Jeniec

Piękny widok stanowią ludne, cywilizowane ziemie Wielkopolski, najspokojniejsza prowincja Rzeczypospolitej. Wojenne zawieruchy od dawna omijają tę krainę, a cywilne zbrodnie i występki karane są przez burgrabiów nad wyraz skutecznie, jest więc Wielkopolska domem ludzi gospodarnych, spokojnych i zamożnych. Jeśli przybyłby tutaj podróżnik z dzikich pustkowi ukrainnych, Inflantczyk z zamorskich borów lub Litwin znad moskiewskiej granicy; jeśli wstrzymać by zechciał rumaka na szczycie pagórka i spojrzeć na szumiące łany zbóż, lśniące złociście w blasku popołudniowego słońca, na zielone połacie pastwisk, żywiące wielkie stada tłustych owiec, na liczne strzechy i wiosek i dworków, nieobronnych, bo nie znających nieprzyjaciela, rzekłby sobie tęsknie w duszy, że oto jest kraina prawdziwie mlekiem i miodem płynąca.

Akurat szerokim gościńcem jedzie niespiesznie kilku zbrojnych szlachciców o srogiej minie i wejrzeniu tak zaczepnym, jakoby cały ten kraj do nich właśnie należał niepodzielnie. Lecz wystarczy rzut oka na ich niebogatą przyodziewę, a drugi na mizerne podjezdki, jakich dosiadają, by uznać, że kondycja u tych panów braci chudopacholska raczej niźli wielkopańska. Szlachcice ci zmierzają w stronę jednego z licznych a ludnych miast i miasteczek, dziwując się spokojnym porządkom w tej szczęśliwej krainie. Kilka dobrych godzin minęło od czasu, gdy opuścili gościnną a wygodną karczmę pod cienistymi gruszami, zatem zdałoby się znów gdzieś siąść na popas i rozprostować kości, a nadto łyknąć chłodnego piwa, jako że gardła wyschły na wiór od upału i kurzu z gościńca. Na widok rozległej osady, wyłaniającej się zza pagórka, rozjaśniają się pobrużdżone, przykurzone oblicza, raźniej kłusują przynaglone ostrogami wierzchowce.

Wielkopolska wieś wita przyjezdnych szczekaniem psów i brzęczeniem pszczół, buszujących w koronach kwitnących lip przydrożnych. Po obu stronach gościńca ciągną się rzędy chałup o solidnych ścianach i grubych strzechach, a przy nich porządne i mniej porządne obejścia ogrodzone płotami i parkanami. Na drugim krańcu wioski wznosi się dumnie dwór szlachecki, przezierający spomiędzy drzew obsypanego kwieciem sadu. Zaś w samym środku wioski wielką słomianą wiechą pyszni się gospoda z obszernym stanem. Tuż obok żuraw studzienny sterczy w niebo znad kamiennej cembrowiny, a w drewnianym korycie połyskuje woda. Oto widok miły sercu znużonego podróżnika, łaknącego spoczynku w miłym cieniu, przy kuflu piwa i kawałku chleba z serem. Chwała Bogu! Chwała Bogu! pomyśli niejeden na widok drewnianej kapliczki przydrożnej, obrośniętej powojem i malinami, która wyłania się nieoczekiwanie zza pnia lipy, tuż przed pierwszymi chałupami wioski. 

Dach okrągłej, drewnianej altanki na poły skrywają gałęzie leszczyny, a bocznych ścianek, wysokich ledwie do pasa, prawie nie widać zza malinowych krzewów. Rękę cieśli znać jedynie po wspierających daszek rzeźbionych słupkach, oplecionych kwitnącym powojem. Spomiędzy słupków patrzy na podróżnych dobrotliwa Matka Boska w błękitnej szacie, błogosławiąc ich uniesioną dłonią. Szlachta powściąga kłusujące konie, a ręce same wznoszą się do czapek, by odsłonić głowę i uczynić znak krzyża, szepcząc chociaż Pater Noster, qui est in coeli, sanctificetur nomen Tuum... lub krótkie Ave Maria! Rzeźbiona, jaskrawo pomalowana figura, uśmiechnięta łagodnym matczynym uśmiechem, odpowiada zaś na hołd męskim okrzykiem: "Czołem waszmościom, czołem! A dokąd to droga prowadzi?"

