|
Cień
Groteskowe. Żenujące. Zabawne. Interesujące? Jakie to figle
płata wyobraźnia. Dla siedzącego w ciemności obserwatora,
wszystko wygląda inaczej niż w świetle, można by się pokusić
o stwierdzenie, że widzi to w innym świetle. Oczy
przyzwyczajone do dnia, nie funkcjonują w tych warunkach
szczytowo. Popuszczając wodze swojej imaginacji, obserwator nie
jest już obserwatorem, lecz obserwowanym.... Każdy jego twór
patrzy i niknie w umyśle. W samym zalążku owego obserwowania
rodzą się coraz to nowe koncepcje, a na nie przychodzą
antykoncepcje. Pod słońcem zwykły kubeł jest zwykłym
pojemnikiem na śmieci, ale w świetle gwiazd dzięki
obserwowanemu obserwatorowi budzi się do własnego życia.
Uzyskuje coś na kształt duszy.
Kroczył bezszelestnie po suchym chodniku letniego wieczoru. W świetle
lamp przydrożnych zanikał i się zamazywał by po chwili błysnąć
swoją czernią. Był lekko przygarbiony, to znowu nienaturalnie
się wydłużał. Jego właściciel nie zwracał na niego uwagi,
ale za ton całe swoje bytowanie poświęcał temu, aby za właścicielem
nadążyć. Dokładał wszelkich starań żeby upodobnić się do
niego, ale był postrzegany tylko jako coś nikłego i
nieistotnego. Był tylko..... cieniem. Towarzyszem nocnych spacerów
i istota kryjącą się przed ostrymi promieniami słonecznymi.
Nienawidził światła, sprawiało mu ból....... i kochał je
jednocześnie, bo było jego matką to ono go tworzyło. Jego
dotyk wywoływał u niego ekstazę cierpienia. Jego ojciec: mrok.......
Podobnie jak z matka, ubóstwiał go, ale i jednocześnie go się
bał..... Rodzice tak różni jak woda i ogień. Potępione
dziecko. Sierota mogąca patrzeć na swoich rodzicieli jedynie
przez ciemne okulary.
Nie znał czegoś, co jego materialny towarzysz zwał miłością.
Był pozbawiony uczuć, co nie znaczy, że był zły. Nie, on
znajdował się ponad wszelkimi podziałami na dobro i zło, na
"kochać" i "zazdrościć". Był tylko naśladowcą,
którego jedynym celem życia bezuczuciowego było upodobnianie
się do swego właściciela. Z obojętnością spoglądał na
tragedie, komedie, dylematy i radości. Obiektywny sędzia, nie
mający swojego zdania, nie wydający wyroków. Nie przeszkadzało
mu to, kim był. Kim jest. W jego świecie pozbawionym wartości
i kolorów jedynym odcieniem szarości była chęć ukazania się
innym, bycia najdoskonalszym odbiciem, wola stania się lepszym
od oryginału. Nie popychała go do tego pycha, czy jakieś inne
wysublimowane ludzkie ułomne uczucie. Ot tak, to był sens jego
życia, nic innego nie potrafił robić jak obserwować i wprawiać
w szarość półświatła-półcienia, swoje obrazy zaczerpnięte
ze świata realnego.
Jego niematerialny płaszcz rozwiewał bezpodmiotowy wiatr, będący
odbiciem rzeczywistego. Prąd powietrzny nie mający zapachu ani
temperatury. Ten odpowiednik prawdziwego podmiotu nie był
doskonały, zdawać by się mogło, że w ogóle nie istnieje,
gdyby nie ten płaszcz.... Z powodu jego doskonalszego naśladownictwa
nie rozpierała go duma, po prostu dalej starał się kryć przed
rodzicami stawać się jeszcze lepszym.
Czasami spotykał się z podobnymi sobie stworzeniami. Niekiedy
nawet zlewał się z nimi, wymieniając swoje doświadczenia i
wzmacniając się nawzajem. Nie rozmawiali ze sobą. Nie żywili
do siebie żadnych uczuć -tam nie istniała ta słabość. To
upośledzenie przysługuje jedynie ludziom. On był ponad tym.
Los jego towarzysza był mu obojętny. Nie wiedział, co to jest
zdziwienie. Gdyby to poznał, pewnie nie mógłby się nadziwić
swojemu panu. Gdyby poznał, co to śmiech, nie mógłby się
przestać śmiać z poczynań swojego materialnego odpowiednika.
Gdyby poznał, co to płacz, miłość..... chciałby o nich
zapomnieć......
Suchy opad zaczął skraplać się na szaro-szare odbicia. Gdyby
nie jego płaszcz nie byłoby wiadomo, że to deszcz. Woda bez
smaku, bez zapachu, bez temperatury. Jeszcze bardziej niedoskonałą
niż wiatr, osiadła na ubiorze i zaczęła dusić. Nikt nie
wiedział, że tam jest i nikt też nie wiedziałby, kiedy znika
gdyby nie ten płaszcz.
Na rogu jednego z twardo stojących budynków stał, a właściwie
leżał kolejny cień. Starając się nadążyć za panem,
wykonywał szybkie ruchy swoją szarą ręką. Podrzucał istotę
dużo mniejszą od siebie, podłużną. Gdy właściciel
spostrzegł właściciela, zaprzestał czynności wykonywanej
uprzednio i schował odbicie istoty do kieszeni niematerialnej
kurtki. Zrobił kilka materialnych-niematerialnych kroków w
stronę nadchodzącego.... Wyciągnął podłużny przedmiot.
Wyglądało to tak jakby znowu dwa szare byty wymieniały doświadczenia:
ludzki z tym podłużnym małym.
Gdyby znał, co to łzy. To teraz by płakał. Naśladował, robił
tylko to, co leżało w jego kwestii. Wydawał bezgłośne
wrzaski i krzyki. Teraz los jego pana nie był mu obojętny, czuł,
że z nadejściem promieni słonecznych już nigdy nie będzie mógł
robić tego, co tak bardzo lubił: obserwować. Umierają dwa
byty. Materialny i niematerialny. Podmiot - niedoskonały, mający
zapach i temperaturę, niematerialny - bez zapachowy, bez
temperatury, doskonały, bo dalej nie znający miłości i łez.
Niebyt, który przed chwilą zabił nawet nie zdawał sobie z
tego sprawy - i dobrze. Zdawanie sobie sprawy jest przeznaczone
dla ludzi. Dobrze, że nie znał płaczu, bo by szlochał gorzko.
Teraz po wymianie doświadczeń naśladował swojego towarzysza,
biegnąc wzdłuż chodnika. Nóż leżał na ziemi, zjednoczony
ze swoim cieniem zroszonym mniej doskonałym odbiciem krwi. Gdyby
nie ten płaszcz nikt z tego szarego świata nie wiedziałby o
istnieniu tej krwi.
Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|