|
Dziedzictwo
Dziesiątki małych błyskawic rozświetlały karmazynową mgłę,
otaczającą wszystko, co możliwe było do otoczenia. Horyzont
nie był widoczny nigdy, i nigdy też nikt zobaczyć go nie miał.
Dziesiątki dusz ustawionych w kolejkach gęstej, rwistej brei
lewitowało w nieskończoności, czekając na spotkanie z
Rehabilitatorem. Ich męka - oczekiwanie, ślepota, przebywanie w
absolutnej ciszy i brak towarzystwa pomimo obecności tysięcy
innych grzeszników - była przerywana tymi właśnie sesjami,
podczas których próbowano nawrócić zagubionych oraz odesłać
ich powrotnie do Czyśćca, na powtórne osądzenie.
To wszystko działo się w ogólnodostępnej części piekła,
przeznaczonej dla zmarłych, diablich sług i czarcich urzędników.
Tam, gdzie żadna z dusz zajrzeć nie mogła; gdzie wśród jęzorów
ognia i burzowych chmur smolistego dymu ledwo można było dojrzeć
przepastne jaskinie i rzeźbione w nich korytarze, tam właśnie
mieścił się pokój samego Szatana. Ten osobnik, władający
podziemnymi włościami, zarządca świata dusz potępionych,
archanioł ciemności, krążył po swojej komnacie
zniecierpliwiony i zaniepokojony.
Pan mroku nie posiadał ani twarzy, ani rąk, ani też nóg. Dokładniej
mówiąc, był postacią niematerialną, tak jak wszystkie czarty
wyższe. Osiągnął stan rozproszenia ciała, który pozwalał
mu na lekceważenie spraw związanych z ograniczającą go powłoką.
Było to wielce wygodne, gdyż pozwalało skupić się wyłącznie
na pracy, a tej w Piekle było w nadmiarze - a to podpisywanie
skierowań do Nieba dla błędnie osądzonych, to znów
wizytowanie sektorów martyrologicznych.
- Ojcze - rzekła szatańska dusza, która w towarzystwie
podobnego sobie widma wpłynęła do pomieszczenia - Przybyliśmy
na twe wezwanie.
Naczelny bies zwrócił swą metafizyczną postać ku gościom.
- Neposmalusie, Exignisie... - przemówił z charakterystyczną
dlań powagą i, wyśmiewanym w niektórych kręgach, osobliwym
wschodnim akcentem, którego nabawił się podczas jednej z wizyt
w swym ukochanym mieście, Moskwie - Moi synowie, potrzebuję was
w tej chwili.
- Czy coś się stało, ojcze? - zaniepokoił się Exignis, który
z pozazmysłowego punktu widzenia był niższy od swego brata,
choć wyróżniał się większą od niego erudycją, szczególnie
przydatną podczas rozmaitych obrotów w kręgach towarzyskich.
- Nadchodzi mój czas. - szatan przyjął zasmucony wyraz
ektoplazmy - To już trzy tryliardy lat, odkąd objąłem władzę
nad czeluścią piekielną. Starzeję się i odczuwam to aż
nader wyraźnie, zatem postanowiłem, że któryś z was, bliźniaków,
zasiądzie na mym tronie.
- Ależ, ojcze... - przerwał rodzicielowi Neposmalus.
- Nie wcinaj się w słowo! - ryknął wciąż jeszcze silny,
aczkolwiek starzejący się czart. Zawsze rozwścieczała go
bezczelność niepokornego syna, któremu nigdy nie mógł wpoić
podstawowych zasad savoir-vivre - Ja, Wielki Pardeus, powiadam
wam, że staniecie w szranki, a wyłoniony zwycięzca zostaje
moim następcą i zasiądzie na tym oto miejscu.
Wskazał drgnieniem duszy tron, rzeźbiony w rozmaite wzory,
przeplatające się i tworzące mozaikę tańczących pędów.
- A kto tu spocznie, ten posiądzie władzę na Piekłem i połową
Ziemi, i sprawować będzie nadzór nad złem we wszechświecie.
- Jak? - rzekł, oszczędny od kilku minut w słowach, Neposmalus.
- Zstąpicie do świata żywych i przybierzecie ich postać.
Waszym zadaniem stanie się czynienie zła, lecz pamiętajcie:
prawdziwy diabeł nie postępuje nieprawie. On prowokuje do tego
innych.
- Musimy z sobą konkurować?
Pardeus popatrzył groźnie na uważnie słuchające go opary.
