Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: Picollo ::::

Bogini Margaret


Przyjechał, żeby pomyśleć. Możliwe, że chciał pozostawić za sobą całe swoje życie. Był już tu kiedyś - dokładnie piętnaście lat temu. Wtedy, kiedy był nieświadomy jeszcze świata. Nie wiedział jeszcze, jakie jest życie i kim musi być, żeby wyjść z walki z losem z podniesionym czołem. Teraz wiedział. Robił wszystko dokładnie tak, jak to sobie wymarzył. Wyglądał według planu, mówił według niego i zapewne umrze, jak plan każe. Ułożył go dawno, żeby odciąć się trochę tej planecie. Fajny był z niego gość. Serio. Nie wyglądał na jakiegoś ważniaka. Przeciwnie, skromny był z niego facet, tylko że doskonale potrafił zapanować nad małą, może z dwudziestoosobową, grupą ludzi. Niektórzy go za to nienawidzili, bo zawsze pozostawiał sobie zapas zimnej krwi, był nieodgadniony i opanowany. Dowodził jednym, lekkim skinieniem. Kilkoma słowami tak cichymi tylko, żeby były słyszalne, potrafił skłonić zaaferowanych ludzi do racjonalnych zachowań, na które rzadko kiedy się zdobywali. Zawsze chcieli go mieć, właśnie za to. Poza tym miał poglądy na wszystko, dobre rady, mądrość, wiedzę, i choć nie potrafił wielu rzeczy, oczywistych dla innych, ci inni mu wybaczali.

Teraz stał i myślał o sobie. Myślał pochlebnie. Ale ze strachem. Jednak pochlebnie. Tylko na koniec dodał: "Wszystko to było. Mówię przecież wciąż: miał, był, potrafił... Wszystko to już minęło".

Nie wyglądał na jakiegoś ważniaka. Przeciwnie, skromny był z niego facet. Doskonale czuł się w domu, wśród regałów z książkami, z żoną - wiecznie zamyśloną romantyczką, która mimo wszystko już dawno zapomniała, jak to jest śnić o wyspach wiecznej szczęśliwości. Jego dom, zwykły dom - dzieci, meble, okna, wystrój... Ojciec (on) - zapracowany, cichy, nie wtrącający się w nic, słaby. Nie może dawać przykładu. Nie biegał od dziesięciu lat. Kontuzja kręgosłupa pozbawiła go wielu przyjemności. Muzyka? Mój Boże. Klasyczna w najgorszym tego słowa wydaniu: Beethoven, Chopin, Bach... Książki? O pomstę do nieba wołały ich karty: Dekameron, Astronomia, Biblia... Filmy? Kadry przesycone miłością, życiem, przemianami i pokonywaniem barier. Oszukuje sam siebie - słucha i ogląda to, co powinno do niego pasować, a nie to co kiedyś lubił. Kiedyś lubił bardziej... hm... przyziemne (ale czy aby na pewno?) rzeczy. Teraz stał tutaj i myślał o sobie. Dawniej był egoistą i dobrze na tym wychodził. Miał pokorę w sobie, a że osobą o której życie troszczył się najbardziej był on sam? To nic nie znaczy. Możecie uwierzyć, że nic. Kiedyś pokochał, właśnie tutaj. Wydawało mu się, że teraz, ale to było piętnaście lat temu.

