Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: Military ::::

Dziedzictwo


Dziesiątki małych błyskawic rozświetlały karmazynową mgłę, otaczającą wszystko, co możliwe było do otoczenia. Horyzont nie był widoczny nigdy, i nigdy też nikt zobaczyć go nie miał. Dziesiątki dusz ustawionych w kolejkach gęstej, rwistej brei lewitowało w nieskończoności, czekając na spotkanie z Rehabilitatorem. Ich męka - oczekiwanie, ślepota, przebywanie w absolutnej ciszy i brak towarzystwa pomimo obecności tysięcy innych grzeszników - była przerywana tymi właśnie sesjami, podczas których próbowano nawrócić zagubionych oraz odesłać ich powrotnie do Czyśćca, na powtórne osądzenie.

To wszystko działo się w ogólnodostępnej części piekła, przeznaczonej dla zmarłych, diablich sług i czarcich urzędników. Tam, gdzie żadna z dusz zajrzeć nie mogła; gdzie wśród jęzorów ognia i burzowych chmur smolistego dymu ledwo można było dojrzeć przepastne jaskinie i rzeźbione w nich korytarze, tam właśnie mieścił się pokój samego Szatana. Ten osobnik, władający podziemnymi włościami, zarządca świata dusz potępionych, archanioł ciemności, krążył po swojej komnacie zniecierpliwiony i zaniepokojony.

Pan mroku nie posiadał ani twarzy, ani rąk, ani też nóg. Dokładniej mówiąc, był postacią niematerialną, tak jak wszystkie czarty wyższe. Osiągnął stan rozproszenia ciała, który pozwalał mu na lekceważenie spraw związanych z ograniczającą go powłoką. Było to wielce wygodne, gdyż pozwalało skupić się wyłącznie na pracy, a tej w Piekle było w nadmiarze - a to podpisywanie skierowań do Nieba dla błędnie osądzonych, to znów wizytowanie sektorów martyrologicznych.
- Ojcze - rzekła szatańska dusza, która w towarzystwie podobnego sobie widma wpłynęła do pomieszczenia - Przybyliśmy na twe wezwanie.
Naczelny bies zwrócił swą metafizyczną postać ku gościom.
- Neposmalusie, Exignisie... - przemówił z charakterystyczną dlań powagą i, wyśmiewanym w niektórych kręgach, osobliwym wschodnim akcentem, którego nabawił się podczas jednej z wizyt w swym ukochanym mieście, Moskwie - Moi synowie, potrzebuję was w tej chwili.
- Czy coś się stało, ojcze? - zaniepokoił się Exignis, który z pozazmysłowego punktu widzenia był niższy od swego brata, choć wyróżniał się większą od niego erudycją, szczególnie przydatną podczas rozmaitych obrotów w kręgach towarzyskich.
- Nadchodzi mój czas. - szatan przyjął zasmucony wyraz ektoplazmy - To już trzy tryliardy lat, odkąd objąłem władzę nad czeluścią piekielną. Starzeję się i odczuwam to aż nader wyraźnie, zatem postanowiłem, że któryś z was, bliźniaków, zasiądzie na mym tronie.
- Ależ, ojcze... - przerwał rodzicielowi Neposmalus.
- Nie wcinaj się w słowo! - ryknął wciąż jeszcze silny, aczkolwiek starzejący się czart. Zawsze rozwścieczała go bezczelność niepokornego syna, któremu nigdy nie mógł wpoić podstawowych zasad savoir-vivre - Ja, Wielki Pardeus, powiadam wam, że staniecie w szranki, a wyłoniony zwycięzca zostaje moim następcą i zasiądzie na tym oto miejscu.
Wskazał drgnieniem duszy tron, rzeźbiony w rozmaite wzory, przeplatające się i tworzące mozaikę tańczących pędów.
- A kto tu spocznie, ten posiądzie władzę na Piekłem i połową Ziemi, i sprawować będzie nadzór nad złem we wszechświecie.
- Jak? - rzekł, oszczędny od kilku minut w słowach, Neposmalus.
- Zstąpicie do świata żywych i przybierzecie ich postać. Waszym zadaniem stanie się czynienie zła, lecz pamiętajcie: prawdziwy diabeł nie postępuje nieprawie. On prowokuje do tego innych.
- Musimy z sobą konkurować?
Pardeus popatrzył groźnie na uważnie słuchające go opary.
- To najuczciwszy sposób, mój drogi synu, a choć jesteśmy w Piekle, to pozostajemy diabłami honorowymi, więc... - westchnął, czując zbliżający się atak migreny - Więc prowokujcie. Ten z was, któren uczyni poprzez śmiertelnego większy grzech, stanie tu zamiast mnie. Macie do dyspozycji trzy dowolne dusze... Niech wygra najgodniejszy.