- To najuczciwszy sposób, mój drogi synu, a choć jesteśmy w
Piekle, to pozostajemy diabłami honorowymi, więc... - westchnął,
czując zbliżający się atak migreny - Więc prowokujcie. Ten z
was, któren uczyni poprzez śmiertelnego większy grzech, stanie
tu zamiast mnie. Macie do dyspozycji trzy dowolne dusze... Niech
wygra najgodniejszy.
Tymi słowy pożegnał swych potomków, po czym wypłynął z
komnaty, pozostawiając za sobą czerwony, mglisty ślad.
Rywalizacja się rozpoczęła; bracia stanęli na ziemi w swych
przebraniach. Nie wyróżniali się z tłumu - jeden z nich wyglądał
niczym przeciętny, młody człowiek, drugi natomiast przyjął
postać starszej kobiety. Obaj wylądowali w przeciwnych zakątkach
ziemi, ustaliwszy pierwej, iż nie będą nawzajem sobie
przeszkadzać. Byli wszak braćmi, i to naprawdę dobrymi - każdy
z nich spieszył na pomoc drugiemu, kiedy tamten wpadł w
tarapaty. W dziecięcych latach nie raz Neposmalus pomagał
uwolnić ektoplazmę Exignisa zaplątaną w kręty, płomienny jęzor.
Ten drugi natomiast był niezastąpiony, kiedy jego brat został
schwytany przez niebiańskiego Rehabilitatora na przygotowywaniu
złośliwego żartu dla tegoż. Mały diabełek swą umiejętnością
przemawiania przekonywał, że to nie było zamierzone przeciw
Rehabilitatorowi, a tak naprawdę to nie była sprawka
Neposmalusa, a jeśli już, to chciał on tylko pomóc nieszczęśnikowi.
Wskutek wielu takich wspólnych przeżyć bliźniacy stali się
sobie bliscy - co dziwiło ich ojca, który jednak nie przestał
żywić nadziei, iż jego synowie wyrosną na czarty z
prawdziwego zdarzenia.
Jak zostało powiedziane, konkurs się rozpoczął. Pierwszą
ofiarą diabła-retoryka został spokojny z natury nastolatek, który
wpierw skradł cenny manuskrypt z muzeum, następnie spalił go,
a popioły rozsypał po trawniku. Po dokonaniu przez śmiertelnika
dzieła zniszczenia, czarci pomiot zmienił miejsce polowania,
jak i skórę. Tak samo uczynił brat tegoż, któremu udało się
przekonać rezydenta domu starców do złożenia meldunku na
policję, jakoby jego własny wnuk okradł bank narodowy. Nie byłoby
w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, iż owego wnuka rozstrzelano
po ujrzeniu białek w jego oczach, gdyż - nom
Exignis nie był zadowolony; oczekiwał od siebie czegoś więcej.
Podobnie Neposmalus, którego było stać na wiele śmielsze
czyny, co w dzieciństwie udowadniał jego opiekunkom, muszącym
nieraz gonić go aż do Czyśćca. W tym momencie zadziałał ślepy
traf, który zetknął braci w wielkim mieście Zachodu, pośród
budynków pnących się pod niebiosa i w otoczeniu dziesiątek
tysięcy stalowych potworów, które ryczały hałaśliwie
wydmuchując z siebie kłęby zabójczego dla życia, smolistego
dymu - czyli w środowisku dla diabła niezwykle przyjaznym.
Młody człowiek, przyodziany w charakterystyczne dla młodych
ludzi obwisłe spodnie, podkoszulek ukazujący jego stosunek do
świata i czapkę chroniącą przed słońcem, a może przed
deszczem (choć ani jednego, ni też drugiego śladu nie było);
słowem - przeciętny młodzieniec spacerował aleją
wielkomiejskiego parku, uchowanego wśród stalowych molochów i
smolistych chmur. Chłopiec obserwował uważnie każdego
osobnika, którego miał sposobność dojrzeć - i to obserwował
dokładnie, gdyż owym człekiem był Exignis we własnej osobie.
Cóż, może nie we własnej, a zapożyczonej, ale na pewno był
to on.
Z przeciwnej strony maszerował dziarskim krokiem staruszek z umęczoną
twarzą, budzący na pierwszy rzut oka litość, a na drugi -
podziw. Podziw za hardość ducha, jaką prezentował swych
chodem, utrzymaną w jego wieku. Jednak wytrzymałość nie była
wrodzoną cechą tego mężczyzny, a jedynie chwilowym darem od
Neposmalusa, który zagnieździł się w jego ciele.