Wynajął pokój w ośrodku wypoczynkowym straży granicznej. Stary ojciec jego przyjaciółki z dawnych lat był komendantem tego domu i zawsze chętnie dawał mu kwaterę. Teraz wymknął się z budynku i cichutko otworzył tylną furtkę prowadzącą w las. Zielona bramka rozwarła się bezszelestnie i z cichym skomleniem przywarła do jego kolan. Pogłaskał jej chłodne, metalowe ciało. Pamiętał kiedy miała siedemnaście lat... Teraz, ponad trzydziestoletnia furtka nie była tą samą bryłą metalu. Była chropawa i pordzewiała. Mimo wszystko z uśmiechem przez nią przeszedł. Jego oczy poraził mrok, którego bał się od wielu lat. Piętnaście lat temu... Tak, dokładnie wtedy również przechodził tędy. Nie może się bać. Z ufnością wkroczył więc w las pełen strachów małych chłopców. Jego odmłodzone teraz oczy z błyskiem rozbawienia dostrzegały pod pniami oparte czarne worki ze zwłokami, kruki, gdzieś tam ze skraju lasku dochodziły go jęki gwałconej przez pedofila dziewczynki. Wezwał na pomoc Boga, choć od piętnastu lat negował jego istnienie i na złość nie modlił się. Bóg nadszedł. Wydawało mu się, że radośnie merdał ogonem i polizał jego rękę. Ależ przyjemność sprawił temu staremu, pozbawionemu dawnej mocy staruszkowi pozwalając mu na wysunięcie zza horyzontu granatowego morza rozżarzonej kuli słońca. Teraz z łatwością przemierzał las, bo przed nim był latarnia. Matka noc opadła z jego ubrań i wróciła gdzieś.

Zagłębił stopy w piasku wydmy. Rozpaliłby ogień, ale nie miał nikogo, kto mógłby go ogrzać przy wesołych płomieniach. Tak więc był tu znowu. Powtarzał to sobie dla pokrzepienia, bo tak naprawdę nie był. On przemykał cichcem skrajem lasu, zakrywał twarz jak bandyta, którego fotografują do porannego wydania dziennika. Magia była coraz silniejsza. Magia króla Słońce. Jego czary wiązały nogi mężczyzny. Wiązały gardło, krępowały ręce, niszczyły dotychczasowe życie. Poprzez zasłonę sosen widział latarnie nad miasteczkiem. Cała Karwia wpatrywała się w niego obsesyjnym wzrokiem. Zmarszczywszy ramy, błyskała szybami. Bary, mordownie, urokliwe domki, wszystko. Wszystko obserwowało jego ruch. Nie ruch króla Słońce, bo jego motywy był tu doskonale znane, ale ruch tego małego człowieczka, który nie chciał spojrzeć na panoramę. Przebierał nogami, ranił bose stopy o poszycie. Ale buty trzymał w ręku. W końcu dotarł. Skarb o mocy tak potężnej, że przewyższał wszystkie jego drogocenne księgi i filmy. Artefakt o energii wręcz powalającej, zżerającej jej nosiciela. Każdy kto kiedyś go niósł na swej szyi sądził, że niesie coś nieważnego, bzdurę. Każdy, kto go niósł na swej szyi, w pewnym momencie przekonywał się, że niesie coś pięknego, że niesie życie, jego gorycz i słodycz jego męki. Wspomnienia.