Nim jeszcze jeźdźcy ochłonęli ze zdumienia, wewnątrz kapliczki ukazuje się rumiane i wąsate oblicze, a chwilę potem jego właściciel staje na gościńcu w całej okazałości, przemknąwszy zgrabnie między krzewami malin.

- Czołem, panowie bracia! - powtarza pulchny, łysiejący szlachcic w zielonym żupanie i kłania się nisko, przyciskając do piersi czapkę magierkę. - Paweł Frankowski sum, podsędek kaliski i possessionatus, a to moje właśnie ziemie, na których serdecznie waszmościów witam. Chleba ni soli, dalibóg, nie mam, sed spero, że mi ten uszczerbek darujecie, gdy powitam was piwem i winem! 

To rzekłszy, pan podsędek nasadza dziarsko magierkę na oczy, poprawia karabelę wiszącą u pasa i schyla się ku omszałemu kamieniowi (dwa takie głazy są jakoby bramą do kapliczki), zza którego dobywa chlupoczący antałek. Co ciekawe, wgłębienie na kamieniu jak raz pasuje, by na nim ustawić beczułkę! A że znajdą się i trzy drewniane kufle, pozostaje tylko wyciągnąć szpunt i uraczyć się do woli. Z każdym łykiem gęstego, mocnego piwa spłukuje się z gardła podróżny pył, a z członków zmęczenie i sztywność. Siąść można na drewnianym zydelku, na głazie bądź prosto na ziemi. A za kamieniem czeka jeszcze dzban słodkiego wina, którego nie godzi się do dna nie wypić na chwałę bożą i za zdrowie pana podsędka, który wypytuje o nazwiska, familię i cel podróży, a za wszystko rad by osobny toast wznosić. 

Nic więc dziwnego, że po kilku kolejkach szumi już wszystkim tęgo we łbach, a temu i owemu nie chce się w ogóle z ziemi powstać - cóż dopiero na koń siadać? Wie o tym dobrze pan podsędek (który piwo zaprawił był koszerną gorzałką), toteż serdecznie zaprasza kompanię do siebie w gościnę, a że mili goście nad wyraz strudzeni po podróży, przyśle po nich wygodny zaprzęg. W istocie czeladź pana podsędka trzyma już gotowy wasąg, miękko wymoszczony sianem, zaprzężony na podwórzu dworskim. Tak więc znużeni nie tyle podróżą, co tęgim piwskiem, biesiadnicy trafiają do sędziwego dworu pana podsędka Frankowskiego...

Nie jest naszą rzeczą opisywać szczegóły podsędkowskiej gościnności, zwłaszcza że po traktamencie przy kapliczce zarówno gospodarzowi, jak i gościom należy się solidny wypoczynek. Niech się trunek spokojnie po ciele rozejdzie, odbierze resztkę sił i chęci do podróży, a w gardle i gębie uczyni nieprzyjemną suchość, która każe niecierpliwie wyglądać wierzerzy. Nie wiedzą jeszcze nasi bohaterowie, nie wie też i pan podsędek, że tego popołudnia do dworu zajechał jeszcze jeden gość, z honorem przyjęty przez panią domu i wszystkich domowników. Ale nic straconego. Wkrótce i z nim się poznamy. 