Obie postaci zrównały krok, wychodząc na jedną z zatłoczonych,
aczkolwiek kolorowych i wesołych ulic. Starszy pan podniósł swą
suchą dłoń, wskazując nią zaparkowany na chodniku wspaniały
samochód.
- Piękna maszyna, nieprawdaż? - przemówił głosem łamiącym
się, choć stanowczym.
- Ach, prawda, prawda - odparł nastolatek, który nie rozpoznał
w nowopoznanym rozmówcy swego brata, tak jak i on nie rozpoznał
jego.
- Mieć taką, marzenie moje... - należy przypomnieć, iż
niesforny czort nie był istotą wielce oczytaną, ani też
wybitnym mówcą, w przeciwieństwie do swego bliźniaka.
Podstępny Exignis wnet wpadł na godny jego osoby, iście szatański
pomysł. On, Narodzony z Ognia, wpasowywał już kształty swego
duchowego siedzenia w ojcowski tron, obmyślając szczegóły
swego planu. Był niemal pewny, że po takim grzechu staruszek
przerwie zmagania, uważając je za całkowicie zbędne.
- Więc wsiądź pan w nią, i pogalopuj w siną dal. Będzie z
życia trochę radości na starość...
- Ja? - Neposmalus był zaskoczony postawą młodzieńca, który
niespodziewanie mógł stanąć z nim w konkury o stanowisko diabła
naczelnego. - Posłuchaj młodzieńcze... - diabeł szukał wymówki
na niezręczną propozycję, nic więcej - Stary już jestem. Nie
dla mnie taki fach, ale myślę, że ty, twoja młodość...
Exignis również nie spodziewał się takiej reakcji, gdyż prócz
siły wymowy, miał także siłę wpływania na umysły. Nie
speszył się jednak wypowiedzią seniora, uznając ją za
rzucone podświadomie, prawdziwe, godne wyzwanie.
- Czy miał pan cokolwiek szczęścia w życiu? - chłopak
spojrzał w oczy zamaskowanego brata.
- Dziecko... czy ja..?
- Jaka była pana młodość?
Neposmalus znowu poszukiwał słów, jednak pod wpływem
telepatycznych nacisków sięgnął pamięcią do czasów, kiedy
na ziemi królowały lasy, a on wraz z bratem grasował po nich,
nakłaniając rusałki do oddania niewinności przypadkowo
spotkanym elfom lub strasząc krasnoludy które zbyt daleko
oddaliły się od swoich górskich siedzib.
- Moja młodość... - rzekł z wahaniem - Kiedyś było zupełnie
inaczej.
- Niech pan spojrzy w górę. Co pan widzi? Stal. Szkło. Kamień.
A teraz niech pan wyobrazi sobie widok, jaki upajał pańskie
oczy lata temu.
- Słońce... czyste, nieskazitelne, jasne słońce. I chmury.
Białe chmury. - diabeł z rozrzewnieniem wspominał młodzieńcze
lata, dając się opanować mocą bliźniaka.
- Te czasy... Na ziemi nie ma już dobra. Nie ma też zła. A co
jest? Jak określi pan to, co widzi dookoła? Zimno? Pustka?...
- Nieczułość. Dawniej... ludzie mieli cel w życiu. Mieli
przekonania, idee, wzorce...
- Niech pan spojrzy na tego człowieka. - Exignis wskazał mężczyznę
w garniturze, z telefonem komórkowym w ręce - On zaraz zginie,
na oczach tych wszystkich świadków. Jak pan myśli, co oni
zrobią?
- Oni - zaczął Neposmalus, obserwując człowieka zbliżającego
się do ruchomej ulicy, nie zwracając uwagi na niespodziewaną
przepowiednię - nie zrobią nic. Będą stać w miejscu,
obserwując. Staną się nieczułymi figurami, obojętnymi na
inne siły. Oni już tacy są; to puste powłoki, marne kopie
tego, co kiedyś śmiało się zwać człowiekiem myślącym, co
niegdyś wystąpiło przeciw samemu Bogu!
Starzec miał rację. Kiedy biznesmena potrącił pędzący
samochód; kiedy ten człek padł, rzucony kilkanaście metrów
wprzód; kiedy jego mózg rozmazał się krwistą czerwienią na
ulicy, targany siłą odśrodkową; wtedy stało się... nic.
