Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: Donald ::::

ŻYCZĘ CI ODWAGI SŁOŃCA


Zapowiadał się kolejny piękny zimowy dzień. Na ulicach i trawnikach leżała gruba warstwa sypkiego śniegu, słońce padało na czarny asfalt dróg, a ponad piętnastostopniowy mróz sprawiał że palce marzły nawet przez rękawiczki. Młody mężczyzna w grafitowym płaszczu zapytał stojącą przy samochodzie kobietę:
-Przepraszam, czy naprawdę jest minus piętnaście czy też mój termometr jest zepsuty?
-Rano było minus dwadzieścia - brzmiała odpowiedź
Podziękował i poszedł dalej. Pytanie zadane przez niego było nieco dziwne. Kogo interesuje zepsuty termometr? Być może sformułował je tak dlatego, że w głowie czuł jeszcze szum po ostatnim występie w knajpie. Nie dalej jak dzień wcześniej wypił - bagatela - dziewięć i pół mocnego piwa. Od zachwyconego barmana dostał w nagrodę kufel i otwieracz, wracając obudził całe osiedle wrzeszcząc piosenki metalowych kapel.

Dziś czuł się jednak dobrze jak na taką ilość wypitego alkoholu. Czasem zdarzało mu się więcej popić. Śpiewał na ulicy też nie pierwszy raz bo był radosnym człowiekiem. Niekiedy chciał być w centrum uwagi. Pewnego wieczoru cały czas puszczał przyjaciołom z grającej szafy piosenki, takie które wszyscy lubili i chcieli usłyszeć. Często się śmiał i opowiadał dowcipy. Dbał o przyjaciół jak o rodzeństwo gdyż bardzo ich lubił. Byli ludźmi o jakich marzył całe życie, dlatego uwielbiał momenty gdy mógł im coś z siebie dać. Owego wieczoru robił więc teoretycznie to co zwykle. Koledzy dawali mu pieniądze na kolejne piwa, gdyż nie zdawały się na nim robić wielkiego wrażenia, a jeden z nich nazwał go nawet "piwnym bogiem". Tego mroźnego ranka nie czuł żadnej satysfakcji. Wiedział że jeśli głowa wytrzymuje końską dawkę etanolu to musi to dowodzić niesamowitej koncentracji i całkowitego przeciwieństwa luzu. Tak też było w istocie. Szedł więc w stronę centrum i usiłował uporządkować myśli po tym co przeżył w ostatnich dniach.

Wszystko zaczęło się dawniej. Piątka przyjaciół ze studiów, wśród których się znajdował zaczęła właśnie drugi rok studiowania. Sesja zimowa miała być bardzo łatwa, dlatego korzystali z życia. Prawie co drugi wieczór spędzali w barach popijając piwo. Tydzień w tydzień chodzili do mieszkania któregoś z nich. Uwielbiał te spotkania, czekał na nie całe siedem dni. To na nich właśnie wychodziły im najlepsze żarty i słowne gry, na nich rozmawiali także o poważnych tematach, na nich ładowali akumulatory na przyszłe dni. Byli młodzi, szaleni, sielanka zdawała się nie mieć końca. Wśród nich on wybijał się na czoło. Było go pełno koło nich, żył nimi, angażował się w przyjaźń ze wszystkich sił. Wlewał im w serca swój optymizm i nadzieję, budził jeszcze większą chęć do życia. Jednocześnie czuł że trzeba przestać z tym wielkim szumem, gdyż semestr nieubłaganie zbliżał się do końca. Powoli budziło się w nim coś z czego nie zdawał sobie sprawy. A może były to myśli które zostawił za sobą w pogoni za przyjemnościami? Wtedy jeszcze nie wiedział.

Nieco póżniej wszedł w bliższe kontakty z jedną z koleżanek. Była to dziewczyna tak samo wesoła jak on, podobnie jak on lubiła góry. Dobrze się rozumieli. To wszystko sprawiało że bardzo mu się spodobała i pragnął przemienić znajomość w coś więcej. Niestety ona chciała tylko przyjaźni, wolała bowiem innego chłopaka, którym okazał się być - o ironio! - jego najlepszy przyjaciel, człowiek za którego dałby sobie uciąć rękę. Za nic nie chciał rywalizować z tym człowiekiem choć całej sytuacji domyślał się już dawniej. Nie był to jednak wielki problem. Nie zawiódł się na tej dziewczynie gdyż szczerze z nim porozmawiała. Usłyszał bardzo wiele miłych słów. Słów dla których warto żyć, słów po których poznawał że ludzie go rozumieją, podziwiają i chcą z nim być, słów które przekonywały go że idzie właściwą drogą i potrafi pociągnąć za sobą innych. Poza tym jednym, na które miał największą nadzieję i które tak chciał usłyszeć. Po tej rozmowie wrócili do domu jako dobrzy przyjaciele. Serdecznie uściskali się przed rozstaniem. Sam bardzo kochał wolność i szanował wolne decyzje innych. Ponadto cieszyło go to że dwoje najfantastyczniejszych ludzi jakich poznał stworzyło parę. Swój żal, którego oczywiście trochę miał, postanowił schować na dnie serca. Bardziej bolało go że żadne z całej trójki nie będzie się mogło w pełni cieszyć z sytuacji - sam miał świadomość straty zaś dwójka przyjaciół żałowała jego. Rozmowy między nimi stały się ciężkie gdyż sprowadzały się tylko do jednego tematu. Wszyscy troje cierpieli. Życie pokazało im jak ironiczne potrafi czasem być.

