|
ŻYCZĘ CI ODWAGI SŁOŃCA
Zapowiadał się kolejny piękny zimowy dzień. Na ulicach i
trawnikach leżała gruba warstwa sypkiego śniegu, słońce padało
na czarny asfalt dróg, a ponad piętnastostopniowy mróz sprawiał
że palce marzły nawet przez rękawiczki. Młody mężczyzna w
grafitowym płaszczu zapytał stojącą przy samochodzie kobietę:
-Przepraszam, czy naprawdę jest minus piętnaście czy też mój
termometr jest zepsuty?
-Rano było minus dwadzieścia - brzmiała odpowiedź
Podziękował i poszedł dalej. Pytanie zadane przez niego było
nieco dziwne. Kogo interesuje zepsuty termometr? Być może
sformułował je tak dlatego, że w głowie czuł jeszcze szum po
ostatnim występie w knajpie. Nie dalej jak dzień wcześniej
wypił - bagatela - dziewięć i pół mocnego piwa. Od
zachwyconego barmana dostał w nagrodę kufel i otwieracz, wracając
obudził całe osiedle wrzeszcząc piosenki metalowych kapel.
Dziś czuł się jednak dobrze jak na taką ilość wypitego
alkoholu. Czasem zdarzało mu się więcej popić. Śpiewał na
ulicy też nie pierwszy raz bo był radosnym człowiekiem.
Niekiedy chciał być w centrum uwagi. Pewnego wieczoru cały
czas puszczał przyjaciołom z grającej szafy piosenki, takie które
wszyscy lubili i chcieli usłyszeć. Często się śmiał i
opowiadał dowcipy. Dbał o przyjaciół jak o rodzeństwo gdyż
bardzo ich lubił. Byli ludźmi o jakich marzył całe życie,
dlatego uwielbiał momenty gdy mógł im coś z siebie dać.
Owego wieczoru robił więc teoretycznie to co zwykle. Koledzy
dawali mu pieniądze na kolejne piwa, gdyż nie zdawały się na
nim robić wielkiego wrażenia, a jeden z nich nazwał go nawet
"piwnym bogiem". Tego mroźnego ranka nie czuł żadnej
satysfakcji. Wiedział że jeśli głowa wytrzymuje końską dawkę
etanolu to musi to dowodzić niesamowitej koncentracji i całkowitego
przeciwieństwa luzu. Tak też było w istocie. Szedł więc w
stronę centrum i usiłował uporządkować myśli po tym co przeżył
w ostatnich dniach.
Wszystko zaczęło się dawniej. Piątka przyjaciół ze studiów,
wśród których się znajdował zaczęła właśnie drugi rok
studiowania. Sesja zimowa miała być bardzo łatwa, dlatego
korzystali z życia. Prawie co drugi wieczór spędzali w barach
popijając piwo. Tydzień w tydzień chodzili do mieszkania któregoś
z nich. Uwielbiał te spotkania, czekał na nie całe siedem dni.
To na nich właśnie wychodziły im najlepsze żarty i słowne
gry, na nich rozmawiali także o poważnych tematach, na nich ładowali
akumulatory na przyszłe dni. Byli młodzi, szaleni, sielanka
zdawała się nie mieć końca. Wśród nich on wybijał się na
czoło. Było go pełno koło nich, żył nimi, angażował się
w przyjaźń ze wszystkich sił. Wlewał im w serca swój
optymizm i nadzieję, budził jeszcze większą chęć do życia.
Jednocześnie czuł że trzeba przestać z tym wielkim szumem,
gdyż semestr nieubłaganie zbliżał się do końca. Powoli
budziło się w nim coś z czego nie zdawał sobie sprawy. A może
były to myśli które zostawił za sobą w pogoni za przyjemnościami?
Wtedy jeszcze nie wiedział.
Nieco póżniej wszedł w bliższe kontakty z jedną z koleżanek.