Przechodnie zatrzymali się na moment, spojrzeli na ofiarę
wypadku - niektórzy nawet krzyknęli - a następnie powoli
ruszyli własnymi ścieżkami. Samochód sprawcy tragedii odjechał
z piskiem opon.
- Dokładnie. - przyznał Exignis. Odwrócił głowę w kierunku
lustrzanych ścian wieżowca - W jakim zawodzie pan pracuje?
- Ja? - ponownie zająknął się czort. - Jestem... doradcą.
- Praca warta poświęceń?
- Kiedyś... Już nie. Ludzie zatracili w sobie to coś, co
powodowało, że dusza sama rwała się do... - krótkie zająknienie
- doradzania.
Spacerowali wzdłuż ulicy. Mijali budki z lodami, witryny
sklepowe, pędzące auta i wiecznie spóźnionych ludzi. Różnobarwny
tłum z czasem zlał się w jednolitą plamę, zanikł, a całą
uwagę skupiono na konwersacji. Neposmalus dał się całkowicie
omamić swemu bratu, a ten czuł nadchodzące zwycięstwo, nieświadomy
tożsamości atakowanej duszy.
- Próbował pan - mówił mniej postawny z diabłów - próbował
pan jakoś wydrzeć się z tej paranoi?
- Czy próbowałem... Nie mogę. Nie mogę, a nawet nie chciałem.
O, teraz pojąłem jakiż byłem głupi! Przyglądałem się
tylko, stojąc nieporadnie, i...
- I? - Exignis w pewien sposób polubił staruszka; rozmowa z nim
była nie tyle wyzwaniem, co przygodą - jeszcze nigdy nie zaznał
przyjemności polemiki, wysyłając kandydatów na oponentów
wprost w otchłanie piekielne, kiedy tylko nie zgodzili się z
jego zdaniem.
- I sęk w tym, że... Nie mogę.
- Wszystko jest możliwe.
- Nie dla mnie. Ciąży na mnie jarzmo, którego nie mogę zrzucić,
a które stanowi łańcuch dla mej duszy. Chciałbym się zmienić,
lecz zabroniono mi tego w chwili mego urodzenia. Prawda jest
taka, że nie mam woli...
- Każdy ma wolną wolę - stwierdził słusznie młodzian, choć
owo stwierdzenie było prawdziwe jedynie w przypadku ludzi.
- Nie ja. Gdyby to było takie proste! czyż stałbym tu z tobą,
żaląc się na mój żywot? Nie! Ale, niestety, życie jest
skomplikowane, a w szczególności moje. Niech pan popatrzy na
ich wszystkich, tych ludzi, którzy chodzą tam i z powrotem,
miotając się po świecie bez celu. Ja jestem od nich gorszy,
chociaż... Mają wolę, jednak z niej nie korzystają, stając
się otępiałymi widmami, podczas gdy życie ucieka między
palcami. Gdyby wiedzieli, co ich czeka później! Zapewne
korzystaliby z dobroci oferowanych im, ale nie! Są zbyt głupi...
- przetarł spocone czoło - Chociaż byłbym szczęśliwy, stając
się jednym z nich. Ale mam już swe zadanie; zadanie, które
muszę wypełnić. Nie mogę przed nim uciec, więc muszę mu
sprostać.
Exignis w głębi siebie osłupiał na dźwięk słów starca,
jednak nie poznał w nim swego brata.
- Od wszystkiego można uciec. - rzekł tajemniczo, spoglądając
rozmówcy w jego głębokie niczym czeluście oceanu oczy.
Neposmalus wzdrygnął się na te słowa, a może na widok
czarnej jak smoła duszy, którą dostrzegł w jej zwierciadle.
Nie wahał się długo. Młodzieniec mówił prawdę - zawsze
jest wyjście. Było i tutaj. Diabeł przyłożył drżącą rękę
do piersi, zadzierając głowę i zwracając wzrok ku niebu.
Szarpnął ramieniem, zakasłał cicho i wydarł serce ze
starczej piersi, która teraz była jego piersią.
Exignis, dumny ze swego dzieła, opuścił ciało i wrócił do
piekielnych otchłani. Stanął przed obliczem swego ojca,
obecnego w całej komnacie, lecz rozproszonego bardziej niż
zwykle. Chciał przemówić, lecz Pardeus uprzedził go,
rozbrzmiewając echem w jaskinnych labiryntach.
