Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: WHITE Rider ::::


PROLOG

Świat nie jest już taki jak dawniej. Jeszcze dwieście lat temu o katastrofie ekologicznej tylko się mówiło, nie stanowiła ona realnego zagrożenia. W roku 2197 to już się stało. Światowa organizacja ekologiczna powołana 49 lat wcześniej stwierdziła na podstawie badań przeprowadzonych przez laboratoria rządowe USA, że Ziemia nie nadaje się do zamieszkania. Na krótko przed wydaniem tego oświadczenia amerykańska firma przemysłowa rozpoczęła wyręb lasów w Wielkiej Brytanii pod budowę nowej fabryki. Podczas prac robotnicy natrafili na żyjącą w lasach nieznaną rasę. Istoty te zostały wysłane do USA, gdzie znany naukowiec John Anderson miał zbadać kim są. Każdy kolejny dzień pracy Andersona coraz bardziej utwierdzał go w przekonaniu, że ta rasa to Elfowie. Z prastarych ksiąg naukowiec znał ich mowę. John wiedział, że warto za wszelką cenę zachować ten gatunek przy życiu. Dlatego zlecił NASA zbudowanie promu kosmicznego będącego w stanie zabrać Elfów z zatrutej planety w bezpieczne miejsce...

Przygody we Wszechświecie - epizod pierwszy: Wolna Ziemia


Było wczesne letnie południe. Słońce okryło jasną falą światła całą farmę Andersonów. Setki kilometrów nad posiadłością satelitarny serwer zajmował się swoją robotą, czyli transferowaniem danych. Otrzymywał polecenia, konwertował je na instrukcje binarne i przekazywał do procesora. Po chwili dane wracały i wysyłane były na Ziemię do adresata. Trwało to ułamki sekundy. Dom znajdujący się pod serwerem zamieszkiwał teraz tylko Mark Anderson. Jego matka zmarła kilka lat temu, a ojciec pracował w USA, gdzie jest cenionym naukowcem. W domu mieszkał też pies Astro, najwierniejszy przyjaciel chłopaka. Zwierzak zaszczekał, gdy komputer w salonie zabrzęczał informując o otrzymanym e-mailu. Do pomieszczenia wszedł pogodny chłopak w słomianym kapeluszu, pogładził pieska po łebku i zaczął czytać wiadomość.

07/14/97;12:03

Temat: Odkrycie w Instytucie Alberta Einsteina w Waszyngtonie

Drogi synu
Kilka tygodni temu miałem okazję badać nową, nieznaną dotąd na Ziemi rasę. Możesz w to uwierzyć? Zamieszkiwali spokojnie lasy w Wielkiej Brytanii, ale teraz w obliczu katastrofy ekologicznej są zagrożeni. Synu, to Elfowie. Należy za wszelką cenę uratować te cenne istoty. Dlatego też 18 lipca przyleć do mnie do instytutu. Wraz z Elfami wyruszysz na pokładzie specjalnie do tego celu zbudowanego statku kosmicznego na poszukiwanie planety takiej jak nasza, gdzie Elfowie mogli by przetrwać.
Rozumiem, że jesteś w szoku, co? Mark, czekam na Ciebie 18 lipca w Instytucie A. Einsteina.

Twój ojciec.

Mark rzeczywiście był w szoku. Nagle cały świat zawirował mu przed oczami. To wielkie szczęście. Zawsze marzył, by spotkać mityczne istoty, o których tyle opowiadał mu ojciec. Uparcie też dążył do zrealizowania marzenia każdego chyba dzieciaka, aby polecieć w kosmos. Posiadał już licencję pilota osobowych jednostek kosmicznych. Za zaliczenie tego kursu dostał od ojca własny myśliwiec taki, jakie mają na wyposażeniu piloci amerykańskich sił powietrznych. Teraz przyjdzie mu pilotować ogromną międzygalaktyczną jednostkę. Mark poszedł do szopy przygotować myśliwiec i po jakimś czasie z cichym szmerem silników wyjechał przed budynek swoim "Pieszczochem". Maszyna prezentowała się wspaniale w blasku południowego słońca. Dokoła samolotu biegał i skakał z przejęciem średniej wielkości kundelek. Chłopak wyskoczył z myśliwca i przytulił pieska.

- Nie zostawię Cię - powiedział. - Lecisz ze mną.

