|
Jest Legionowo cz. 3
Kuba wraz z Legionem doszedł do jego pałacu i rzeczywiście,
posadzka była tam z dobrych chęci - małych, pulsujących
pomarańczowym światłem kółeczek, które stanowiły ciekawy
kontrast dla reszty otoczenia, utrzymanego w konwencjonalnej,
czerwono - czarnej tonacji. Sam pałac Legiona przypominał
katedrę, lecz zamiast figur świętych były oczywiście figury
demonów - na szczęście nieruchome, czego nie można było
powiedzieć o ścianach - wydawały się cały czas kotłować, a
czasem z płaskiej powierzchni formowała się twarz, usiłująca
krzyczeć.
- A cóż to za bajer, panie? - zapytał Legiona Kuba, który
powoli w zawiłościach świata umarłych zaczynał się gubić.
- Na budulec dla mojego pałacu przeznaczyłem dusze szczególne
- rozmaitych morderców i zbrodniarzy, którzy zabili pod wpływem
jednorazowego impulsu, jakby podszeptu... mojego podszeptu! -
Legion był wyraźnie zadowolony z siebie - zaiste jest to
najlepszy budulec, jaki można sobie wymarzyć.
- Panie, dotarliśmy do pałacu. Czy nie nadszedł już czas na
wyjawienie twojego planu? I oczywiście mojej nagrody?
- Racja. Wejdźmy do środka.
Po szerokich stopniach przeszli przez ośmiometrowej wysokości
wrota do wnętrza pałacu. Jego wnętrze wydawało się znacznie
większe, niźli można by sądzić z zewnątrz - pewnie dlatego,
że naprawdę było znacznie większe. W środku aż ciasno było
od rozmaitych rzeźb różnych demonów i innych wynaturzeń, których
opis zadziwiłby niejednego obdarzonego rozwiniętą wyobraźnią
wyznawcę szatana; rzeźby tak ciasno splatały się ze sobą, że
tworzyły prawdopodobnie największe istniejące heretyckie zarośla.
Wielkie witraże na ścianach rzucały własne światło;
przedstawione na nich były chyba najmakabryczniejsze sceny z
historii ludzkości: różnorakie rytuały składania ofiar z
ludzi, tortury zadawane przez przedstawicieli różnych
organizacji religijno - społecznych osobom do tych organizacji
nie należącym... Kuba nawet nie liczył, że witraże pozostaną
nieruchome. Nie mylił się - obrazy na witrażach zaczęły się
poruszać, a cienie rzucane przez owe witraże do wnętrza pałacu
dodawały gąszczu rzeźb poczucie ruchu. A może i nie musiały
go dodawać... Podsumowując jednym zdaniem wnętrze pałacu:
Legion potrafił się urządzić.
Przy tym wszystkim nie zapomniał o miejscu do siedzenia; w tym
przypadku nie mogło to być nic innego, jak fantazyjnie i
niepokojąco rzeźbiony tron - i rzeczywiście tak było. Legion
usiadł na nim i podparł brodę ręką. Przyjrzał się Kubie
Rozpruwaczowi, który z zainteresowaniem przyglądał się witrażowi
obrazującemu składanie ofiary przez azteckiego kapłana. Na
drapieżnej twarzy Legiona przez moment zagościł przelotny uśmieszek;
w końcu po tylu latach oczekiwania przybliżył się do celu.
Wprawdzie był to dopiero pierwszy krok, ale na pewno nie ostatni.
Odezwał się do Kuby, wyrywając go ze świata marzeń:
- Kubo, zwany Rozpruwaczem. Zaraz polecę ci zadanie - Legion
sprawnie kontrolował co mówi, nie używając wyrazu "rozkaz"
- wypełnienie go będzie dla ciebie szansą na urzeczywistnienie
wszystkich pragnień, nawet tych, o których sam już dawno
zapomniałeś, bo były one zbyt nieprawdopodobne.
- Mówisz panie, że będę mógł stać się tym, czym zawsze
chciałem być? Tym, czemu podporządkowałem całe swoje życie?
- Tak! Nie będzie już dla ciebie żadnych ograniczeń!
- Więc, panie, chcę...
- Najpierw zadanie - twarz Legiona stężała natychmiast -
wykonasz dla mnie pracę.
- Tak panie, tak!
Legion był zadowolony z siebie. W manipulowaniu ludźmi nie miał
sobie równych; gdyby należał do świata śmiertelnych, mógłby
być niezłym psychologiem.
- Chodźmy - powiedział do Kuby. Kuba wiernie podążył za nim
do bocznych drzwi pałacu. Wychodząc, obejrzał się za siebie.
Miał wrażenie, że kilka rzeźb pomachało mu na pożegnanie.
Kuba wyszedł za Legionem bocznymi drzwiami pałacu; ten
wyprowadził go na rozległe wzniesienie.
- W tym miejscu zbudujesz dla mnie moją przepustkę do twojego
byłego świata, świata żyjących. To jest twój plac budowy.
- Panie, a co będzie tą przepustką?
- Zbudujesz dla mnie... silnik!
- Jak to!? Cały taki duży plac budowy na zwykłą maszynę? Więc
jaka ona ma być duża, panie?
- Musi być na tyle potężna, aby przełamać ograniczenia wieloświata
- uroczyście oświadczył Legion.
- To znaczy?
- To należy do twojego zadania, Kubo Rozpruwaczu - masz
zaprojektować dla mnie taką maszynę, aby wytworzyła taką ilość
energii, aby połączyć świat żywych i świat umarłych.
