mocy, aby fakt jego nieustannego przebywania w Operze pozostawał niezauważony. Ale teraz się dorobił, stary głupiec, głupiec, głupiec! Znaleźli jedzenie, wszystko się wyda! W starej klatce na papugę zostało mu coś jeszcze, ostatnia rzecz w spiżarni. Niedawno pewnej arystokratce z Anglii zaginęła świnka morska, Fifi. Zostały jej jeszcze Pipi, Gogo i Vivi, więc zbytnio się tym faktem nie przejęła. Szczególnie, że miała w nocy wiele ciekawszych zajęć. George pogłaskał Fifi i drastycznie, z zaskoczenia wbił kły w jej wątłą szyjkę. Potem odrzucił truchło. Mało, mało!

4.

20.05 PM, 29 sierpień

Detektyw Oldbryan wtopił się w tłum siedząc w przepełnionej widzami sali. Jon Huan akurat wbijał sztylet w swe serce po raz 10. Wreszcie mu się dało i trysnęła fontanna krwi. Trwało to jeszcze trochę, zanim skończył ostatnią swą śpiewaną kwestię w tym akcie. W ostatnim miał powstać zza grobu. Lecz detektyw jedynie udawał zainteresowanie przedstawieniem. W rzeczywistości uważnie się każdemu przyglądał, a nie było to niczym zwracającym uwagę.
Detektyw Dainsbrough w detektywistycznym płaszczu i takowym kapeluszu przechadzał się po całym budynku, przysiadając co dwa smętne kółka w hollu, a po upływie 5 minut idąc dalej, cicho i bacznie. Z początku chciano go wyprosić, ale był twardy.

23:40

Zaczynało się to robić męczące. Obaj woleliby leżeć teraz pogrążeni w głębokim, błogim śnie, ale skoro już obrali sobie takie zadanie, trzeba je wypełnić do końca. "Ciekawe, czy gdzieś nad tym przeklętym, gigantycznym hotelem widać księżyc"- myślał znudzony Dainsbrough. Obchodzenie budynku w te i we wte zajmowało więcej czasu niż przypuszczał i śmiał się w myślach z idiotycznego pomysłu kolegi. Przypomniało mu się bieganie 100 kółek na sali gimnastycznej w postaci kary za zuchwałość narzucanej przez trenera w collegu. Zaczął też rozmyślać nad swoją pracą, którą podejmuje dopiero od roku. Przypominał sobie bardziej śmierdzące sprawy, ale ta wywoływała w nim nie do końca uzasadniony niepokój. Widok trupa dzień temu poderwał resztki śniadania do nieprzyjemnej wędrówki w górę. Oldbryan był odporniejszy od niego.
Wdychając zgęstniałe powietrze zbliżał się do komplexu drzwi prowadzących za kurtynę, do pomieszczeń aktorów i śpiewaków. Na korytarzu dziwnym zwyczajem nie palono światła, jedynie cienkie promyki wykradały się drogą uchylonych drzwi po prawej. Poprawił kapelusz i wszedł. Pusto. Wszyscy, którzy mieli grać do tej pory udali się już do domów. Minął wcześniej parę osób kierujących się do swych pokojów w samym hotelu. Z tego co wiedział za 15 minut miał się zacząć inny cykl przedstawień. Miał ochotę wyjść na pustą scenę i powiedzieć parę słów z wyrzutem do równie pustej widowni. Do czerwonych krzeseł. Odchylił skrawek ciężkiego, opadającego płachtami materiału kurtyny i po dłuższej chwili dostrzegł ruch. Jakiś łysy starzec w czarnym fraku służącego nachylał się nad skuloną postacią na jednym z krzeseł. Przyjrzał się uważniej. Dostrzegł, że to jakaś młoda dziewczyna, a dziwna postać przyssała się do jej szyi. Chciał już wybiec z krzykiem "stój bo strzelę!", lecz na sekundę przed popełnieniem głupiego błędu zobaczył również Oldbryana skradającego się do psychola w mroku. Tylko umieszczone nad sceną światła się paliły spływając wątła jasnością po kurtynie. Gdy drugi detektyw był blisko i dał mu znak, Dainsbrough uczynił, co wcześniej zamierzał.
George syknął obracając się błyskawicznie. Po zmarszczonej brodzie ściekały mu cienkie strumyki krwi. Zamachał pazurami odganiając kajdanki, które już moment potem byłyby zaciśnięte na jego przegubach. Sięgnął do szyi napastnika. Dwie pszczoły walnęły mu w pierś spowalniając tempo. "Co do licha?!"- jęknął strzelający. Krwiopijca oberwał pięścią w twarz ale zupełnie się nie zawahał potężnym ciosem przewracając glinę na schody między rzędami. Uciekając najszybciej jak mógł nie potrafił się powstrzymać od ostatniego spojrzenia na piękną ofiarę. Powietrze rozdarł huk i coś z ogromną sił przesz piliło mu plecy. Brocząc juchą padł na brzuch. Ktoś biegł, drugi wstawał. Idioci!
George leżał cierpliwie, nieruchomo. Udawał trupa. Czekał, aż dwóch mężczyzn z wyciągniętymi rewolwerami powoli i ostrożnie się do niego przybliży.
- Żyjesz?- usłyszał, lecz to nie jego się pytano.
- Co za maszkara.
Obrócili go na plecy. Jeden stał nad nim mierząc prosto w głowę, drugi się nachylił by zbadać tętno. Siłą woli zmusił się, by nie poruszyć rozwartymi szeroko oczyma.
- Uff...Nie żyje.
W tym momencie George szeroko się uśmiechnął i wbił mu pazury w jelita.
- aAahhhhh
Wyrwał część i rzucił nimi w oszołomionego faceta z bronią. Szarpanina trwała krótko. Tom Dainsbrough stracił przytomność.