Minęły cztery dni pozostałe do lotu. Był 18 lipca 2197 roku. Godzina 11:00. Z jednej z wielu kanadyjskich farm z impetem wystartował w kierunku południowym smukły myśliwiec amerykańskich sił powietrznych nazwany "Pieszczoch". Samolot wzbił się na wysokość trzech tysięcy metrów i poszybował w chmurach. O 12:25 Mark z pieskiem byli już u celu i pozostawili pojazd w hangarze przy instytucie. Wyszli z hangaru i ruszyli w stronę wejścia do budynku, gdzie zatrzymał ich wartownik. Chłopak pokazał przepustkę, a gdy strażnik przeczytał na plakietce z kim ma do czynienia, uprzejmie zaprosił gościa wraz z czworonożnym towarzyszem do środka. Z hollu widać było kawiarenkę dla pracowników, w której Mark dostrzegł Johna. Ślizgając się po wykafelkowanej podłodze pobiegł na spotkanie z ojcem.

- Witaj, tato.

- Witaj, synu - naukowiec uśmiechnął się. - Miło mi znów Cię widzieć. Jesteś gotowy na przygodę swojego życia?

- Tak. Zawsze o czymś takim marzyłem.

- Przejdźmy więc na salę konstrukcyjną, gdzie powstawał statek, którym polecisz - rzekł John. Poszli długim korytarzem lewego skrzydła budynku i po przejściu przez kolejne drzwi dotarli do ogromnego pomieszczenia z mnóstwem tysięcy lamp. Były powłanczne tak aby najlepiej ukazać to co oświetlały. Na środku sali stał pojazd kosmiczny długości około 500 metrów, utrzymany w stalowoszarej kolorystyce i wyposażony, jak było widać, w działo laserowe dużej mocy, dwa potężne silniki i radar. Naukowiec spojrzał na jednostkę. - To jest "Liberty". Zastosowano w niej rozwiązania pochodzące z rozbitego 250 lat temu w Roswell UFO. Powstała w rekordowym czasie dwóch tygodni. A to po to, byś jak najprędzej mógł wyruszyć z misją.

- No, dobrze, tato - rzekł chłopak. - Ale co z "Pieszczochem"?

- O tym też pomyśleliśmy. "Liberty" ma uchwyty przystosowane aby pomieścić myśliwiec. - Ojciec uśmiechnął się do syna. - Wiem, że nie zostawiłbyś "Pieszczocha".

- A kiedy zobaczę Elfów? - Spytał Mark z nutką zniecierpliwienia jakie objawiło się teraz w jego głosie.

- Proszę za mną - powiedział John oficjalnym i poważnym tonem. Wyszli z sali mieszczącej statek, przeszli kilkadziesiąt metrów długim wąskim korytarzem i weszli do pracowni Andersona. Naukowiec polecił synowi zostać przed pokojem, by po chwili zaprosić go do środka przypominając, że trochę zna mowę Elfów i nią powinien się posługiwać. I w tej chwili sny stały się rzeczywistością. Oto przy biurku siedział najprawdziwszy w świecie Elf, a obok niego stała inna przedstawicielka tej rasy. John Anderson przedstawił ich sobie w języku Quenya. Nazywali się Faltor i Eveneth. Dla Marka było to jak grom z jasnego nieba. Dwie najpiękniejsze, najczystsze na Ziemi istoty znajdowały się naprzeciw niego. Chłopak powitał je w ich ojczystym języku, którego nauczył się z ksiąg ojca, a one odpowiedziały mu tym samym.

- Zostawiam Was samych - rzekł John z uśmiechem, skłonił głowę i wyszedł.

Mark przez chwilę stał patrząc w Elfów i rozpamiętując słowa wypowiedziane ich krystalicznymi miękkimi głosami. Po chwili doszedł do siebie i przypomniał sobie ile pytań zawsze nurtowało go w kwestii Elfów. Niejednokrotnie zastanawiał się o co by ich zapytał, gdyby doszło do takiego spotkania. Teraz miał okazję uzyskać najbardziej znaczące odpowiedzi w jego życiu.

- Ilu Was jest jeszcze w instytucie? - spytał wreszcie.

- Jeszcze dwudziestu dwóch - powiedziała Eveneth. - Tylu nas przetrwało starcie z Ludźmi, którzy zniszczyli nasz dom.