Była to dziewczyna tak samo wesoła jak on, podobnie jak on lubiła
góry. Dobrze się rozumieli. To wszystko sprawiało że bardzo
mu się spodobała i pragnął przemienić znajomość w coś więcej.
Niestety ona chciała tylko przyjaźni, wolała bowiem innego chłopaka,
którym okazał się być - o ironio! - jego najlepszy
przyjaciel, człowiek za którego dałby sobie uciąć rękę. Za
nic nie chciał rywalizować z tym człowiekiem choć całej
sytuacji domyślał się już dawniej. Nie był to jednak wielki
problem. Nie zawiódł się na tej dziewczynie gdyż szczerze z
nim porozmawiała. Usłyszał bardzo wiele miłych słów. Słów
dla których warto żyć, słów po których poznawał że ludzie
go rozumieją, podziwiają i chcą z nim być, słów które
przekonywały go że idzie właściwą drogą i potrafi pociągnąć
za sobą innych. Poza tym jednym, na które miał największą
nadzieję i które tak chciał usłyszeć. Po tej rozmowie wrócili
do domu jako dobrzy przyjaciele. Serdecznie uściskali się przed
rozstaniem. Sam bardzo kochał wolność i szanował wolne
decyzje innych. Ponadto cieszyło go to że dwoje
najfantastyczniejszych ludzi jakich poznał stworzyło parę. Swój
żal, którego oczywiście trochę miał, postanowił schować na
dnie serca. Bardziej bolało go że żadne z całej trójki nie będzie
się mogło w pełni cieszyć z sytuacji - sam miał świadomość
straty zaś dwójka przyjaciół żałowała jego. Rozmowy między
nimi stały się ciężkie gdyż sprowadzały się tylko do
jednego tematu. Wszyscy troje cierpieli. Życie pokazało im jak
ironiczne potrafi czasem być.
Mijały dni a jemu jakoś nie było lepiej. Wtedy do świadomości
zapukały wszystkie myśli nad którymi nie miał jakoś potrzeby
ani chęci zastanawiać się przez ostatnie miesiące. Pierwsza z
nich była najbardziej bolesna. Zastanawiał się czy z całym
swoim optymizmem był szczery czy tylko pozował. Czy nie przybrał
przypadkiem płaszcza człowieka, którego nic ale to nic nie
rusza. Łatwo było być radosnym i wesołym gdy było dobrze.
Teraz było piekielnie trudno. "Cholera - myślał sobie
zbliżając się do centrum miasta - kochanie życia miało być
pozą? Optymizm - manierą? Całe zachowanie - wyrachowaniem?
Lekarza". Na tamtą chwilę nie potrafił sobie z tym
poradzić, podobnie jak z inną natrętną myślą. "Czemu
na świecie tyle zła, nienawiści, żądz, chęci do pieniędzy,
skąd się to wszystko bierze?" - pytał się w duchu. Teraz
myślał o swojej dawnej wierze w ludzi jako o naiwności. Każdy
wrażliwy człowiek miewa czasem takie rozterki, a jego wszystko
napadło w jednym czasie. Natłok wątpliwości podciął mu
skrzydła. Zastanawiał się nawet nad odejściem na jakiś czas
od przyjaciół, co pozwoliłoby mu nie cierpieć na widok szczęśliwej
pary i przemyśleć wszystko w samotności. Nie miał jednak
gdzie uciekać. Nie miałoby to sensu gdyż i tak nie schowałby
się przed huraganem we własnej głowie. Tego właśnie dnia
szukał jednak miejsca, gdzie mógł- by odpocząć przynajmniej
chwilę. Nie miał jednak pojęcia gdzie byłby w stanie to zrobić.
I wtedy przypomniała mu się jego stara kochana średnia szkoła.
"Świetna myśl, gdzie jest lepiej niż u siebie, przypomnę
sobie siebie z tamtych lat, gdy te wszystkie problemy nie istniały"
- przemknęło mu przez głowę i przyspieszył kroku.