Tymi słowy pożegnał swych potomków, po czym wypłynął z komnaty, pozostawiając za sobą czerwony, mglisty ślad.


Rywalizacja się rozpoczęła; bracia stanęli na ziemi w swych przebraniach. Nie wyróżniali się z tłumu - jeden z nich wyglądał niczym przeciętny, młody człowiek, drugi natomiast przyjął postać starszej kobiety. Obaj wylądowali w przeciwnych zakątkach ziemi, ustaliwszy pierwej, iż nie będą nawzajem sobie przeszkadzać. Byli wszak braćmi, i to naprawdę dobrymi - każdy z nich spieszył na pomoc drugiemu, kiedy tamten wpadł w tarapaty. W dziecięcych latach nie raz Neposmalus pomagał uwolnić ektoplazmę Exignisa zaplątaną w kręty, płomienny jęzor. Ten drugi natomiast był niezastąpiony, kiedy jego brat został schwytany przez niebiańskiego Rehabilitatora na przygotowywaniu złośliwego żartu dla tegoż. Mały diabełek swą umiejętnością przemawiania przekonywał, że to nie było zamierzone przeciw Rehabilitatorowi, a tak naprawdę to nie była sprawka Neposmalusa, a jeśli już, to chciał on tylko pomóc nieszczęśnikowi. Wskutek wielu takich wspólnych przeżyć bliźniacy stali się sobie bliscy - co dziwiło ich ojca, który jednak nie przestał żywić nadziei, iż jego synowie wyrosną na czarty z prawdziwego zdarzenia.

Jak zostało powiedziane, konkurs się rozpoczął. Pierwszą ofiarą diabła-retoryka został spokojny z natury nastolatek, który wpierw skradł cenny manuskrypt z muzeum, następnie spalił go, a popioły rozsypał po trawniku. Po dokonaniu przez śmiertelnika dzieła zniszczenia, czarci pomiot zmienił miejsce polowania, jak i skórę. Tak samo uczynił brat tegoż, któremu udało się przekonać rezydenta domu starców do złożenia meldunku na policję, jakoby jego własny wnuk okradł bank narodowy. Nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, iż owego wnuka rozstrzelano po ujrzeniu białek w jego oczach, gdyż - nom

Exignis nie był zadowolony; oczekiwał od siebie czegoś więcej. Podobnie Neposmalus, którego było stać na wiele śmielsze czyny, co w dzieciństwie udowadniał jego opiekunkom, muszącym nieraz gonić go aż do Czyśćca. W tym momencie zadziałał ślepy traf, który zetknął braci w wielkim mieście Zachodu, pośród budynków pnących się pod niebiosa i w otoczeniu dziesiątek tysięcy stalowych potworów, które ryczały hałaśliwie wydmuchując z siebie kłęby zabójczego dla życia, smolistego dymu - czyli w środowisku dla diabła niezwykle przyjaznym.


Młody człowiek, przyodziany w charakterystyczne dla młodych ludzi obwisłe spodnie, podkoszulek ukazujący jego stosunek do świata i czapkę chroniącą przed słońcem, a może przed deszczem (choć ani jednego, ni też drugiego śladu nie było); słowem - przeciętny młodzieniec spacerował aleją wielkomiejskiego parku, uchowanego wśród stalowych molochów i smolistych chmur. Chłopiec obserwował uważnie każdego osobnika, którego miał sposobność dojrzeć - i to obserwował dokładnie, gdyż owym człekiem był Exignis we własnej osobie. Cóż, może nie we własnej, a zapożyczonej, ale na pewno był to on.

Z przeciwnej strony maszerował dziarskim krokiem staruszek z umęczoną twarzą, budzący na pierwszy rzut oka litość, a na drugi - podziw. Podziw za hardość ducha, jaką prezentował swych chodem, utrzymaną w jego wieku. Jednak wytrzymałość nie była wrodzoną cechą tego mężczyzny, a jedynie chwilowym darem od Neposmalusa, który zagnieździł się w jego ciele.