Mark pożałował tego pytania, a Eveneth przechyliła głowę i ujrzawszy smutek jaki odmalował się na twarzy Człowieka rzekła:

- Twój ojciec jest inny. Jacy w ogóle są Ludzie? Zaledwie kilka tygodni żyjemy pośród Was. Tu w instytucie wszyscy są dla nas mili, ale mówią, że na zewnątrz jest inaczej. To Ludzie zniszczyli Ziemię?

- Tak - odpowiedział krótko Mark i opowiedział o tym co dzieje się na Ziemi. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na pytanie Eveneth o to, czy Ludzie wyginą.


20 lipca 2197 roku o 9:25 Mark wyprowadził z hangaru swój myśliwiec i podczepił go pod "Liberty", która stała już przed budynkiem. Na pokład okrętu zabrał psa i pożegnał się z ojcem.

- Mark, nauczyłeś się już pilotować statek i posługiwać sprzętem. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, pytaj teraz, bo później mogę nie mieć możliwości Ci pomóc. Po wykonaniu skoku w nadprzestrzeń musicie sobie radzić sami.

- Wiem, co mam robić - rzekł pewnie chłopak.

- A zatem ruszaj przed siebie - opowiedział naukowiec.

Tak też się stało i przed południem z Instytutu imienia Alberta Einsteina w Waszyngtonie wzbił się w powietrze największy statek kosmiczny jaki zbudowali Ziemianie. Rozpoczęła się najważniejsza wyprawa w historii ludzkości. Objęta tajemnicą.

Mark zapatrzył się w szerokie okno "Liberty". To było coś niesamowitego. Planeta jak szklana kula zawieszona w przestrzeni. Z tej odległości wciąż jeszcze była ogromna, choć ten widok już doskonale uświadamiał jak niewielka jest Ziemia. Z perspektywy statku kosmicznego w niewielkiej odległości od kuli ziemskiej krążył po swej orbicie Księżyc. Każdy chyba choć raz w życiu zamarzył o locie na srebrny glob. Już sam jego widok odrywa od Ziemi i przenosi w krainę marzeń, a także daje do zrozumienia wiele rzeczy. Ludzie od dawna wiedzą, że nie są sami we Wszechświecie, ale dlaczego wciąż nie ma kontaktu?

Do chłopaka podszedł Faltor.

- Wiesz, że tysiące lat temu nie było Was, Ludzi na tej planecie? - Mark przeniósł wzrok na Elfa. - Ziemia należała tylko do Elfów.

- Skąd wiesz?

- My żyjemy wiecznie - Faltor uśmiechnął się tajemniczo. - Znamy historię Ziemi.

- Opowiedz mi o tym - poprosił chłopak ze zdumieniem patrząc w Elfa. Wyglądał on tak młodo, tylko w jego oczach malowała się mądrość jaką został obdarzony przez wszystkie lata swojego życia. Faltor westchnął i rozpoczął swoją historię:

- Elfowie powstali z całego dobra jakie było we Wszechświecie. Sami dokładnie nie jesteśmy w stanie powiedzieć jaka to siła musiała być zdolna do stworzenia istot rozumnych i bez cna zła w sobie, bo nieskromnie muszę przyznać, że nie znamy okrucieństwa i przemocy. Aż któregoś dnia przybył na Ziemię ogromny statek kosmiczny, większy od tego, którym teraz lecimy i pozostawił na planecie grupę osadników. To byli pierwsi Ludzie. Jak widzisz, pochodzą oni z daleka, co znaczy, że może lata świetlne stąd istnieje planeta zdatna do zamieszkania.

- I być może gdzieś jeszcze we Wszechświecie są Ludzie - westchnął Mark w zamyśleniu. - Tylko my od setek lat nie umiemy nawiązać z nimi kontaktu.
Tymczasem NASA nawiązała kontakt z "Liberty" i głos generała Maxwella przerwał rozmowę Człowieka z Elfem:

- "Liberty", tu generał Maxwell, zgłoście się.

- Mówi kapitan Anderson.

- Już wkrótce miniecie Marsa i wykonacie skok w nadprzestrzeń, po czym kontakt zostanie zerwany. Czy jesteście na to przygotowani?

- Tak.

- Poza Marsem nie miniecie już żadnej planety Układu Słonecznego w drodze do jego granic. Nie wiadomo co możecie napotkać po opuszczeniu naszego systemu. Będziecie zdani na siebie.

- Rozumiem, generale.