Jego wejście w mury liceum spotkało się z zainteresowaniem ze
strony
sprzątającej, która na widok postawnego faceta w długim płaszczu
zapytała:
-Dzień dobry, pan do kogo?
-Przyszedłem... na moje stare śmieci.
Drugiego pytania nie było. Zaczął przechadzać się korytarzem
wzdłuż tablic z nazwiskami i fotografiami absolwentów.
Zatrzymał się przed jedną z najstarszych i odszukał zdjęcie
pięknej młodej kobiety z długimi czarnymi włosami i cudownymi
oczami.
"Ale byłaś piękna mamo" - pomyślał - "Ona
jest do ciebie trochę podobna. Cóż, tru..."
Urwał myśl w pół słowa gdyż przypomniał sobie po co tu
przyszedł.
Wyszedł po schodach na pierwsze piętro, z dziecinną radością
popatrzył na tablicę gdzie, tak jak i za jego czasów widniały
nazwiska nieobecnych danego dnia nauczycieli. Uśmiechnął się
gdy zobaczył wicedyrektora i ukłonił mu się. Kochany pan
Mietek nie zawiódł go i tym razem. Odwzajemnił ukłon a wyraz
jego twarzy był jakiś podnoszący na duchu, serdeczny, pewnie
poznał starą gwardię. Wicedyrektora kochali wszyscy za to
jakim był człowiekiem i nauczycielem. Cieszył się o wiele większą
sympatią niż sam dyrektor, oschły i apodyktyczny. Zszedł z
powrotem na parter, gdzie z daleka ujrzał drugą osobę którą
chciał zobaczyć - dawną wychowawczynię. Nie poznała go, gdyż
trochę się zmienił ale ucieszył się na sam jej widok. Pragnął
spojrzeć na jeszcze kogoś -nauczyciela WF-u, człowieka który
dużo mu dał. Dzięki niemu zrozumiał że nie warto się mazać
i zniechęcać. Do liceum przychodził jako strachliwy
maminsynek, cztery lata później opuszczał je zupełnie inny, w
dużej mierze dzięki temu facetowi. W końcu spotkał i jego.
Popatrzyli sobie w oczy, lecz WF-ista nawet nie kiwnął głową.
"Jak zawsze zgrywa cwaniaka. Ale taki nie jest, dobrze to
wiem" - pomyślał.
W owej chwili coś mu się przypomniało. Gwałtowna myśl sprawiła
że niemalże wbiegł na pierwsze piętro, po czym skręcił w
lewo i po kilku krokach stanął przed wielkim obrazem zajmującym
całą ścianę. Przedstawiał on człowieka stojącego na łodzi
z wiosłem w ręku, o zachodzie słońca. Ciepła żółć i
pomarańcz decydowały o niezwykłym pięknie tego malowidła.
Widział je setki razy, gdyż było tu już parę lat. Widział
też napis w prawym górnym rogu, czytał go niejednokrotnie. Właśnie
na myśl o nim tu przybiegł.
Przeczytał go jeszcze raz, powoli i dokładnie:
ŻYCZĘ CI ODWAGI SŁOŃCA, KTÓRE MIMO NĘDZY I OGROMU ZŁA TEGO
ŚWIATA
DZIEŃ PO DNIU WSCHODZI I OBDARZA NAS BLASKIEM I CIEPŁEM SWYCH
PROMIENI
Popatrzył jeszcze raz w twarz człowieka na łodzi. Nie było
widać jej
rysów. W tym jednak momencie zaczęła nabierać znajomego kształtu.
Coś
jakby szary kaszkiet na głowie i krótka bródka. I ten uśmiech...