Mijały dni a jemu jakoś nie było lepiej. Wtedy do świadomości zapukały wszystkie myśli nad którymi nie miał jakoś potrzeby ani chęci zastanawiać się przez ostatnie miesiące. Pierwsza z nich była najbardziej bolesna. Zastanawiał się czy z całym swoim optymizmem był szczery czy tylko pozował. Czy nie przybrał przypadkiem płaszcza człowieka, którego nic ale to nic nie rusza. Łatwo było być radosnym i wesołym gdy było dobrze. Teraz było piekielnie trudno. "Cholera - myślał sobie zbliżając się do centrum miasta - kochanie życia miało być pozą? Optymizm - manierą? Całe zachowanie - wyrachowaniem? Lekarza". Na tamtą chwilę nie potrafił sobie z tym poradzić, podobnie jak z inną natrętną myślą. "Czemu na świecie tyle zła, nienawiści, żądz, chęci do pieniędzy, skąd się to wszystko bierze?" - pytał się w duchu. Teraz myślał o swojej dawnej wierze w ludzi jako o naiwności. Każdy wrażliwy człowiek miewa czasem takie rozterki, a jego wszystko napadło w jednym czasie. Natłok wątpliwości podciął mu skrzydła. Zastanawiał się nawet nad odejściem na jakiś czas od przyjaciół, co pozwoliłoby mu nie cierpieć na widok szczęśliwej pary i przemyśleć wszystko w samotności. Nie miał jednak gdzie uciekać. Nie miałoby to sensu gdyż i tak nie schowałby się przed huraganem we własnej głowie. Tego właśnie dnia szukał jednak miejsca, gdzie mógł- by odpocząć przynajmniej chwilę. Nie miał jednak pojęcia gdzie byłby w stanie to zrobić. I wtedy przypomniała mu się jego stara kochana średnia szkoła. "Świetna myśl, gdzie jest lepiej niż u siebie, przypomnę sobie siebie z tamtych lat, gdy te wszystkie problemy nie istniały" - przemknęło mu przez głowę i przyspieszył kroku.

Jego wejście w mury liceum spotkało się z zainteresowaniem ze strony
sprzątającej, która na widok postawnego faceta w długim płaszczu zapytała:
-Dzień dobry, pan do kogo?
-Przyszedłem... na moje stare śmieci.
Drugiego pytania nie było. Zaczął przechadzać się korytarzem wzdłuż tablic z nazwiskami i fotografiami absolwentów. Zatrzymał się przed jedną z najstarszych i odszukał zdjęcie pięknej młodej kobiety z długimi czarnymi włosami i cudownymi oczami.
"Ale byłaś piękna mamo" - pomyślał - "Ona jest do ciebie trochę podobna. Cóż, tru..."
Urwał myśl w pół słowa gdyż przypomniał sobie po co tu przyszedł.
Wyszedł po schodach na pierwsze piętro, z dziecinną radością popatrzył na tablicę gdzie, tak jak i za jego czasów widniały nazwiska nieobecnych danego dnia nauczycieli. Uśmiechnął się gdy zobaczył wicedyrektora i ukłonił mu się. Kochany pan Mietek nie zawiódł go i tym razem. Odwzajemnił ukłon a wyraz jego twarzy był jakiś podnoszący na duchu, serdeczny, pewnie poznał starą gwardię. Wicedyrektora kochali wszyscy za to jakim był człowiekiem i nauczycielem. Cieszył się o wiele większą sympatią niż sam dyrektor, oschły i apodyktyczny. Zszedł z powrotem na parter, gdzie z daleka ujrzał drugą osobę którą chciał zobaczyć - dawną wychowawczynię. Nie poznała go, gdyż trochę się zmienił ale ucieszył się na sam jej widok. Pragnął spojrzeć na jeszcze kogoś -nauczyciela WF-u, człowieka który dużo mu dał. Dzięki niemu zrozumiał że nie warto się mazać i zniechęcać. Do liceum przychodził jako strachliwy maminsynek, cztery lata później opuszczał je zupełnie inny, w dużej mierze dzięki temu facetowi. W końcu spotkał i jego. Popatrzyli sobie w oczy, lecz WF-ista nawet nie kiwnął głową. "Jak zawsze zgrywa cwaniaka. Ale taki nie jest, dobrze to wiem" - pomyślał.