Obie postaci zrównały krok, wychodząc na jedną z zatłoczonych, aczkolwiek kolorowych i wesołych ulic. Starszy pan podniósł swą suchą dłoń, wskazując nią zaparkowany na chodniku wspaniały samochód.
- Piękna maszyna, nieprawdaż? - przemówił głosem łamiącym się, choć stanowczym.
- Ach, prawda, prawda - odparł nastolatek, który nie rozpoznał w nowopoznanym rozmówcy swego brata, tak jak i on nie rozpoznał jego.
- Mieć taką, marzenie moje... - należy przypomnieć, iż niesforny czort nie był istotą wielce oczytaną, ani też wybitnym mówcą, w przeciwieństwie do swego bliźniaka.
Podstępny Exignis wnet wpadł na godny jego osoby, iście szatański pomysł. On, Narodzony z Ognia, wpasowywał już kształty swego duchowego siedzenia w ojcowski tron, obmyślając szczegóły swego planu. Był niemal pewny, że po takim grzechu staruszek przerwie zmagania, uważając je za całkowicie zbędne.
- Więc wsiądź pan w nią, i pogalopuj w siną dal. Będzie z życia trochę radości na starość...
- Ja? - Neposmalus był zaskoczony postawą młodzieńca, który niespodziewanie mógł stanąć z nim w konkury o stanowisko diabła naczelnego. - Posłuchaj młodzieńcze... - diabeł szukał wymówki na niezręczną propozycję, nic więcej - Stary już jestem. Nie dla mnie taki fach, ale myślę, że ty, twoja młodość...
Exignis również nie spodziewał się takiej reakcji, gdyż prócz siły wymowy, miał także siłę wpływania na umysły. Nie speszył się jednak wypowiedzią seniora, uznając ją za rzucone podświadomie, prawdziwe, godne wyzwanie.
- Czy miał pan cokolwiek szczęścia w życiu? - chłopak spojrzał w oczy zamaskowanego brata.
- Dziecko... czy ja..?
- Jaka była pana młodość?
Neposmalus znowu poszukiwał słów, jednak pod wpływem telepatycznych nacisków sięgnął pamięcią do czasów, kiedy na ziemi królowały lasy, a on wraz z bratem grasował po nich, nakłaniając rusałki do oddania niewinności przypadkowo spotkanym elfom lub strasząc krasnoludy które zbyt daleko oddaliły się od swoich górskich siedzib.
- Moja młodość... - rzekł z wahaniem - Kiedyś było zupełnie inaczej.
- Niech pan spojrzy w górę. Co pan widzi? Stal. Szkło. Kamień. A teraz niech pan wyobrazi sobie widok, jaki upajał pańskie oczy lata temu.
- Słońce... czyste, nieskazitelne, jasne słońce. I chmury. Białe chmury. - diabeł z rozrzewnieniem wspominał młodzieńcze lata, dając się opanować mocą bliźniaka.
- Te czasy... Na ziemi nie ma już dobra. Nie ma też zła. A co jest? Jak określi pan to, co widzi dookoła? Zimno? Pustka?...
- Nieczułość. Dawniej... ludzie mieli cel w życiu. Mieli przekonania, idee, wzorce...
- Niech pan spojrzy na tego człowieka. - Exignis wskazał mężczyznę w garniturze, z telefonem komórkowym w ręce - On zaraz zginie, na oczach tych wszystkich świadków. Jak pan myśli, co oni zrobią?
- Oni - zaczął Neposmalus, obserwując człowieka zbliżającego się do ruchomej ulicy, nie zwracając uwagi na niespodziewaną przepowiednię - nie zrobią nic. Będą stać w miejscu, obserwując. Staną się nieczułymi figurami, obojętnymi na inne siły. Oni już tacy są; to puste powłoki, marne kopie tego, co kiedyś śmiało się zwać człowiekiem myślącym, co niegdyś wystąpiło przeciw samemu Bogu!