- A ile ma być tej energii?
- ...energii musi być tyle, aby... stworzyć coś. Kiedy to coś
powstanie, otworzy się droga do świata żywych, bo coś nie może
istnieć w niczym, bo chociaż tu jesteśmy wszystkim w naszym
wymiarze, to to jest tak jakby nic w świecie śmiertelników i...
po prostu postaraj się stworzyć najpotężniejszą maszynę,
jaką będziesz w stanie! - zirytował się Legion.
- Panie... a budulec? Robotnicy?
- Ha! To jest najmniejszy problem - Legion ucieszył się, mając
możliwość zademonstrowania swojej potęgi przed istotą niższego
rzędu - Patrz!
Legion zaparł się nogami w podłoże; skulił się nieco, aby
napiąć mięśnie. Na twarz wstąpił mu z wysiłku straszliwy
grymas. I wydał z siebie potężny okrzyk, który zdawał się
wprawiać ziemię w drżenie. Bo tak właśnie było. Plac
wybrzuszył się w górę niczym nadmuchiwany balon, po czym pękł.
Kiedy Kuba podniósł się spośród obrzydliwych, lepkich kawałków,
spojrzał przed siebie i zrozumiał, że ma do czynienia z czymś
naprawdę wyjątkowym. Bo oto przed nim lewitowała, iskrząc się
i trzeszcząc, ogromna czarna sfera; łuki elektryczne zapalały
się i gasły na jej powierzchni, a jej masa była w ciągłym
ruchu. Sprawiała wrażenie czarnej, kulistej i szczątkowo
inteligentnej chmury burzowej.
- Oto twój materiał! Gromadzone przez lata, pieczołowicie
dobierane, scalone w jeden twór dusze; ale dusze w swojej
istocie straszne! Tragiczne żywoty, przywiedzione tu przeze mnie!
Ach... Namawiałem ich do zbrodni, a ci głupcy słuchali, posłuszni
jak wieprze... - Legion wyraźnie był w swoim żywiole -
doprawdy, gromadzenie tego było ogromną przyjemnością. Patrzeć
na ich zdumione twarze, na ich pełne dziecinnego zdziwienia
oczy, spoglądające na własne zakrwawione ręce! Na to
zaskoczenie własnymi myślami!!! "Ach, cóż ja uczyniłem,
co mi strzeliło do głowy!?" Tak, to była
najprzyjemniejsza chwila, gdy oni...
- Ehem... panie? Ale tego materiału jest za mało...
- ...tak prymitywni, żałośnie prości... CO!? Jak to za mało!?
- Takie ilości nie wystarczą, aby zbudować potężną maszynę...
wystarczy co najwyżej na niewielką kotłownię! Ale na szczęście,
jak pan raczył wcześniej zauważyć, pana pałac jest z...
- Mój pałac!? Nigdy...! ...hmm... wygląda na to, że nie mamy
wyboru....
- I ostatnia kwestia, panie. Robotnicy.
Legion, pochłonięty niewesołymi myślami dotyczącymi jego
wspaniałego pałacu, od niechcenia klasnął w dłonie, a sam
odszedł w kierunku swojej siedziby, prawdopodobnie aby przekonać
się do idei jego rozebrania, pozostawiając Kubę sam na sam z
lewitującą sferą. Przez moment nic się nie działo; aż nagle
Kuba dostrzegł na krwistoczerwonym horyzoncie czarną, szybko
przemieszczającą chmurę, nasuwającą skojarzenia z szarańczą.
Chmura w miarę przybliżania się do obserwatora rozrastała się
coraz bardziej, aż w końcu Kuba był w już w stanie odróżnić
poszczególne istoty. Jedno stworzenie nagle oderwało się od
tej powietrznej armady i poczęło spadać na ziemię niczym
kamień. Stwór nie uderzył jednak bezwładnie w podłoże, a ciężko
wylądował na nogach. Wyprostował się, złożył szerokie, skórzaste
skrzydła; omiótł Kubę zaciekawionym, nie pozbawionym życzliwości
wzrokiem. Kuba odwzajemnił się tym samym. W tym czasie łagodnie
lądowali pozostali z powietrznej grupy. Nie byli tak wysocy jak
ten, który stał przed Kubą - muskularny, wysoki... diabeł.
Czerwona, pociągła twarz, świdrujące spojrzenie, kopyta, ogon.
O dziwo, noszony przez wysokiego diabła wiejski barani kożuch
zdawał się pasować jak ulał do ogólnego wizerunku tego przywódcy
latającej chmary. Mimo, że aby popatrzeć diabłu w oczy Kuba
musiał zadrzeć wysoko głowę, nie czuł strachu wobec
przybysza. Mierzyli się tak przez chwilę wzrokiem, aż w końcu
uznali, że są siebie godni. W końcu Kuba odezwał się
pierwszy:
- Witam, jestem Kuba, zwany Rozpruwaczem. Z kim mam przyjemność?
- diabeł odpowiedział chropowatym z przepicia głosem: - Jestem
Rokita. Zwany Cholernym Pijakiem. - po przedstawieniu się Rokita
wskazał na gromadę mniejszych diabłów za sobą, którzy po
wylądowaniu zaczęli snuć się bez celu, kładli się, zaczęli
pociągać z butelek wyjmowanych zza pazuchy lub grać w karty,
czasem nawet wszystko naraz - a to jest moja Ekipa Budowlana.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|