Tymczasem niemało kłopotu ma czeladź domowa, by obudzić wydmikuflów na wieczerzę! Niełatwo i samym pijanicom zwlec się z łóżek, bo w głowie łomoczą bębny wojskowych doboszów i kroki maszerujących regimentów; od nieznośnego, dusznego gorąca na ciało wystąpiły lepkie poty, wstąpiła zaś wszechogarniająca słabość. Ale służba dobrze wie, co czynić, zatem z jej pomocą obmywają pijanice twarze i ręce, otrzepują z kurzu stroje, podkręcają wąsy, a wreszcie stają chwiejnie w drzwiach jadalni, gdzie przy stole siedzi już gospodarz z gospodynią i kilku szlachetków, a nieco dalej stoi zwartym kręgiem służba. Cisza jak makiem zasiał, jeden tylko szlachcic opowiada coś z przejęciem...

Na widok zataczających się na progu moczymordów gość przerywa swą historię, a gospodarz wylewnie zaprasza do stołu; wszak wszyscy uprzejmie na nich czekają. Jadła i lekkiego piwa jest pod dostatkiem, z czasem pojawi się wino i toasty. Zanim jednak gospodarz zmówi błogosławieństwo i głodomory rzucą się na potrawy, a pijanice do kufli, pan podsędek dumnie, na stojąco (acz niepewnie się na nogach trzyma) przedstawia spóźnialskim osobę narratora. Pan Mikołaj Rychło, stolnikowicz owrucki, porwany za młodu przez Tatarów i sprzedany do Turcji, uciekł był przed dwoma laty z tureckiej niewoli, w której wiele cierpień i upokorzeń wycierpiał. Odkąd zaś wrócił w granice Rzeczypospolitej, życie swe poświęcił wykupywaniu współbraci z niewoli, na co zbiera pieniądze od ludzi bogobojnych i ofiarnych. Teraz zaś zechciał zawitać w niskie progi pana podsędka, który mu ani gościny ani złota nie poskąpi.

Wieczerza upłynie przy opowieściach pana Mikołaja, któremu słuchacze, a zwłaszcza słuchaczki, każą bajać wszystko ze szczegółami. Najpierw więc o walkach z Tatarami, których bijał pan Rychło służąc w wojsku kwarcianym. Potem o porwaniu na arkan i wleczeniu wiele dni i nocy w powrozach (tu gość pokazuje ślad po pętli na lewym nadgarstku). Potem o sprzedaży na targu i niewoli u okrutnego Turka, gdzie go biczowanio i przypalano ogniem, bo nie chciał przyjąć wiary muzułmańskiej (ran na plecach i bokach nie okaże w przytomności płci niewieściej). Wreszcie o tym, jak w desperacji zamordował swego właściciela, za co odjęto mu prawą dłoń (okazuje kikut) i zakuto w kajdany (pan Mikołaj zzuwa buty i demonstruje blizny). A na koniec o pięknej córce nowego ciemiężyciela, która rozkochała się w dumnym polskim niewolniku i ułatwiła mu ucieczkę. Oprócz znaków na ciele ma też pan Rychło plik papierów, głównie od ludzi Kościoła (proboszczów, opatów). Potwierdzają one fakt niewoli tureckiej oraz prawo do zbierania pieniędzy na wykup jeńców i zalecają każdemu chrześcijaninowi udzielenie panu Rychło wszelkiej pomocy. Nikt jednak nie chce czytać papierów, zwłaszcza że noc już późna i panie odchodzą na spoczynek, a panowie mogą wreszcie swobodnie uchlać się jak świnie. W czym jeniec turecki dzielnie wszystkim sekunduje. Gotów nawet zdzierać z siebie suknie, by pokazać do kompletu blizny po chłoście i przypiekaniu boków!