Starzec miał rację. Kiedy biznesmena potrącił pędzący samochód; kiedy ten człek padł, rzucony kilkanaście metrów wprzód; kiedy jego mózg rozmazał się krwistą czerwienią na ulicy, targany siłą odśrodkową; wtedy stało się... nic. Przechodnie zatrzymali się na moment, spojrzeli na ofiarę wypadku - niektórzy nawet krzyknęli - a następnie powoli ruszyli własnymi ścieżkami. Samochód sprawcy tragedii odjechał z piskiem opon.
- Dokładnie. - przyznał Exignis. Odwrócił głowę w kierunku lustrzanych ścian wieżowca - W jakim zawodzie pan pracuje?
- Ja? - ponownie zająknął się czort. - Jestem... doradcą.
- Praca warta poświęceń?
- Kiedyś... Już nie. Ludzie zatracili w sobie to coś, co powodowało, że dusza sama rwała się do... - krótkie zająknienie - doradzania.

Spacerowali wzdłuż ulicy. Mijali budki z lodami, witryny sklepowe, pędzące auta i wiecznie spóźnionych ludzi. Różnobarwny tłum z czasem zlał się w jednolitą plamę, zanikł, a całą uwagę skupiono na konwersacji. Neposmalus dał się całkowicie omamić swemu bratu, a ten czuł nadchodzące zwycięstwo, nieświadomy tożsamości atakowanej duszy.
- Próbował pan - mówił mniej postawny z diabłów - próbował pan jakoś wydrzeć się z tej paranoi?
- Czy próbowałem... Nie mogę. Nie mogę, a nawet nie chciałem. O, teraz pojąłem jakiż byłem głupi! Przyglądałem się tylko, stojąc nieporadnie, i...
- I? - Exignis w pewien sposób polubił staruszka; rozmowa z nim była nie tyle wyzwaniem, co przygodą - jeszcze nigdy nie zaznał przyjemności polemiki, wysyłając kandydatów na oponentów wprost w otchłanie piekielne, kiedy tylko nie zgodzili się z jego zdaniem.
- I sęk w tym, że... Nie mogę.
- Wszystko jest możliwe.
- Nie dla mnie. Ciąży na mnie jarzmo, którego nie mogę zrzucić, a które stanowi łańcuch dla mej duszy. Chciałbym się zmienić, lecz zabroniono mi tego w chwili mego urodzenia. Prawda jest taka, że nie mam woli...
- Każdy ma wolną wolę - stwierdził słusznie młodzian, choć owo stwierdzenie było prawdziwe jedynie w przypadku ludzi.
- Nie ja. Gdyby to było takie proste! czyż stałbym tu z tobą, żaląc się na mój żywot? Nie! Ale, niestety, życie jest skomplikowane, a w szczególności moje. Niech pan popatrzy na ich wszystkich, tych ludzi, którzy chodzą tam i z powrotem, miotając się po świecie bez celu. Ja jestem od nich gorszy, chociaż... Mają wolę, jednak z niej nie korzystają, stając się otępiałymi widmami, podczas gdy życie ucieka między palcami. Gdyby wiedzieli, co ich czeka później! Zapewne korzystaliby z dobroci oferowanych im, ale nie! Są zbyt głupi... - przetarł spocone czoło - Chociaż byłbym szczęśliwy, stając się jednym z nich. Ale mam już swe zadanie; zadanie, które muszę wypełnić. Nie mogę przed nim uciec, więc muszę mu sprostać.

Exignis w głębi siebie osłupiał na dźwięk słów starca, jednak nie poznał w nim swego brata.
- Od wszystkiego można uciec. - rzekł tajemniczo, spoglądając rozmówcy w jego głębokie niczym czeluście oceanu oczy.
Neposmalus wzdrygnął się na te słowa, a może na widok czarnej jak smoła duszy, którą dostrzegł w jej zwierciadle. Nie wahał się długo. Młodzieniec mówił prawdę - zawsze jest wyjście. Było i tutaj. Diabeł przyłożył drżącą rękę do piersi, zadzierając głowę i zwracając wzrok ku niebu. Szarpnął ramieniem, zakasłał cicho i wydarł serce ze starczej piersi, która teraz była jego piersią.


Exignis, dumny ze swego dzieła, opuścił ciało i wrócił do piekielnych otchłani. Stanął przed obliczem swego ojca, obecnego w całej komnacie, lecz rozproszonego bardziej niż zwykle. Chciał przemówić, lecz Pardeus uprzedził go, rozbrzmiewając echem w jaskinnych labiryntach.
- Zwyciężyłeś. Pokonałeś swego brata; skłoniłeś duszę do popełnienia najcięższego grzechu. Ten oto tron należy do ciebie.