Szepcząc modlitwy do Boga, który jeszcze tak niedawno stworzył Słońce na nowo, specjalnie dla niego, szperał w pamięci. Zakurzony umysł szukał rozpaczliwie, rozedrganymi neuronami scalał myśli tak szybko, jak się dało powrotem w całość. W końcu udało się. Mężczyzna sięgnął pewnie już do sosny, jednej z mniejszych w lesie. Kiedyś ją zabił, ale teraz sam poczuł życie, kiedy śmierć zagłębiła się w jego mózg, jak chemiczny środek, rozdzierając w rozkosznej perwersji. Prymitywna, ale z pewnością zbierająca znakomite recenzje, miłość kazała mu kiedyś zatłuc to drzewo. Rozkaz brzmiał: "Wyryj tu dziurę, co byś kiedyś przyjść mógł tutaj i zabrać, co do niej włożyłeś onegdaj". Włożył tam zdjęcia i płytę CD. Wszystko było na miejscu. Nikt nie grzebał, choć przez sekundę wydawało mu się, że jednej fotografii brakuje. Niemal rozwalając jego pokrywę otworzył discmana i wpakował płytkę. Styrany, piracki krążek ruszył. Boskie dźwięki powaliły go na ziemię. Zdjęcia przesuwały się w jego dłoniach coraz wolniej, wprost proporcjonalnie do prędkości spadających na nie łez i odwrotnie do ich znaczenia. Szybki przesuw był radosny, pełen wspomnień, pożywnych wizerunków uczuć, ten wolniejszy był smutny, pełen wyrzutów i niejasnego rozczarowania. Czekał na ten moment, a kiedy nastał, po wielu przygotowaniach, które poczynił już piętnaście lat temu, nie był aż tak tryumfalny, jak się tego spodziewał. Przyjaciele i miłość. Wszyscy oni patrzyli na niego pełnymi blasku oczami osadzonymi w jędrnych, nie znających pocałunków ani maszynek do golenia, twarzach. Wiecie, jak wyglądał. Według planu. Ale teraz plan runął. Wyglądał jak zbity szczyl, żałosny bękart spłodzony w gnijącej ściółce. Ścierwo, które opuściło przyjaciół, które nie potrafiło kochać, ludzkie gówno. Nawet Bóg musiał spuścić głowę, bo jego moc nie była stworzona do dyskusji z takimi zarzutami. Przeszłość minęła, przez niego samego. Nie potrafił zatrzymać tego, że był charyzmatycznym przywódcą. Był teraz szarym człowieczkiem bez rodziny. Prawdziwej rodziny: ludzi nie połączonych więzami krwi. Kolejna piosenka jeszcze bardziej mu to uświadomiła. Bogini Margaret przewróciła go w drzwiach.

Dobre chociaż to, że pozwolił cieniowi dawnych dni się dogonić. Znów zmarszczył brwi, zacisnął swą pięść i ruszył wprost przed siebie. Tak, jak ruszają ludzie nie mający już nic do stracenia. Szedł tak długo, że już nie mógł. Przebierał nogami i przebierał nimi przez kilka dni. Nieogolony, zakurzony, lazł przez plażę. Po mokrym, twardym pyle. Białe ziarna przykleiły się do jego stóp tworząc broń zdolną zabijać meduzy i kruszyć muszle. Jacyś łysi kolesie chcieli coś od niego, ale on był tym dawnym mężczyzną. Zmierzył ich wzrokiem i uciekli. Zaśmiał się, jak wampir czując świeżą krew. Wrzasnął, jak drapieżnik czujący pod szponami goły szpik. Kroczył, jak mityczny potwór, Kappa, Godzilla, Astaroth, czy Ctulthu. Jego magia była teraz tym, co kształtowało świat i utrzymywało go w jako takim porządku. Szamańskie akcesoria: zdjęcia i discman obracający wściekle płytką, czyniły go czarodziejem najpotężniejszym z możliwych. Mógł uczynić słońce czarnym, ale to z niego czerpał swoją moc. Z jego zachodów i wschodów. Specjalnie pomyślał z małej litery, bo teraz miał tą chrzanioną gwiazdę gdzieś. Była tylko baterią. Gdyby zechciał stworzyłby sobie nową. Ale nie chce. Demony, jak psy kręciły się przed nim oczyszczając ogonami drogę. Anioły ognistymi mieczami pozbawiały życia jętki. Pojedynczy glon umarł pod jego dotykiem pozbawiając kolonię rybek samego siebie. Czuł władzę i to ona pchnęła go do tego, że skoczył do wody i utonął. Nareszcie poczuł się wolny, niezmierzony, boski... A Bóg? Nie uratował go, bo z jego śmiercią odetchnął. Ten facet był mobilną beczką prochu... Nie można było go lekceważyć. Szczerze mówiąc był jedynym człowiekiem, który przez dwie godziny po utopieniu się słuchał discmana. Jak to zrobił, że urządzenie nie wysiadło pod niszczącym dla elektroniki naporem wody? No, właśnie. Nie można było go lekceważyć.


Picollo

pokefil@wp.pl


w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l