Śniadanie dla uczestników pijatyki poczyna się niewiele przed południem, skromne jest zresztą i lekkie, bo też innego przy mizernych dzisiaj apetytach nie potrzeba. Osobliwie pan podsędek czegoś dzisiaj nieswój i milczący, a na gości swoich spogląda jakoś chmurno. Dlaczego? Okazuje się to po śniadaniu, w altance w sadzie, przy kusztyczku słodkiego dwójniaczka i talerzu pierników, kiedy to pan Frankowski składa panom braciom uniżoną prośbę. Życzy sobie ni mniej ni więcej, tylko żeby któryś ze szlachciców, który dzielnie włada szablą, zechciał stanąć zamiast pana podsędka do pojedynku z sąsiadem. Wedle prawa szlachcic posesjonat może wszak wystawić zastępcę, a podsędek to człek pióra, nie szabli, do tego żonaty i dzieciaty, więc mu niesporo z żelazem w garści występować. A jeśli go kto zastąpi, to ho, ho! będzie umiał się odwdzięczyć, bo chwała Bogu, jest przecież zamożnym człowiekiem. Daje mianowicie konia z rzędem, prawdziwego konia z rzędem!

O szóstej po południu zjeżdżają się adwersarze nad stawem, rozlewającym się szeroko na granicy pastwisk obu zwaśnionych sąsiadów. Koń z rzędem to nie błahostka, więc oto w imieniu pana podsędka chętnie występuje łakomy na konie rębajło. Nie chce wprzódy zgodzić się na to pan sąsiad, bo rad by samego podsędka nakarbować za przegrany proces majątkowy. Ale podsędek w prawie mocny i przegadać się nie daje, a i gróźb się nie lęka dzięki obecności kompanii nowych przyjaciół. Rad nierad, musi sąsiad skrzyżować szable z zastępcą. Pan Mikołaj Rychło wiezie na sprzedaż do miasta doskonałe tureckie zioła dla leczenia ran i chorób, których ziół gotów odsprzedać dla poratowania cierpiących - ale ceny nie opuści, bo zysku na szczytny cel umniejszać się nie godzi. Nie wyprzedzajmy jednak biegu rzeczy. Do szabel, panowie bracia! Cięcie, cięcie, szybki zwód... haa! i już zły sąsiad leży na murawie, brocząc obficie krwią. Vivat sprawiedliwość!

Uczta po zwycięstwie była nie mniej huczna aniżeli pierwsza. Lecz nawet gościnność szlachecka znajduje kiedyś swój kres, więc ostatecznie chudopachołki wracają na gościniec, bogatsze o zacnego konia z rzędem. Wraz z nimi do miasta udaje się pan Mikołaj w dwukonnej kolasce z woźnicą. W bogatym i zasiedlonym kraju na gościńcu co i rusz to spotyka się wozy kupieckie, chłopskie furmanki, jeźdźców w siodłach i pieszych wędrowców, aż człek przestaje dawać baczenie na drugich podróżnych. Stąd też nie zwracają szlachcice uwagi na nadjeżdżających z tyłu trzech konnych hajduków. Aż do czasu, gdy ci dopadają oni wozu imci Mikołaja z gromkim okrzykiem "Stój!" Pan Mikołaj wielkim głosem wzywa kompanów na pomoc.

- Jakim prawem i z czyjego rozkazu napadacie szlachcica na królewskiej drodze? - zapyta bardziej w prawie obeznany szlachcic, zwracając się ku tak śmiało poczynającym sobie pachołkom.

- Wybaczenia upraszam waszej miłości - odpowie starszy hajduk - aleć to nie jest żaden szlachcic, jeno złodziej i łajdak. On jaśnie pana Krzyckiego, dobrodzieja naszego, ograbił i my go nazad zabierzemy, z woli naszego pana.

Pan Rychło na to czerwienieje ze złości i gramoli się z wozu.

- Coś ty rzekł, chamie plugawy? Ja złodziej? Ja nieszlachcic? Żebym miał rękę całą i szablę, nie uszedłbyś ty żywy po tych słowach. Waszmościowie! - zwraca się ku kompanom. - Pozwolicie temu parobkowi cześć moją szargać i dobre imię? Zaraz by go szablą skarcić! Zaraz!

- Nie bijcie nas, jaśnie panowie - odpowie szybko hajduk - bo my nie są zbóje. Dość będzie na wozie poszukać. Jak się znajdą rzeczy, co naszemu panu ukradł, bierzem go bez gadania. 

