|
Retrospekcja
Jeden...
Moment moich urodzin. Boże, ja to pamiętam! Nie.. ja to czuję.
Chwytające mnie ręce, pierwsza rzecz, jaką jasno i wyraźnie
zobaczyłem; jakieś stłumione głosy, niezrozumiałe i niewyraźne;
i ten dotyk... Dotyk matki - opiekuńczy, ciepły... Bezpieczny.
Bicie serca, równie uspokajające, które wyciszyło ogłuszające
krzyki. Moje krzyki.
Sen.
Dwa...
Młodość i nieświadomość, która jej towarzyszy to chyba
najpiękniejszy okres w życiu. Mija szybko, ale pozostawiła
niezatarte wspomnienia.
Wychowałem się w dość dużym mieście, w najgorszej dzielnicy
z możliwych. Nie była wprawdzie brudna, biedna czy zaniedbana -
wręcz przeciwnie, moje osiedle zamieszkiwały najbogatsze osoby
w całym województwie - ale plamy na bieli są najbardziej
widoczne. Tak, na przykład stary i bogaty... jak on miał na imię?...
Nieważne, pamiętam jego twarz - pomarszczoną, kościstą, będącą
zapisem przeszłości; niewesołej przeszłości... W każdym
razie dało się o nim powiedzieć dwie rzeczy: był bogaty, a
swej fortuny nie zdobył uczciwie. Oczywiście jemu nie
przeszkadzało to zostać radnym miasta, a innym pozwolić mu ten
urząd piastować. Wiedziałem to wszystko - pół miasta wiedziało
- ale nie rozumiałem. Były tylko puste słowa...
Podwórko - to była rzecz! Spotykaliśmy się z chłopakami
niedaleko ławek... nie, koło bloku Tomka był taki długi
murek, dzielący chodnik na dwie części. Tak, to było tam. Jeśli
nie siedzieliśmy na nim, to albo graliśmy w piłkę na
parkingu, albo bawiliśmy się w chowanego w tym starym budynku
do wyburzenia. Chłopcy nie mieli nic przeciwko kumplowaniu się
ze mną, chociaż moja rodzina nie była tak zamożna inne. Kiedyś
cała nasza piątka - ja, Tomek, Janek, Kamil i...
Kamil... czemu teraz sobie to przypomniałem? Tyle lat starałem
się zapomnieć i już myślałem, że się udało. Mieliśmy
wtedy wszyscy dziewięć lat. Był chyba listopad. Albo grudzień.
Tak, raczej grudzień, ale nie było śniegu. Deszcz za to padał
obficie ponad miarę, więc nie wychodziliśmy z domu zbyt często
- chyba, że do szkoły, w te ostatnie dni przed świętami. Ale
wtedy rodzice pozwalali zostać w domu. Było tak ślisko, że złamanie
nogi nie nastręczało trudności. Przekonałem się o tym na własnej
skórze, to pamiętam, ale za żadne skarby nie przypomnę sobie
bólu, jaki mi wtedy towarzyszył. Może po prostu nie chcę? Tak
jak nie chciałem pamiętać mojego kolego z sąsiedniego bloku.
Ojciec Kamila postanowił go dowozić do szkoły aż do końca
zimy. Mieli takiego czerwonego poloneza... wtedy to był wóz!
Chciało się dać wszystko, żeby tylko móc poprowadzić.
Wydawał się niesamowity i wspaniały i może dalej bym tak o
nim myślał, ale... Kamil zginął. W wypadku. Czerwony polonez
wpadł w poślizg i zderzył się z jakimś innym autem. Żeby chłopaka
wyciągnąć, musieli rozcinać karoserię, podobno był zmiażdżony
przez auto. Byłem mały, ale i tak wiadomość o tym mnie
zaszokowała...
Wojtek. Piąty z naszej paczki miał na imię Wojtek.
Trzy...
