|
Poezja by Gromph
GWÓŹDŹ
Mam na czole piętno
W miejscu dłoni zaropiałe,
piekielnie swędzące kikuty.
Długie włosy wypadają mi kępkami.
Mieszkam w głębokim lesie
Lubię patrzeć jak wygasają przed świtem
ostatnie płomyki ogniska.
O szałas, gdy śpię przytomnie
ocierają się dziwne kształty i cienie.
Przeszłość wypaloną mam pod powiekami
Bóg żyje w myślach prostych ludzi
Zabijali po kolei, mnie, medykowi
i uczonemu -kazali patrzeć
Pan inkwizytor miał na twarzy
wszystko, co uczynił.
Ja, oskarżony o czary patrzyłem jak
żonie, bratu i dwóm synom zaciskają pętle.
Jakiś czas majtali nogami.
Bóg jest okrutny.
Ich zabito, bo zawarli pakt z diabłem
Mnie mieli zabijać wciąż na nowo,
wszak to ja podpisałem
Udało im się, choć żyję;
Nagiąłem wolę trzech,
Duży, zardzewiały gwóźdź
gładko zagłębiał się w ich krtanie
Uciekając odebrałem sobie szansę, na to
by uciec istotnie
Najgorszym jednak jest to
czego domyślić się już możecie
Boli najokropniej, bo to słodka udręka
To czara strachu, z której piję na co dzień
Ich oskarżenie było słuszne
Teraz jestem stary
I bez dłoni, gdyż okaleczone powoli
odebrało mi zakażenie, nie pomogły wywary
Czuję, że ma moc urosła, czuję
jak ze mnie drwi - już nie mogę jej użyć.
Ustawicznie dławię się własnym żalem.
Lubię zrywać zioła, i gdy czasem
pod mój szałas przybiegają wilki
Jestem bardzo stary, coraz starszy
Cierpliwie czekam na swój koniec
Przeszłość wypaloną mam pod powiekami
ODA DO RADOŚCI
Słońce patrzyło
jak giną dinozaury
Patrzyło jak Jezus na krzyżu wysycha
patrzyło na Westerplatte
Na pisanie tego nie patrzyło,
bo było wtedy gdzieś po drugiej stronie
Słońcu jest smutno
-nigdy nie zawył do niego żaden wilk
Raczej też nie miało okazji ujrzeć
nie mogących spać,
cicho płaczących w poduszkę
Szczęśliwi ludzie
odsłaniają ku obliczu Słońca
swe śnieżnobiałe zęby
A ono w rozgoryczeniu myśli-
‘popatrzę jak te kości sczezną, zżółknieją
tylko zostawcie mi na widoku
otwartą trumnę’
Nie, śmiertelnik nie pojmie
zamysłów boga i płonącej gwiazdy
może tylko patrzeć jak świeci,
patrzeć, aż sam zgaśnie
STRACH
Przytul się i krzycz
w poduszki tłuszczu okryte skórą
Masz się przytulić
Tam nie ma co oglądać
tam jest tylko noc
Widzisz, już zawsze będę blisko
Możesz mi ufać
Ja każdego otulam
ten ostatni raz
PROROK JEZUSA
Zgromadzili się wokół
Tedy on sierpem poderżnął
gardło
synowi szejka arabskiego
krew dzikiego zwierzęcia zalała
ołtarz
-zwiastuję nadejście mego pana!
i wbił zęby w makabrycznie
uśmiechniętą szyję
Każdy ma swego szyderczego proroka
zupełnie każdy
Każdy ma swego anioła stróża
ale ten nie będzie zwiastował jego
odejścia niestety na szczęście
Wszystko jest zapowiedziane
ziarenkiem piasku.
Nadejście poprzedza
czegoś odejście
Pragnę zrobić ciche miejsce
dla kilku nowych nut bezsensu...
PODARUNEK NOCY
Utkaj westchnienie śmierci
z bladych nici księżycowego światła
Tak ciemno
Wyjdę w zimną ciszę
w milczącą nieruchomość wiotkich drzew
a na skroniach zaschnie strach i pot ciemnego snu.
Ślady zatrze wiatr, przesunie drobinki piasku
po zmarzniętej ziemi. Wezmę linę,
konar znam bardzo dobrze.
Proszę
Utkaj westchnienie śmierci
z bladych nici księżycowego światła
Ujrzysz jak ktoś ostatni raz
zamyka oczy. Lecz
blask jest zbyt odległy
okrywają go mgły.
I kaleczysz igłą palce
karzesz mi żyć.
CZUPIRADŁO Z ULICY WIĘZÓW
Egdar Allan Poe bał się
pochowania żywcem.
Są tacy, którzy boją się
pochowania snem
martwym
treści snu.
Twierdzącej uparcie
między innymi, że snem nie jest.
Są tacy, którzy zbytnio żyć nie chcą,
by się bać pochówku.
Chodzą takie plotki, że
robaki w ziemi nie mają za grosz taktu,
im zajedno czy dogorywający czy trup
Wytłumaczcie mi czemu,
nikt mnie żywcem wszak nie pochował!
Ale robaki
drążą we mnie tunele
i składają larwy
KOMUNIA ŚWIĘTA
Smutek za chleb
Za łzy wino
Każda kropla jest tą,
która przepełnia czarę
Poezja by AVATAR
WOŃ JĘZYKA
Leżę w puchu niewinności
Obrazy z minionego dnia
Mienią mi się pod powiekami
Na obłok wchodzi mały chrabąszcz
Dźwięk jego skrzydeł układa mnie do snu
Kolejny, następny, więcej
Ich hałas jest nie do zniesienia!
Całe łoże jest nimi zalane!
Nagle dwa wgryzają mi się w szyję!
Budzę się z krzykiem i widzę
Pusty pokój, nikogo nie ma
Owady znikły, na mokrej szyi brak ran
Tylko ta dziwna woń. Co się stało?
STAROŚĆ
Nieśmiertelność
Bogactwo
Wieczny napływ energi
Wyostrzone zmysły
Nieskończony pokład sił
Czymże to jest?
Jeżeli nie mogę zobaczyć
Nawet jednego promyka
Słońca?
A starzy przyjaciele
dawno odeszli?
PYCHA
Niech dalej sądzi, że jest najlepszy,
Niech wciąż myśli, że jest najpiękniejszy,
Niech nadal widzi, że jest najmądrzejszy,
Lecz ja to zmienię.
Skończy się jego pycha wraz z ostatnią
Kroplą krwi z mojego nadgarstka.
Ujrzy w sobie teraz nowe piękno!
Zdeformowanej twarzy, krzywych dziąseł
Wypadających zebów, braku nosa.
Niech poczuje w sobie wewnętrzne obrzydzenie,
Niech zacznie siebie nienawidzieć,
Niech wreszcie ujrzy tym czym się stał,
Zostanie ukaranym przez życie, przez sprawiedliwość.
Którą przez krótką chwilę ustanowię ja.
|