Protestuje gromko pan Mikołaj, wołając o honorze, wolnościach i prawach szlacheckich. Nie może wszak byle pachołek szlachcica na drodze wstrzymywać, a cóż dopiero rewizję czynić. Jednak zawodzi się jeniec na przygodnych kompanach, bo oto chudopachołki na rewizję dozwalają, dopytawszy się uprzednio, jakich przedmiotów szukają. Jakoż pokazało się zaraz, że w jednym z worków jest i lichtarz posrebrzany pana Krzyckiego, i książka do nabożeństwa ze złotymi okuciami, i mosiężne guzy oderżnięte od żupana, i wreszcie dwa pasy jedwabne pięknej roboty. Nie licząc kilku innych cennych rzeczy, które z dworu imć Krzyckiego nie pochodzą. Ot, niespodzianka!

- I cóż waść na to powiesz? Zali to prawda, żeś te rzeczy ukradł? - pytają groźnie Mikołaja niedawni przyjaciele. 

Pan Rychło blednie, przełyka nerwowo.

- Na honor mój zaklinam się, że to łgarstwo - powiada dobitnie. - Jam niczego nie kradł. Na honor przysięgam.

- A w czyim-eśmy worku te rzeczy znaleźli? - woła drugi hajduk. - Panowie szlachta! Nie brońcie złodzieja. Z kradzionym dobrem przecie przyłapany!

Pan Rychło toczy dokoła rozbieganym spojrzeniem. Wreszcie wbija wzrok w swego woźnicę, wykrzykując triumfalnie: 

- To ten szelma ukradł i do worka mnie podrzucił! Dzielni słudzy, bierzcie złodzieja, bierzcie dobro swego pana, a ja wam po talarze na głowę nadgrodzę. Że też mnie Bóg pokarał takim hultajem! - Tu pan Rychło dwoma kopniakami zmiata woźnicę z kozła. - Idźże precz, łajdaku! Do ciemnicy!

Wzięliby chętnie hajducy ciężkie, srebrne talary i zabrali złodzieja-woźnicę, lecz ów otrząsa się ze zdumienia tak szybkim spraw obrotem. Skacze więc znowu na wóz, niemal się krztusząc ze złości.

- Ty kurwi synu, ty Judaszu zdradziecki! - wrzeszczy, chwytając chlebodawcę za gardło. Pan Rychło woła o ratunek, lecz obezwładniony przez hajduków furman nie przestaje krzyczeć:

- Panowie miłościwi! Panowie miłościwi! Puśćcie mnie, jam niewinny, ja wszystko wyznam! Nie dozwólcie mu uciec, bo to łotr nad łotry, on wielu ludzi odrwił i ograbił! Rękę mu za złodziejstwo ucięto w Krakowie, w kajdanach i powrozach za łajdactwa siedział... i wszystkie blizny takoż za łotrostwo. Nigdy w Turczech nie bywał, a dokumenta fałszywe w Warszawie nakupił. Szczerym złotem płacił! Ja wszystko powiem, darujcie mnie tylko zdrowiem. A tego plugawca oćwiczcie, bo to złodziej, oszust i cudzołożnik!

Wiele jeszcze ma do powiedzenia woźnica o grzechach swego pryncypała, który gromko woła, iżby zatkać złodziejowi gębę i czym prędzej zabrać go do lochu. A najlepiej ubić na miejscu, bo to taki jadowity gad, że mu sam fałsz i trucizna z gęby płynie. Lecz woźnica umie podać miasta, wioski i nazwiska ludzi, okpionych przez pana Mikołaja, więc prawdę bądź fałsz oskarżeń łatwo będzie stwierdzić. Sprytny oszust traci resztki nadziei na wywinięcie się sianem, sięga zatem po argument najważniejszy: złoto i srebro. Niestety! Hajducy powiadają, że to być nie może. Na darmo krzyki, prośby, obietnice. Pan Mikołaj rusza w podróż powrotną własną kolaską i z własnym woźnicą, tyle że z nogami w pętach i pod zbrojną eskortą. Nie ma rady! Nie ma rady! 