W podstawówce nie byłem najlepszym uczniem, ale do liceum zdałem
bez problemu. Wtedy drogi moje i reszty chłopaków rozeszły się.
Wojtek i Janek przeprowadzili się, a z Tomkiem straciłem
kontakt, choć daleko nie mieszkał. Słyszałem, że zaczął
brać narkotyki, czy jakoś tak...
Nowa szkoła była całkiem przyjemna. Służyła zawieraniu
znajomości i utrzymywaniu kontaktów; nauka odchodziła na
dalszy plan. Słowem - było dobrze. Testy, klasówki i inne
sprawdziany nie były problemem - kto umiał ściągać, ten miał
perspektywy, jak się mówiło.
Semestry przemijały... aż wreszcie nadszedł ten czas, kiedy
poznałem pewną dziewczynę. Ładna, bystra... wymarzona. Ale...
nie była dla mnie. Przekonywałem się o tym długo i boleśnie,
i to zapadło mi w pamięć. Było coś jeszcze, czego z ogólniaka
nie zapomnę, oraz czego ciężar ciąży na mnie do dziś.
Spotkałem znów Tomka i, no cóż, zmienił się. Mówił, że
był członkiem jakiegoś gangu, nawet powiedział nazwę, ale była
jakaś długa i dziwna, tak jak ich motto... Podobno budziła
respekt - nie wiem, we mnie nie obudziła. A to motto to mi się
wyraźnie z czymś kojarzyło.
Tomek... zdaje się, że z początku mu nie wierzyłem, ten cały
gang nie wydawał mi się czymś więcej niż wytworem wybujałej
wyobraźni mojego dawnego przyjaciela. O tym, jak bardzo się
myliłem, przekonałem się na własne oczy, kiedy zobaczyłem
Tomka rabującego sklep w towarzystwie kilku jego "znajomych".
Oni chyba... mieli broń. Tak, pamiętam.
Tak, to zdecydowanie był sklep z elektroniką.
Wtedy ja...
Co ja zrobiłem? Czemu? Głupi byłem, żeby...
Cztery...
Wojsko - to można opisać jednym zdaniem. "Chlanie na potęgę".
Oj, tak, przelewało się nam, i to bardzo. Sierżant był
niewiele bardziej rozgarnięty do kaprala, a ten rozumem nie
grzeszył. Nietrudno, więc było zapewnić dostawy trunków do
jednostki, albo wyprosić trzydniowe przepustki dla połowy
kompanii. Manewry i treningi były, co prawda wyczerpujące, lecz
nie mogę powiedzieć, bym się przemęczał. Czasem trafił się
jakiś gnojek, który podkablował nas "wyżej", ale
zadziwiająco szybko dostawał przeniesienie do koszar w Żaganiowie.
Wierzcie lub nie, ale Żaganiów to nie było miejsce, gdzie ktoś
chciałby odbyć kilkanaście miesięcy służby. Takie już było
wojsko - nieprzewidywalne. Ale jak ja się tam dostałem? Zdaje
się, że zgłosiłem się na ochotnika... Czemu nie mogę sobie
przypomnieć? A jak to się skończyło...?
A tak, w końcu wysłużyłem swoje i wyszedłem. Tak się złożyło,
że znajomy, niedawno powołany poborowy, z którym miałem czas
się zaprzyjaźnić, miał kawalerkę w Warszawie. Pozwolił mi w
niej zamieszkać pod warunkiem opłacania części czynszu.
Oczywiście większej części, ale kiedy by już wyszedł, płacilibyśmy
po równo. Mieszkałem, więc w stolicy, chociaż moje rodzinne
miasto było oddalone o kilkaset kilometrów. Miałem swoje
powody, takie jak...jak...