- Życzymy Wam powodzenia.

"Liberty" śmignęła dość nisko nad Marsem. Jest to jedyna, poza Ziemią, planeta Układu Słonecznego zamieszkała przez ludzi. Kolonizacja Marsa rozpoczęła się - można powiedzieć - od misji Mars Direct na początku XXI w. I od tamtego czasu co dwa lata na czerwoną planetę przylatywała jakaś rakieta. Mniej więcej w połowie XXII w. Mars wyglądał już tak jak obecnie.

Anderson, Astro i Elfowie minęli ostatnią planetę z czterech położonych najbliżej Słońca. Chłopak wprowadził współrzędne skoku do pamięci hipergeneratora i gwiazdy rozpłynęły się w długie smugi.

Wyskoczyli z nadprzestrzeni w nieznanym miejscu, gdzie już nie sięgały ziemskie sondy. Dookoła nie widać było żadnych innych ciał niebieskich ani obiektów świadczących o czyjejś obecności tutaj. "Liberty" nie posiadała komputera pokładowego, w który normalnie byłby wyposażony statek wyruszający w taką podróż. Aparatura ograniczała się jedynie do pulpitu sterującego działami laserowymi i układu nadprzestrzennego. Zainstalowane było w niej także radio dalekiego zasięgu pracujące na tajnej zastrzeżonej i niedostępnej częstotliwości oraz radar. Ponad to znajdował się na niej przełącznik silników wspomagających. Najważniejszym elementem okrętu był niewątpliwie skaner mający za zadanie zbadać potencjalną planetę, na której mieliby zamieszkać Elfowie. I tym oto okrętem podróżowało dwudziestu czterech Elfów pod dowództwem Człowieka wraz z jego wiernym przyjacielem, psem, przemierzając bezkresną przestrzeń.

Któregoś dnia października 2199 będąc o lata świetlne od Ziemi Mark miał senny koszmar, w którym śnił mu się ojciec. Od tej pory często nachodziły go czarne myśli. Zdarzyło się nawet, że chciał zawracać na Ziemię, ale załoga odwiodła swojego kapitana od tego pragnienia.

Podróż trwała dalej aż 6 czerwca 2203 roku niespodziewanie wszyscy usłyszeli w radiu czyjś głos skierowany do "Liberty" i nakazujący poddanie się. Dopiero po chwili Anderson uświadomił sobie, że informacja była całkowicie zrozumiała, a wypowiedziana została po elficku.

- Zgłasza się kapitan "Liberty", Mark Anderson - odpowiedział Mark tą samą mową. - Jesteśmy pokojowo nastawieni.

- Nikt nie jest pokojowy nastawiony do Pana Mroku, chyba że oddaje mu się na służbę - odrzekł głos - Poddajcie się!

- Nie służymy żadnemu mrokowi, jesteśmy wolnymi istotami z planety Ziemia z Układu Słonecznego - teraz chłopak nadał swojemu głosowi stanowczy ton.