A może jednak?...

Z odjeżdżającej kolaski dobiega rozpaczliwy okrzyk:

- Ocalcie mnie, szlachetni panowie! Złotem was obsypię! Sto dukatów mam...

Tu hajduk zatkał oszustowi gębę.


A gdyby tak poszło inaczej?

Rzecz jasna, nie wszyscy gracze przejdą przez scenariusz według powyższego planu. Można z powodzeniem założyć, że owszem, dadzą się upić przy kapliczce i trafią do dworu podsędka. Ale czy faktycznie zgodzą się zastąpić go w pojedynku? Niekoniecznie. Możliwe, że przyjdą sobie popatrzeć, jak sąsiad wypuszcza z pana Pawła flaki. A może po prostu pojadą w dalszą drogę, nieciekawi pojedynku? Cokolwiek wybiorą, ważne, żeby towarzyszył im "pan Mikołaj", czyli cwany krakowski oszust. W gruncie rzeczy sprawa podsędka i pojedynku jest nieistotna, to tylko zasłona dymna, która odwraca uwagę od głównego BN-a. Najważniejsza jest oczywiście scena ostatnia. Tutaj gracze mają szerokie pole do popisu. Mamy trzy główne warianty rozwiązania kulminacji:

1. SK pozwala hajdukom zabrać oszustów do pana Krzyckiego. 

To rozwiązanie najprostsze. Ale też ma swoje komplikacje. Jak tylko nasi panowie bracia oddalą się na bezpieczną odległość, hajducy wypuszczą obu złodziei wolno, zabrawszy im tylko wszystkie znalezione pieniądze. Dopilnuj, żeby SK spotkała za jakiś czas pana Mikołaja. Co ciekawe, całkiem pogodzonego z woźnicą!

2. SK wypuszcza oszustów i powstrzymuje hajduków

Rozwiązanie korzystne, bo dzielna szlachta sama może ograbić hultajów. Mikołaj ma przy sobie 60 złotych w różnej monecie oraz worek pełen drobiazgów o różnej, ale czasami wysokiej wartości. W rzeczywistości ma jeszcze 80 dukatów (no, prawie 100!) w skrytce-szkatułce ukrytej w podłodze kolaski - ale przyzna się tych pieniędzy tylko w ostateczności, gdy hajducy będą go wieźć na spotkanie karzącej ręki sprawiedliwości.

3. SK osobiście angażuje się w sprawę

Możliwe, że gracze postanowią pociągnąć wątek dalej. Oto dwie drogi:

a) Mogą pojechać do pana Krzyckiego razem z hajdukami, asystować przy przesłuchaniu, wreszcie być świadkami przekazania złodziei w ręce surowego sądu miejskiego. Tam Mikołaj zostanie skazany na śmierć za kradzieże i oszustwa. Co do woźnicy, z uwagi na szczerą skruchę i składne zeznania, sąd w drodze łaski daruje mu życie, skazując jedynie na obcięcie prawej ręki. 

b) Mogą też oddać hajdukom skradzione rzeczy, ale oszustów wziąć pod własną kuratelę. Tu już wszystko zależy od decyzji graczy. Jedni powieszą hultajów na drzewie i zagarną wóz z całym dobrem, inni zaś chętnie wezmą chytrego a bezczelnego franta na służbę. A może zechcą odnaleźć okradzionych szlachciców i zwrócić im ich własność? Wszak i od pana podsędka łajdak wykradł to i owo - ciekawe, czy gracze o tym pomyślą? 

Na koniec warto zauważyć, że dzięki informacjom lub osobie "pana Mikołaja" dotrzeć można w razie potrzeby do warszawskich fałszerzy dokumentów, a poprzez nich zapewne do innych fachowców od nikczemnych a nielegalnych przedsięwzięć. Na co dzień nikt takich ludzi znać nie chce, ale kto wie, czy kiedyś nie okażą się potrzebni?

Michał Mochocki