Stary Szatan ustąpił miejsca młodemu, który bezzwłocznie usadowił się w kamiennym fotelu. Nowomianowany pan mroku poczuł przepływającą przez niego moc, która wpływała do wnętrza duszy, stając się jej częścią. Wiedział, że jest wszechpotężny; wiedział, że jest niezwyciężony. Każda jego cząstka wypełniona była potęgą, której nic nie mogło się oprzeć.
- Gdzie jest Neposmalus? - zapytał, drżąc z podniecenia, nowy pan ciemności - Chcę pogratulować mu dobrego pojedynku.

Ojciec zwrócił na niego swą uwagę, zdziwiony pytaniem. Po kilku chwilach milczenia zalał umysł Szatana własnymi myślami, które koncentrowały się na straconym synu. Exignisa przeszyło ostrze bólu, wstrząsając całą jego osobowością. Rzuciło nim, rozwiewając mglistą ektoplazmę po całym Piekle wzdłuż i wszerz. Wkrótce cierpienia zostały przytłumione, dając królowi czartów możliwość zebrania się w sobie. Na efekty niespodziewanej wiadomości nie trzeba było długo czekać.
Świat zalała fala przemocy, będąca wyrazem męki po stracie brata. Ulice wielu państw tonęły w morzu krwi, inne kraje zalewały wzburzone wody wzajemnej niechęci i rezygnacji. Najlepsi stali się obojętni; obojętni pogrążyli się w chaosie; złych zżerała zgnilizna czystej, dzikiej nienawiści. Zło przeważyło nad dobrem, likwidując je niemal zupełnie i łamiąc równowagę dotychczas panującą.


Jasność tak oślepiająca, że mogła wypalić gałki oczne śmiertelnika z odległości kilkuset łokci, oraz tak świetlista, iż mogłaby noc zmienić w dzień, a dzień przyćmić swym blaskiem, rozdarła bezgłośnie ciemności piekielne. Ognie znikły w morzu światła, lawa stała się niewidoczna a dusze uciekały w popłochu tak szybko, że również nie było sposób je dostrzec. Sam Bóg zstąpił do siedliska zła, zaniepokojony sytuacją panującą na Ziemi. Stało się to drugi raz w niezapoczątkowanej historii sfer niebieskich, przy czym w pierwszym przypadku powodem wizyty Wszechmogącego była zwykła chęć sprawdzenia jak to Piekło wygląda. Wszystkie diabły wiedziały, że Bogu ich dom nie przypadł do gustu, słusznie się więc domyślały, iż musiał zaistnieć problem godny uwagi Pana.

Pardeus wyszedł na spotkanie, witając gościa na progu komnaty tronowej, zatarasowanej teraz potężną bramą.
- Witaj, wujku - rzekła nieśmiało mgiełka ektoplazmy.
- Witaj, Pardeusie. - stanowczy, przeszywający na wskroś głos dobył się z nieskończonej Jasności - Sądzę, że wiesz czemu przybywam.
- Owszem - zgodził się diabeł, doskonale poinformowany o jatce rozgrywającej się w świecie śmiertelników - ale co chcesz uczynić? Nie uważasz chyba, że Exignis, syn mój, dobrowolnie zrezygnuje z nieograniczonej potęgi?
- Masz rację, nie sądzę. Jednakże nie zamierzam pozwalać na wybryki, od których w Niebo drży w posadach! Czy wiesz, drogi siostrzeńcze, że aniołowie boją się czuwać nad ludźmi w obawie o własne skrzydła? Skandal!
- S..skandal. - przytaknął przerażony gniewem wuja czart. Nagle zdało mu się, że w piekle zrobiło się dziwnie gorąco, o jakieś trzy tysiące stopni cieplej niż zwykle.
- Czemu sam nie zatrzymałeś tego szaleństwa? Czyż nie masz posłuchu u syna, któremu sam oddałeś władzę?
- Wiesz... - dusza skurczyła się do mikrych rozmiarów - w jaki sposób ją przejął?
- Nie...?
Po sekundach wyjaśnień nastąpiły minuty, godziny, lata a nawet dekady milczenia. Jednak, jako że w zaświatach czas nie ma znaczenia, Bóg odezwał się nim Pardeus zdążył znużyć się oczekiwaniem.
- Zrobię, co będzie trzeba - orzekł, po czym przekroczył próg komnaty tronowej, nie otwierając nawet drzwi do niej, lecz zwyczajnie przezeń przenikając.