- W takim razie będziemy zmuszeni użyć siły - stwierdził głos z nutką satysfakcji. W tym momencie oczom załogi "Liberty" ukazała się potężnych rozmiarów jednostka kilkanaście razy większa, ale bez widocznego uzbrojenia. Pewnie okręt jest pełen małych samolotów, pomyślał kapitan. I nie mylił się, bo oto z wnętrza kolosa wysypało się ze dwadzieścia dziwnie wyglądających maleńkich myśliwców i ruszyły w stronę ziemskiego statku ostrzeliwując go z dział laserowych. "Liberty" nie posiadała żadnych powłok kuloodpornych, ani tym podobnych tarcz, toteż każde trafienie osłabiało ją. Rozumiejąc doskonale sytuację Mark wybiegł z mostka krzycząc do Faltora, by strzelał z działa laserowego, a sam zasiadł za sterami swojego myśliwca. Szybki i zwrotny "Pieszczoch" już mógł równać się z siłami Pana Mroku. Kimkolwiek ten szaleniec jest, pomyślał chłopak. Istotnie, eskadra, która zaatakowała "Liberty" liczyła równo 20 jednostek, jak stwierdził komputer pokładowy.
- Pieszczoch, oznacz cele od numeru 1 do 20 i namierz pierwszy z nich - polecił Mark swemu komputerowi. Po chwili wszystkie obiekty na ekranie, oprócz "Liberty" i statku macierzystego Pana Mroku, uzyskały numery, a jedynka była już namierzona. Kapitan położył rękę na spuście i przygotował się do strzału. Kiedy był gotów, odpalił rakietę, a ta w mgnieniu oka dotarła do celu i nagle kokpit rozświetlił blask eksplozji mającej miejsce jakieś tysiąc stóp przed "Pieszczochem". Mark odbił w prawo, żeby przy tej prędkości nie wlecieć zaraz w kulę ognia, która po pewnym czasie zaczęła maleć i nakazał komputerowi namierzyć następny cel. Podleciał na odległość 750 stóp i wystrzelił rakietkę, co znów zakończyło się wybuchem i oznaczało, że dwa myśliwce zostały już strącone, a co za tym idzie, pozostało jeszcze osiemnaście. Chłopak spojrzał na monitor i dostrzegł trzy statki od dłuższego czasu trzymające się razem. Na ich czele leciał obiekt oznaczony numerem pięć, po jego prawej stronie, trochę z tyłu, sunęła szóstka, a po lewej siódemka. Wystarczy rozwalić środkowy, a ogień dosięgnie pozostałe dwa, stwierdził Mark i polecił "Pieszczochowi" namierzyć piątkę. Trzy sekundy i piątka była gotowa do zestrzelenia. Kolejne trzy sekundy i w odległości około tysiąca stóp wybuchnął statek Pana Mroku, a za nim kolejne dwa, których eksplozje nastąpiły równocześnie, w chwilę po eksplozji pierwszego.
- Dwadzieścia pięć procent roboty ukończone - powiedział Anderson. - "Pieszczoch", namierz najbliższego. - Co??? - Zdziwił się chłopak, gdy okazało się, że najbliższy siedzi mu na ogonie. Kapitan automatycznie wystrzelił w górę robiąc niepełną pętlę do tyłu tak, że role się zmieniły, i wytracił prędkość, by nie być za blisko wroga, co uniemożliwiałoby użycie rakiet ze względu na własne bezpieczeństwo. Niestety, odległość wciąż wykluczała taki atak. Mark przyspieszając zakręcił w prawo pełne koło i znów znalazł się w takiej samej pozycji, tyle że na znacznie większym dystansie, gdyż w połowie drogi zwolnił. Ale tak, jak przewidywał, wróg nie czekał aż "Pieszczoch" przymierzy się do ataku. Niespodziewanie wystrzelił w tył rakietkę. Anderson odbił w lewo i w ostatniej chwili uskoczył z linii strzału. Włączył też pole ochronne. W tym samym czasie wyżej kolejny myśliwiec leciał na niego z lewej strony pod kątem 45 o. Chłopak miał niewiele czasu na zestrzelenie poprzedniego wroga, gdy już musiał uciekać przed następnym. Skręcając w prawo błyskawicznie zestrzelił pierwszego, po czym obrócił się w tył i zestrzelił drugiego. Jeden z myśliwców ostrzeliwujących "Liberty" urwał się z eskadry i podążył za "Pieszczochem". Ten zaś niespodziewanie zwrócił się o 180o przez lewe skrzydło i wypuścił rakietę. Tak samo jak poprzednik postąpił następny statek, lecz Anderson nie miał już rakiet Dragon 8 standardowo umieszczanych w liczbie ośmiu. Wróg został zaledwie osłabiony. Strzały z lasera należało kierować bardziej precyzyjnie, mierząc w to, czego uszkodzenie eliminowało cały statek. W tym czasie Elfowie z "Liberty" zestrzelili jedną nieprzyjacielską jednostkę oznaczoną przez "Pieszczocha" numerem 16. Komputer odnotował ten fakt na monitorze. Prawie sprawny okręt puścił się w pościg za Andersonem. Chłopak skierował swój myśliwiec w górę i zakręcił półpętlę, po czym sunąc w dół rozpoczął ostrzał wroga przy czym wykonał półbeczkę, by znaleźć się w względnie prawidłowej pozycji.
- OK, została jeszcze połowa - rzekł Mark do komputera. Wtem z przed nosa "Liberty" urwała się grupa pięciu myśliwców i leciała na niego z godziny piątej. Kapitan błyskawicznie obrócił się o 180o przez prawe skrzydło i wypuścił długą serię z działa laserowego. Wszystkie pięć statków zostało strąconych. Pozostałe pięć, które wciąż walczyło z "Liberty" poczęło wycofywać się. Widocznie taki otrzymali rozkaz od okrętu macierzystego, pomyślał chłopak. Nagle jeden z nich niekontrolowanym lotem wyrwał się z eskadry i podążył za "Pieszczochem". Mark wykonał zwrot przez lewe skrzydło i rozpoczął ucieczkę przed wrogiem dookoła własnego okrętu. Przy drugim okrążeniu, gdy zniknął nieprzyjacielowi z widoku, zanurkował pod "Liberty" i niespodziewanie wynurzył się spod spodu strącając wroga krótką serią. Kapitan opuścił swój myśliwiec i udał się na pokład kolosa.