5.

Późna noc.

-Fśśś, fśśśś! Mamo, nie karz mnie, prossszęęę
George jak szczeniak na czworaka podczołgał się do stojącej na dziedzińcu postaci. Wiatr poruszał jej włosami, gdy wyciągała ręce, by pogłaskać kolejne zbliżające się uniżenie dzieci.
Wiatr przestał poruszać jej włosami i poniósł szept:
- Nie martwcie się, moi mali. Noc jest długa. Noc jest wieczna.

Gdzie indziej, kiedy indziej.

- Panie Tom, no już, tableteczkę. Otwórz buźkę.
Na oko 40- kilku letni mężczyzna w białym kaftanie zawzięcie trzymał usta zamknięte. Nie mówił od 4 miesięcy. Wyjrzał za zakratowane okno.

- Część Tom. Przynoszę ci obiad. Trzeba jeść, aby żyć- twierdził spasły pracownik placówki dla chorych umysłowo na odludziu Stanów Zjednoczonych, którędy nigdy nie przejeżdża prezydent.
Tom usiadł przed jedzeniem i wypluł lekarstwo, gdy nikt nie patrzył. Przez moment na talerzu ujrzał jelita dawno zmarłego przyjaciela.

- Hyhy, Gainsbrough, hyhy. Zagrasz z nami w szachyy?- ślinił się Bob- w dachyyy? Hahahhahahahahahaha!!! Hy, hy, dachy, dachyyy.
- Nie wiesz, Bob? On jest pogromcą wampirów. Planuje stąd uciec, nie można mu przeszkadzać.
- Zostawcie mnie! Zostawcie! Zostawcieee!!!

"W tamtych czasach po nocach wciąż śniły mi się potwory wysysające z ludzi krew, a nie diody na skroniach, nie igły w skórze".

6.

Przed świtem 4 września 1976

Tom Dainsbrough sięgnął do lodówki po piwo. Jego dłoń zaczynała pokrywać się starczymi wrzodami. Zjadł z chlebem pozostałości po wczorajszej rybie, potem zaś włączył radio i otworzył okna, by przewietrzyć stęchły zapach. Całą noc z nieba skapywały krople kwaśnego deszczu. Zapaliwszy lampkę usiadł do biurka. Spojrzał na grubą, starą książkę o spłowiałych stronach, lecz czuł, że nie będzie się mógł skupić przy lekturze. Wezbrał w nim znowu ten tępy, pusty smutek, poczucie beznadziejności. Ukrył twarz w dłoniach. Odłożył wszystkie książki z biurka na półkę.
W szufladzie był mocny sznur. Wyszedł tylnymi drzwiami do ogrodu. 50 metrów za wzniesieniem, na którym mieściła się jego skromna działka wspaniale widać było okolone zielonymi łąkami jezioro. Dziś jednak padał deszcz. Trawnik i łąki były pokryte podmokłymi plamami brązu. Gdzieś w oddali ujrzał błysk wśród granatowo szarych chmur. Wzmógł się deszcz i z gorzką ironią zdał sobie sprawę, że nie pozasuwał okiennic, nie wyłączył radia. Odstawił tylko książki na półkę.
Nie miał w ogrodzie żadnych warzyw, ani kwiatów. Na środku rosła samotna, dostojna, wysoka grusza zaczynająca już tracić liście. Podstawił stołek i zaczepił zawiązany odpowiednio sznur o czarny, poskręcany konar.

używanie zawartej tu grafiki, tekstów, kodu html, bez zgody ich autorów zabronione