- Zwyciężyłeś. Pokonałeś swego brata; skłoniłeś duszę
do popełnienia najcięższego grzechu. Ten oto tron należy do
ciebie.
Stary Szatan ustąpił miejsca młodemu, który bezzwłocznie
usadowił się w kamiennym fotelu. Nowomianowany pan mroku poczuł
przepływającą przez niego moc, która wpływała do wnętrza
duszy, stając się jej częścią. Wiedział, że jest wszechpotężny;
wiedział, że jest niezwyciężony. Każda jego cząstka wypełniona
była potęgą, której nic nie mogło się oprzeć.
- Gdzie jest Neposmalus? - zapytał, drżąc z podniecenia, nowy
pan ciemności - Chcę pogratulować mu dobrego pojedynku.
Ojciec zwrócił na niego swą uwagę, zdziwiony pytaniem. Po
kilku chwilach milczenia zalał umysł Szatana własnymi myślami,
które koncentrowały się na straconym synu. Exignisa przeszyło
ostrze bólu, wstrząsając całą jego osobowością. Rzuciło
nim, rozwiewając mglistą ektoplazmę po całym Piekle wzdłuż
i wszerz. Wkrótce cierpienia zostały przytłumione, dając królowi
czartów możliwość zebrania się w sobie. Na efekty
niespodziewanej wiadomości nie trzeba było długo czekać.
Świat zalała fala przemocy, będąca wyrazem męki po stracie
brata. Ulice wielu państw tonęły w morzu krwi, inne kraje
zalewały wzburzone wody wzajemnej niechęci i rezygnacji.
Najlepsi stali się obojętni; obojętni pogrążyli się w
chaosie; złych zżerała zgnilizna czystej, dzikiej nienawiści.
Zło przeważyło nad dobrem, likwidując je niemal zupełnie i
łamiąc równowagę dotychczas panującą.
Jasność tak oślepiająca, że mogła wypalić gałki oczne śmiertelnika
z odległości kilkuset łokci, oraz tak świetlista, iż mogłaby
noc zmienić w dzień, a dzień przyćmić swym blaskiem, rozdarła
bezgłośnie ciemności piekielne. Ognie znikły w morzu światła,
lawa stała się niewidoczna a dusze uciekały w popłochu tak
szybko, że również nie było sposób je dostrzec. Sam Bóg zstąpił
do siedliska zła, zaniepokojony sytuacją panującą na Ziemi.
Stało się to drugi raz w niezapoczątkowanej historii sfer
niebieskich, przy czym w pierwszym przypadku powodem wizyty
Wszechmogącego była zwykła chęć sprawdzenia jak to Piekło
wygląda. Wszystkie diabły wiedziały, że Bogu ich dom nie
przypadł do gustu, słusznie się więc domyślały, iż musiał
zaistnieć problem godny uwagi Pana.
Pardeus wyszedł na spotkanie, witając gościa na progu komnaty
tronowej, zatarasowanej teraz potężną bramą.
- Witaj, wujku - rzekła nieśmiało mgiełka ektoplazmy.
- Witaj, Pardeusie. - stanowczy, przeszywający na wskroś głos
dobył się z nieskończonej Jasności - Sądzę, że wiesz czemu
przybywam.
- Owszem - zgodził się diabeł, doskonale poinformowany o jatce
rozgrywającej się w świecie śmiertelników - ale co chcesz
uczynić? Nie uważasz chyba, że Exignis, syn mój, dobrowolnie
zrezygnuje z nieograniczonej potęgi?
- Masz rację, nie sądzę. Jednakże nie zamierzam pozwalać na
wybryki, od których w Niebo drży w posadach! Czy wiesz, drogi
siostrzeńcze, że aniołowie boją się czuwać nad ludźmi w
obawie o własne skrzydła? Skandal!
- S..skandal. - przytaknął przerażony gniewem wuja czart.
Nagle zdało mu się, że w piekle zrobiło się dziwnie gorąco,
o jakieś trzy tysiące stopni cieplej niż zwykle.
- Czemu sam nie zatrzymałeś tego szaleństwa? Czyż nie masz
posłuchu u syna, któremu sam oddałeś władzę?
- Wiesz... - dusza skurczyła się do mikrych rozmiarów - w jaki
sposób ją przejął?
- Nie...?
Po sekundach wyjaśnień nastąpiły minuty, godziny, lata a
nawet dekady milczenia. Jednak, jako że w zaświatach czas nie
ma znaczenia, Bóg odezwał się nim Pardeus zdążył znużyć
się oczekiwaniem.