- Czy jest łączność z tym szaleńcem? - Spytał pierwszego Elfa, którego napotkał. Otrzymał przeczącą odpowiedź. Przez okno nie było już widać żadnego okrętu, radar również niczego nie wykrył. - To ciekawe - rzekł Mark. - Jestem pewien, że odkąd po raz ostatni widziałem ich statek do chwili gdy tu stoję nie minęło więcej jak minuta. Radar ma zasięg 160 000 kilometrów. Żeby zniknąć w tak krótkim czasie musieli by wykonać skok w nadprzestrzeń. Można było się domyśleć, że nie tylko my dysponujemy tą technologią.

Dnia 30 sierpnia 2203 roku kalendarza gregoriańskiego na pokładzie "Liberty" zawrzało. Kapitan zobaczył planetę z kosmosu wyglądającą jak błękitna szklana kulka z kolorowymi piórkami w wnętrzu. Była niezwykle podobna do Ziemi, toteż Mark włączył skaner i przybliżył się do globu na tyle by aparat mógł wykonać niezbędne pomiary. Miało to zająć 12 godzin, więc korzystając z czasu wolnego chłopak zabrał ze sobą psa, wsiadł w swój myśliwiec i wyruszył na mały zwiad. Z wysokości 15 000 stóp dojrzał zarysy ogromnego kontynentu wielkości Ameryki Północnej, który na południu przecinała rzeka, i małą wyspę na zachód od kontynentu. Mark domyślał się, że stojąc na brzegu jednego z lądów w słoneczny dzień musi być widać brzeg drugiego. A dni, zdawało się, zawsze były tutaj słoneczne. Planeta krążyła samotnie wokół swego niewielkiego słońca. W promieniu 160 000 kilometrów radar "Liberty" nie wykrył innych ciał niebieskich, aczkolwiek biorąc pod uwagę wielkość Wszechświata, 80 384 000 000 km2 to mało.
- "Pieszczoch", zbadaj skład atmosfery - polecił kapitan komputerowi gdy zniżył lot nad lądem i widział wyraźnie zieloną roślinność planety. Już po kilku minutach na ekranie wyświetlił się wynik analizy: 75 procent tlenu, 20 procent azotu i pięć procent innych pierwiastków, z czego 1 procent nieznane. Można by się obawiać tego Nieznanego, ale Mark posadził myśliwiec na miękkiej trawie stwierdzając występowanie grawitacji i otworzył kabinę. Astro wychylił ciekawsko głowę.
- To musiał być dla Ciebie koszmar - powiedział chłopak do psa - tak spędzić połowę życia w statku kosmicznym. Mnie też to już nudziło - dodał wyskakując na ziemię. Podszedł do tyłu samolotu i wyciągnął zwierzaka z kokpitu. Postawił kudłatego przyjaciela na trawie i spojrzawszy w bezchmurne niebo zerknął na ekran "Pieszczocha" prosząc o zmierzenie temperatury, która jego zdaniem wynosiła około 20 stopni. 20,2, przeczytał odpowiedź na monitorze. Zamknął kabinę i zaczął wraz z psem oddalać się od pojazdu. Na przestrzeni kilometrów jakie widział Mark, gdyż wylądował na wzniesieniu, nie widać było nic szczególnego. Wkoło tylko trawa. Radując się nieskażoną przyrodą na planecie, chłopak nie prędko zorientował się, że od dłuższego już czasu idzie ścieżką.
- Ścieżka nie wzięła się z nikąd - powiedział patrząc na psa, tak jak by on wiedział skąd ta dróżka. - Wracamy do myśliwca, bo nie wiadomo jak daleko ona prowadzi i co spotkamy na swej drodze. - To mówiąc Mark zawrócił i pędem pobiegł do "Pieszczocha". Gdy już wraz z psem znaleźli się w jego wnętrzu, wzbił go na wysokość 5 000 stóp i wypatrywał krańca ścieżki. Rozwidlała się ona w kilku kierunkach na północnym zachodzie, tudzież ginęła w szczelinach gór, tylko na południowym wschodzie prowadziła w kierunku widocznego na horyzoncie lasu. Tam właśnie jakiś impuls kazał Andersonowi polecieć. Lecąc w kierunku lasu kapitan obniżał pułap. Gdy zobaczył za lasem ocean sunął już na wysokości 1000 stóp. Nagle coś poruszyło się w krzakach. Chłopak uniósł się znów o 500 stóp i ustawił myśliwiec równolegle do linii brzegu, a zarazem skraju lasu i zawiesił samolot w tej pozycji wyczekując. Ale nic nie dostrzegł, a żaden ruch nie nastąpił. To nie mógł być wiatr, bo dzień jest bezwietrzny, o ile tutaj w ogóle występują wiatry, pomyślał Anderson. To nie mógł też być pęd wiatru wywołany przeze mnie, bo zbyt wolno lecę. Kapitan wyszukał w lesie małą polankę, na której posadził "Pieszczocha" i wraz z Astro ruszył w kierunku oceanu. Po przejściu około 500 metrów usłyszał szelest liści i kiedy odwrócił głowę zobaczył poruszające się gałęzie, ale ani żywej duszy. Automatycznie pobiegł w tamtym kierunku, a Astro za nim. Chłopak przebył jakieś 200 metrów i stanął na środku leśnej ścieżki nasłuchując. Nagle obrócił się za siebie i pociemniało mu przed oczami. Poczuł tylko jak opada z sił i osunął się na ziemię... Gdy się ocknął leżał na trawie z głową wspartą na kamieniu, a dookoła niego zgromadziło się kilka dziwnych istot. Każda z nich była wyższa niż Człowiek i może parę cali wyższa niż Elf. Miały długie klapnięte uszy jak króliki, wielkie ślepia i wesołe pyski. Przy czym wyglądały na tyle komicznie, że Mark uśmiechnął się na ponowny widok dziwadeł.
- Mam zwidy? Za dużo wypiłem? - Spytał. Stworzenia spojrzały po sobie, a ich mordki wyrażały zdziwienie. Nie spodziewali się, że umiem mówić, pomyślał Mark i po chwili zdał sobie sprawę, że zapytał w języku Ludzi po angielsku. Elfowie mówili, że Ludzie przybyli na Ziemię z kosmosu, nawet ten szaleniec, Mrok, mówił w języku Quenya. Pewnie to wspólna mowa całego Wszechświata. Przeszedł więc na elficki.