"Tak człowieku! To jest to! To jest to do cholery! - zaczął
myśleć - tyle mówiłeś o tym optymizmie, tyle o tej radości
a jak przychodzi co do czego to się pozbierać nie chcesz! Na
nogi, nic bardzo strasznego ci się nie stało, koniec smutków i
trucia siebie i tej biednej dwójki! Tyle im powtarzałeś że
nie warto się łamać. Jakby to wyglądało gdybyś ty się
teraz złamał?"
Stara szkoła przyjęła go jak swego. Wyszedł z niej z nowymi
siłami. Szedł do domu nie przestając myśleć, wiedział
jednak że te myśli już tylko mu pomogą. "Ty tu jesteś
wolnym człowiekiem, tak tę wolność kochasz. Odnieś ją do
sytuacji." Postanowił że wszystko zostanie jak dawniej. Że
dalej będzie z czwórką przyjaciół jakby nic się nie stało.
Że mimo iż z początku będzie mu się krajać serce na widok
dziewczyny z którą wiązał duże nadzieje, nie opuści ich na
krok. "Biedna, była w najgorszej sytuacji. Tak chciała żeby
wszystko zostało jak dawniej. Nie mogę jej zawieść. Dla niej,
dla nich i dla siebie". Wracając był już prawie sobą.
Wiedział że na początku będzie mu ciężko. Ale wybór którego
dokonał był jedynym pozwalającym mu na pozostanie wiernym
samemu sobie. Nie wyobrażał sobie dłuższej rozłąki z
przyjaciółmi, nie mógł więc uciec. Poza tym byłby to egoizm
czystej wody. Dołować się na ich oczach też nie miał zamiaru.
Cóż by to dało? Tylko to że wszyscy czuliby się źle. Obudził
się w nim zapomniany przez ostatnie dni optymizm. Wiedział że
ma dwójkę przyjaciół bliższych niż wcześniej. Wiedział,
że nigdy nie pozował, że jego optymizm był szczery, że taki
po prostu jest. Wiedział że jest teraz mocniejszy niż
kiedykolwiek.
Wracała też chęć do życia i pozytywne nastawienie. "Trudno,
sam świata nie zmienię, ale będę walczył z całym tym syfem
jak tylko wejdzie na nasze podwórko. I będę wtedy nieustępliwy.
A czasem pomogę komuś obok, kto
będzie potrzebował pomocy. Nie wszyscy mają tak pięknie, no
to dam im coś z siebie. I będę powtarzał moim przyjaciołom
do znudzenia że warto, że trzeba i że nie nigdy nie wolno się
poddać." Wróciła wiara w ludzi. Bo jak tu nie wierzyć
skoro dotychczas spotkał tak wspaniałych i nie stracił nikogo
na kim mu zależało? Wszedł do domu z obawą przed powrotem na
uczelnię (gdyż właśnie kończyły się ferie), ale i z nowymi
nadziejami. Niezależnie od tego jak ciężko będzie wytrwać, będzie
mu towarzyszyć wspaniała świadomość że pozostał wolny i
wierny sobie. I że - tak jak parę razy wcześniej - porażkę
przekuł na zwycięstwo.
Donald
20-02-2003
PS. Przyjaciołom
PS2. Rainmanie, wielkie pozdrowienia dla Ciebie. Chciałbym
nauczyć się pisać tak jak Ty, z takim cudownie subtelnym optymizmem wyzierającym
z każdego zdania, z niemal każdego wyrazu.
Rain: Przesadzasz, przesadzasz, prze-sa-dzasz. Żadne ze mnie utalentowane pisarzysko. Po prostu człowiek, który odkrył w sobie tekściarsko-grafomańskie zapędy i nie mógł się powstzymać. I nkt go nie uczył. Znalazł to gdzieś w sobie. Tak jak optymizm, chęć zwalczania melancholii i całą resztę.
Jeszcze jedno - my JUŻ
zmieniamy świat na lepsze. Pamiętaj.
Będę pamiętał. Możesz być pewien
PS3. A asfalt był czarny bo na dużym mrozie nie ma na drogach błota
:)
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|