Jakieś powody na pewno były, szczególnie, że mieszkanie na
apartament prezydencki nie wyglądało. I trzeba było z czegoś
płacić czynsz. Szukałem więc pracy; co więcej - znalazłem
pracę. Działałem w biurze obsługi klienta w jednym z tych
wielkich sklepów, przyjmując reklamacje i decydując, czy dana
osoba ma to szczęście, że wymienimy jej wadliwy towar. I nic
szczególnego by w tym nie było, gdybym nie poznał koleżanki
po fachu, obsługującej klientelę stoisko dalej. Niezbyt
wysoka, ale i nie niska, brunetka, z zielonymi oczami i
charakterem, który zdawał się być odzwierciedleniem moich
marzeń. Przypominała mi przy tym moją miłość z ogólniaka,
postarałem się więc o poznanie jej bliżej. Pomyśleć, że
miałem już wyjeżdżać z tego miasta...
Pięć...
Wieczór. W pokoju ciemność, rozjaśniana jedynie słabym światłem
lampki. Wiatr wdmuchiwany przez okno, kołyszący śnieżnobiałymi
firankami i rozbijający się o moją twarz. Dotyk jedwabnej
koszuli, miękkość kanapy, swąd zapalonej niedawno świeczki i
dawane przez nią przyjemne ciepło. Dźwięk psów wyjących
gdzieś w oddali. Ostry, miętowy smak gumy do żucia.
Zwróciłem wzrok w stronę poświaty bijącej od świateł
budynków, czekając niecierpliwie.
Dzwonek do drzwi. Ona. Nareszcie. Zaprosiłem ją i zgodziła się,
a ja od tamtej pory byłem zdenerwowany jak jakiś młodzik. Byłem
na siebie zły za to, ale z impetem zerwałem się z kanapy,
podbiegłem do drzwi i otworzyłem je.
To nie ona. Jakiś facet. Nosił niebieską kurtkę i zielone, luźne
spodnie. Krótko ostrzyżony i muskularny, nie wyglądał znajomo.
W przeciwieństwie do jego kurtki... Skądś znałem tą kurtkę.
Teraz sobie przypominam.
Pytał o moje nazwisko.
Tomek nie otrząsnął się ze śmierci Kamila, a kiedy
jego ojciec zginął podobnie, zupełnie się załamał.
Mężczyzna wszedł do pokoju i...
Przystąpił do jednej z lokalnych grup przestępczych
w nadziei odnalezienia nowej rodziny. Sam tak mówił... Myślę,
że wtedy już wszystko było mu obojętne. Czekał na ten moment...
...rozejrzał się.
Kiedy widziałem go rabującego sklep, coś mnie napadło
i rzuciłem się na pomoc sprzedawcy. Chciałem wyrwać Tomkowi
broń. Piękny, zdobiony rewolwer, błyszczący i z długą lufą.
Pomyślałem, że wygląda jak z filmu o Brudnym Harrym.
Mój gość sięgnął do kieszeni.
Szarpaliśmy się chwilę i... pistolet wystrzelił.
Tomek zginął na miejscu. Jego znajomi uciekli, słysząc coraz
głośniejszy jęk syren. Ekspedient wezwał policję już wcześniej,
ale ta jak zwykle przyjechała zbyt późno.
Wyjął nóż.
Znałem motto gangu. Wiedziałem, że nie zostawią
mnie losowi. Zaciągnąłem się do wojska, aby tylko uciec. Nie.
Żeby odwlec to, co nieuniknione. Wtedy to wydawało mi się
najlepszym wyborem. Ale jednak...
Cofnął rękę, biorąc mocny zamach...
...znaleźli mnie po ponad dwóch latach. W myśl zasady
"zawsze wierni".
Wbił mi nóż w pierś, po samą rękojeść. Jasna krew zalała
koszulę, płynąc szybkim, wąskim strumieniem, a ból
rozpromieniował po całym ciele. Morderca uderzał. Raz.
Życie przelatywało mi przed oczyma...
Drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Piąty.
Military
militarypolice@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|