- Kim Wy jesteście?

- Pytanie, kim Ty jesteś - odpowiedział jeden z nich. Chłopak chciał wstać, by przedstawić się obcej cywilizacji, ale czworo z jej przedstawicieli wymierzyło w niego długą włócznią. - Mów!

Chłopak zdał sobie sprawę, że jest na tej planecie intruzem i to on sam właśnie powinien pierwszy się przedstawić.

- Nazywam się Mark Anderson, jestem Człowiekiem i poszukuję planety, na której mogliby zamieszkać... - zawiesił głos nie będąc pewien, czy może tak łatwo każdemu opowiadać o Elfach. Coś jednak pchnęło go w kierunku tego ryzyka i dokończył wypowiadając trochę nieśmiało ostatnie słowo.- Elfowie.

Dziwadła, które wciąż trzymały włócznie wycelowane w chłopaka, spojrzały po sobie, lecz spośród nich wysunął się do przodu nieuzbrojony mieszkaniec planety odziany w iście królewskie szaty. Położył kosmatą łapę na jednej z włóczni, lekko pchając ją w dół. Broń została opuszczona, a pozostali uczynili to samo. On zaś gestem nakazał chłopakowi wstać, po czym skłonił się elegancko.

- Nazywam się Gharid i jestem przywódcą Fervan. Wybacz to niemiłe powitanie, ale nigdy wcześniej nie widzieliśmy Ludzi i Elfów. Gdzież oni są?

- Zostali na pokładzie okrętu, którym tu przylecieliśmy.

- Przynosisz nam najcudowniejsze istoty we Wszechświecie. Skąd pochodzicie?