W owej chwili coś mu się przypomniało. Gwałtowna myśl sprawiła że niemalże wbiegł na pierwsze piętro, po czym skręcił w lewo i po kilku krokach stanął przed wielkim obrazem zajmującym całą ścianę. Przedstawiał on człowieka stojącego na łodzi z wiosłem w ręku, o zachodzie słońca. Ciepła żółć i pomarańcz decydowały o niezwykłym pięknie tego malowidła. Widział je setki razy, gdyż było tu już parę lat. Widział też napis w prawym górnym rogu, czytał go niejednokrotnie. Właśnie na myśl o nim tu przybiegł.
Przeczytał go jeszcze raz, powoli i dokładnie:

ŻYCZĘ CI ODWAGI SŁOŃCA, KTÓRE MIMO NĘDZY I OGROMU ZŁA TEGO ŚWIATA DZIEŃ PO DNIU WSCHODZI I OBDARZA NAS BLASKIEM I CIEPŁEM SWYCH PROMIENI

Popatrzył jeszcze raz w twarz człowieka na łodzi. Nie było widać jej rysów. W tym jednak momencie zaczęła nabierać znajomego kształtu. Coś jakby szary kaszkiet na głowie i krótka bródka. I ten uśmiech...
"Tak człowieku! To jest to! To jest to do cholery! - zaczął myśleć - tyle mówiłeś o tym optymizmie, tyle o tej radości a jak przychodzi co do czego to się pozbierać nie chcesz! Na nogi, nic bardzo strasznego ci się nie stało, koniec smutków i trucia siebie i tej biednej dwójki! Tyle im powtarzałeś że nie warto się łamać. Jakby to wyglądało gdybyś ty się teraz złamał?"

Stara szkoła przyjęła go jak swego. Wyszedł z niej z nowymi siłami. Szedł do domu nie przestając myśleć, wiedział jednak że te myśli już tylko mu pomogą. "Ty tu jesteś wolnym człowiekiem, tak tę wolność kochasz. Odnieś ją do sytuacji." Postanowił że wszystko zostanie jak dawniej. Że dalej będzie z czwórką przyjaciół jakby nic się nie stało. Że mimo iż z początku będzie mu się krajać serce na widok dziewczyny z którą wiązał duże nadzieje, nie opuści ich na krok. "Biedna, była w najgorszej sytuacji. Tak chciała żeby wszystko zostało jak dawniej. Nie mogę jej zawieść. Dla niej, dla nich i dla siebie". Wracając był już prawie sobą. Wiedział że na początku będzie mu ciężko. Ale wybór którego dokonał był jedynym pozwalającym mu na pozostanie wiernym samemu sobie. Nie wyobrażał sobie dłuższej rozłąki z przyjaciółmi, nie mógł więc uciec. Poza tym byłby to egoizm czystej wody. Dołować się na ich oczach też nie miał zamiaru. Cóż by to dało? Tylko to że wszyscy czuliby się źle. Obudził się w nim zapomniany przez ostatnie dni optymizm. Wiedział że ma dwójkę przyjaciół bliższych niż wcześniej. Wiedział, że nigdy nie pozował, że jego optymizm był szczery, że taki po prostu jest. Wiedział że jest teraz mocniejszy niż kiedykolwiek.

Wracała też chęć do życia i pozytywne nastawienie. "Trudno, sam świata nie zmienię, ale będę walczył z całym tym syfem jak tylko wejdzie na nasze podwórko. I będę wtedy nieustępliwy. A czasem pomogę komuś obok, kto będzie potrzebował pomocy. Nie wszyscy mają tak pięknie, no to dam im coś z siebie. I będę powtarzał moim przyjaciołom do znudzenia że warto, że trzeba i że nie nigdy nie wolno się poddać." Wróciła wiara w ludzi. Bo jak tu nie wierzyć skoro dotychczas spotkał tak wspaniałych i nie stracił nikogo na kim mu zależało? Wszedł do domu z obawą przed powrotem na uczelnię (gdyż właśnie kończyły się ferie), ale i z nowymi nadziejami. Niezależnie od tego jak ciężko będzie wytrwać, będzie mu towarzyszyć wspaniała świadomość że pozostał wolny i wierny sobie. I że - tak jak parę razy wcześniej - porażkę przekuł na zwycięstwo.


Donald

20-02-2003

PS. Przyjaciołom

PS2. Rainmanie, wielkie pozdrowienia dla Ciebie. Chciałbym nauczyć się pisać tak jak Ty, z takim cudownie subtelnym optymizmem wyzierającym z każdego zdania, z niemal każdego wyrazu.

Rain: Przesadzasz, przesadzasz, prze-sa-dzasz. Żadne ze mnie utalentowane pisarzysko. Po prostu człowiek, który odkrył w sobie tekściarsko-grafomańskie zapędy i nie mógł się powstzymać. I nkt go nie uczył. Znalazł to gdzieś w sobie. Tak jak optymizm, chęć zwalczania melancholii i całą resztę.

Jeszcze jedno - my JUŻ zmieniamy świat na lepsze. Pamiętaj.

Będę pamiętał. Możesz być pewien

PS3. A asfalt był czarny bo na dużym mrozie nie ma na drogach błota :)


w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l