Historia ta zakończyła się następująco: przeniknąwszy przez wrota, Bóg zostawił Pardeusa samemu sobie, szczękającego metafizycznymi zębami z podenerwowania. Wszak Exignis był jego synem, a każdy ojciec troszczy się o potomka niezależnie od okoliczności, w jakich tamten się znalazł. Jednak ex-szatan nie mógł zrobić nic w obronie dziecka, choć czuł, że powinien. Przewidywał, iż Bóg nie zostawi sprawy nierozwiązanej, a owo rozwiązanie z pewnością nie mogło przyjść łatwo, zważając na charakter syna który - mimo, iż uczony i rozsądny - dał zawładnąć umysłem ślepej złości. Coś złego wisiało w powietrzu, coś znacznie gorszego niż atmosfera czeluści piekielnych.

W momencie pewnym, po wieku pozornego spokoju, gigantyczna fala mroku rozdarła Otchłań i podzieliła ją na dwie części, obie zasypując palącym pyłem. Dusze wpadły w panikę, a diabły wraz z nimi, przy czym te po raz pierwszy zlitowały się nad Zagubionymi, czując ich strach i mając przeświadczenie, że nawet dla najgorszego grzesznika rozbicie duszy z przerażenia to za duża kara. Całe istnienie wrzeszczało w męczarniach, istota armagedonu zawitała do królestwa zaświatów w poszukiwaniu spełnienia swego niszczycielskiego przeznaczenia. Jaskinie drżały w posadach, a ze stropu posypał się gruz, wpadając w rozedrgane morze lawy i wywołując wzlatujące pod sklepienie rozpryski ognia. Piekło przeżyło piekło.

Kiedy wrzawa ustała, zza wrót wyleciała świetlista postać, a szybowała ona lotem triumfalnym, choć nieco apatycznym. Do Boga zbliżył się jego siostrzeniec.
- Cóżeś uczynił? - zapytał, obawiając się o najgorsze.
- Zrobiłem to, co było trzeba. - odparł Wszechmogący spokojnym tonem - Wiedz, że cały czas odbierałem twoje myśli i wiem, czego się obawiałeś. Uprzedzę więc twe pytanie i powiem: tak, Exignis przestał istnieć.
- Ty... ty go zabiłeś? - Pardeus niedowierzał zasłyszanym słowom, chociaż wyszły one z ust Najuczciwszego.
- Nie. Zrobiłem to, co on uczynił, aby zdobyć tron. Skłoniłem go do odebrania sobie życia. Nie smuć się jednak, czarcie, nie zniszczyłem jego duszy doszczętnie. Resztki jej przebywają w piekle, czekając na sesję u Rehabilitatora. To, czym stał się twój syn, można porównać do zmarłego człowieka. Jeżeli poprawi się, może nawet będzie miał szansę na przeniesienie do królestwa niebieskiego!

Pardeus ucieszył się na tą wypowiedź, podnosząc zwieszony na kwintę metafizyczny nos. Jego ektoplazma rozdymała się po przestrzeniu z ulgą, a drżenie duszy ustało.
- Pozostaje jednak nierozwiązany problem mego następcy - przemówił szatan.
- Któż nim zostanie?
- Tyś na niego zasłużył, wuju.
Biała poświata drgnęła ze zdziwienia.
- Popełniłeś grzech niemożliwy do popełnienia: skłoniłeś samego pana ciemności do odebrania sobie życia. Tylko ty jesteś godny zasiąść na tronie.
- Ja? Toż to zerwanie układu, jaki podpisaliśmy miliony wieków temu! Czy tak postępuje Bóg, który winien być przykładem dla wszelkiego stworzenia?
- Ludzie słusznie mówią, że układy są po to, aby je zrywać. - zauważył Pardeus - Poza tym, kiedy przejmiesz po mnie schedę, na całym świecie może zapanować dobro. Ziemia może stać się ponownie rajem! Możesz dać ludziom drugą szansę - wszystko zależy od ciebie.
- Tak... - z namysłem odparł Bóg - może ludziom należy się druga szansa...


Military

militarypolice@wp.pl


w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l