- Z Ziemi w Układzie Słonecznym.

- Ah, tak - Gharid zamyślił się i spojrzał na przybysza z uśmiechem. - Zatem legendy krążące po całej galaktyce są prawdziwe. Chodź, pokażę Ci Wielki Las. Mamy sobie dużo do powiedzenia. - Ruszyli ścieżkami ogromnego lasu, w którym rosły niesamowicie wysokie drzewa, na ich gałęziach siedziało mnóstwo tajemniczych ptaków śpiewających dość rozbudowane tematy muzyczne.

- Jakie legendy? - spytał Mark. Chłopak uwielbiał Legendy. Fervanin sięgnął pamięcią gdzieś wstecz.

- Podobno Elfowie są pierwszą rasą stworzoną przez Kosmos, dlatego cały Gaweran, czyli nasza galaktyka, mówi ich językiem. Jednak Elfowie zostali zabrani ze swojej planety, Andeaornu, gdy Anukowie dowiedzieli się o nienawiści Orgowenów do pierwszych dzieci Kosmosu. Anukowie to bardzo stara zaawansowana cywilizacja, stworzona bodajże jako trzecia. Dysponowali technologią pozwalającą im przemieszczać się między galaktykami, więc umieścili Elfów bezpiecznie na Ziemi w Drodze Mlecznej, ale nikt nigdy nie wiedział gdzie to jest. Po powrocie chcieli by znów jakaś rasa zamieszkiwała Andeaorn, ale Orgoweni nienawidzili wszystkiego co ma jakiś związek z Elfami, więc Anukowie umieścili Ludzi również na Nieznanej Ziemi. Gdy wrócili zastali swoją rodzinną planetę zniszczoną z rąk Pana Mroku.

- Spotkaliśmy go po drodze - przerwał opowieść chłopak. - W takim razie Elfom grozi niebezpieczeństwo!

- Nic im nie grozi - odparł spokojnie Gharid. - Pan Mroku dowiedział się, że Elfowie i Ludzie są na Ziemi, ale jedyna Ziemia, jaką znał to nasza, więc zaatakował nas. Odparliśmy atak, stąd obecna nazwa naszej planety, trochę nieoficjalna, Wolna Ziemia - Fervanin uśmiechnął się. - Jak widzisz, Elfowie będą tu bezpieczni. Już raz wygraliśmy z Orgowenami.

- A co się stało z Andeaornem? - spytał Mark po chwili milczenia.

- Został zniszczony przez Pana Mroku.

- Elfowie mogą zamieszkać na Wolnej Ziemi? - spytał chłopak.

- Mogą - odpowiedział Gharid. - Na północnym wschodzie jest ogromny las taki jak ten. Znajdziesz?

- Tak.

Po powrocie do "Liberty" Anderson nie dowiedział się niczego nowego o planecie, w każdym bądź razie nie było to nic znaczącego, jedynie informacje dotyczące rozmiarów, długości dnia. Za to kapitan mógł przekazać Elfom radosną wiadomość, że znalazł dla nich dom.

"Liberty" sunęła w kierunku lasu na planecie Ziemia. Po pół dnia lotu okręt był gotowy do posadzenia na lądzie. Wylądowali przy zachodniej części lasu. Otworzyły się wrota u podstawy jednostki i cała załoga po ponad sześciu latach poszukiwań odnalazła cel podróży. Planeta taka jak Ziemia. Nastąpił dzień rozstania z Elfami, którzy mieli zacząć nowe życie na nieskażonej ziemi. Na pożegnanie, wzruszające dla wszystkich (chyba tylko Astro nie przejmował się niczym), Mark życzył swym przyjaciołom by dobrze im się mieszkało w nowym domu i obiecał, że nigdy o nich nie zapomni, do czego również i oni zobowiązali się wobec niego wdzięczni za uratowanie swojej rasy. Powiedział jeszcze, by pozdrowili Fervan, gdy ich spotkają. Odczepił "Pieszczocha" i zostawił "Liberty" Elfom. Zabrał psa i ruszył w drogę powrotną do domu. Astro popatrzył na niego swoimi czarnymi ślepiami. Po ośmiu godzinach lotu wprowadził do komputera pokładowego współrzędne skoku nadprzestrzennego, gwiazdy rozmyły się w iluminatorze i na pełnym dopale ruszyli do domu.






WHITE Rider


w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l