- Zrobię, co będzie trzeba - orzekł, po czym przekroczył próg
komnaty tronowej, nie otwierając nawet drzwi do niej, lecz
zwyczajnie przezeń przenikając.
Historia ta zakończyła się następująco: przeniknąwszy przez
wrota, Bóg zostawił Pardeusa samemu sobie, szczękającego
metafizycznymi zębami z podenerwowania. Wszak Exignis był jego
synem, a każdy ojciec troszczy się o potomka niezależnie od
okoliczności, w jakich tamten się znalazł. Jednak ex-szatan
nie mógł zrobić nic w obronie dziecka, choć czuł, że
powinien. Przewidywał, iż Bóg nie zostawi sprawy nierozwiązanej,
a owo rozwiązanie z pewnością nie mogło przyjść łatwo, zważając
na charakter syna który - mimo, iż uczony i rozsądny - dał
zawładnąć umysłem ślepej złości. Coś złego wisiało w
powietrzu, coś znacznie gorszego niż atmosfera czeluści
piekielnych.
W momencie pewnym, po wieku pozornego spokoju, gigantyczna fala
mroku rozdarła Otchłań i podzieliła ją na dwie części,
obie zasypując palącym pyłem. Dusze wpadły w panikę, a diabły
wraz z nimi, przy czym te po raz pierwszy zlitowały się nad
Zagubionymi, czując ich strach i mając przeświadczenie, że
nawet dla najgorszego grzesznika rozbicie duszy z przerażenia to
za duża kara. Całe istnienie wrzeszczało w męczarniach,
istota armagedonu zawitała do królestwa zaświatów w
poszukiwaniu spełnienia swego niszczycielskiego przeznaczenia.
Jaskinie drżały w posadach, a ze stropu posypał się gruz,
wpadając w rozedrgane morze lawy i wywołując wzlatujące pod
sklepienie rozpryski ognia. Piekło przeżyło piekło.
Kiedy wrzawa ustała, zza wrót wyleciała świetlista postać, a
szybowała ona lotem triumfalnym, choć nieco apatycznym. Do Boga
zbliżył się jego siostrzeniec.
- Cóżeś uczynił? - zapytał, obawiając się o najgorsze.
- Zrobiłem to, co było trzeba. - odparł Wszechmogący
spokojnym tonem - Wiedz, że cały czas odbierałem twoje myśli
i wiem, czego się obawiałeś. Uprzedzę więc twe pytanie i
powiem: tak, Exignis przestał istnieć.
- Ty... ty go zabiłeś? - Pardeus niedowierzał zasłyszanym słowom,
chociaż wyszły one z ust Najuczciwszego.
- Nie. Zrobiłem to, co on uczynił, aby zdobyć tron. Skłoniłem
go do odebrania sobie życia. Nie smuć się jednak, czarcie, nie
zniszczyłem jego duszy doszczętnie. Resztki jej przebywają w
piekle, czekając na sesję u Rehabilitatora. To, czym stał się
twój syn, można porównać do zmarłego człowieka. Jeżeli
poprawi się, może nawet będzie miał szansę na przeniesienie
do królestwa niebieskiego!
Pardeus ucieszył się na tą wypowiedź, podnosząc zwieszony na
kwintę metafizyczny nos. Jego ektoplazma rozdymała się po
przestrzeniu z ulgą, a drżenie duszy ustało.
- Pozostaje jednak nierozwiązany problem mego następcy - przemówił
szatan.
- Któż nim zostanie?
- Tyś na niego zasłużył, wuju.
Biała poświata drgnęła ze zdziwienia.
- Popełniłeś grzech niemożliwy do popełnienia: skłoniłeś
samego pana ciemności do odebrania sobie życia. Tylko ty jesteś
godny zasiąść na tronie.
- Ja? Toż to zerwanie układu, jaki podpisaliśmy miliony wieków
temu! Czy tak postępuje Bóg, który winien być przykładem dla
wszelkiego stworzenia?
- Ludzie słusznie mówią, że układy są po to, aby je zrywać.
- zauważył Pardeus - Poza tym, kiedy przejmiesz po mnie schedę,
na całym świecie może zapanować dobro. Ziemia może stać się
ponownie rajem! Możesz dać ludziom drugą szansę - wszystko
zależy od ciebie.
- Tak... - z namysłem odparł Bóg - może ludziom należy się
druga szansa...
Military
militarypolice@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|