|
Rutyna
Na świat przyszedłem wczesną wiosną. Jedyną
wiosną w mym życiu. Tak jak dane jest moim
współplemieńcom nie doczekam następnego okresu
rozkwitu kwiatów. Wylęgłem się w komorze nr
248, nadano mi numer 985675434. Od tej pory
błądząc po korytarzach ogromnej metropolii
byłem tylko jednym z prawie miliarda imion-cyfr.
Zaraz przed moimi narodzinami zostałem przydzielony
do odpowiedniej sekcji robotników, mających
pracować przy pielęgnowaniu upraw grzybów
pod ziemią. Wszyscy mieliśmy jedną matkę,
której, tak nawiasem, nigdy nikt nie widział
z nas osobiście. Byliśmy rodzeństwem, a pomimo
to nie znaliśmy się, podczas swojego niespełna
rocznego życia nie mieliśmy szans spotkać
nawet połowy rówieśników. Czas biegł uporządkowanym
i równym tempem w pracy. Już kilka dni po
moim pojawieniu się na świecie zacząłem robotę.
Od razu wydało mi się, że jestem inny. Prawdę
mówiąc robotnikiem nie byłem wyśmienitym.
Miałem z tego powodu kilka razy na pieńku
z dozorcami, ale w końcu zawsze jakoś udawało
mi się wywinąć. Chciałem zwiedzić wszelkie
zakamarki mojego świata. Przemierzyć wszystkie
chodniki skryte w mroku. Iść coraz głębiej.
Dziwiło mnie, że moi bracia i siostry nie
myśleli o tym wszystkim o czym ja nieustannie
marzyłem. Odnosili się do mnie tak jak do
wszystkich, czyli z urzędową sztywnością.
Pełni ustalonych z góry zasad kierowali się
nakazami płynącymi wprost z zakodowanych w
ich małych głowach prawideł. Skąd to wszystko
się brało nikt nie wiedział.
Myślałem. To mnie czyniło osobnikiem niezdolnym
do pracy w grupie. Moje koło zębate nie pasowało
do harmonijnego mechanizmu zegarowego. Byłem
jak piasek wśród części precyzyjnego delikatnego
urządzenia. Sama moja obecność spowalniała
pracę. Hamowałem rozwój. Zrozumiałem, że jestem
sam, wyalienowany ze społeczności. Cóż to
za społeczeństwo? Bez marzeń i ideałów. Brak
indywidualności. Bezpośrednio po wyjściu ze
skorupy jaja wiesz jak pracować. Nie zastanawia
cię fakt, skąd owa wiedza się bierze. Gdy
jesteś jedną z tego miliarda mrówek nie stać
cię na abstrakcyjne myślenie. Obracasz się
wśród takich jak ty. Może i mających zaczątki
osobowości indywidualnej, lecz przykryte urzędową
sztywnością. Ta oficjalność zadusza ten kiełkujący
zaczątek i tak to kończy się twoje życie duchowe,
a ciało i siła mięśni należą do grupy. Inni
widząc tylko twoją zewnętrzność nie próbują
nawet odkrywać swojego wnętrza i bez sprzeciwu
pozwalają folii mechanizmu odciąć powietrze
dopływające do ciała dopiero co narodzonego
własnego indywidualnego ducha. Obserwując
w jednej sekundzie milion takich samych organizmów,
upodabniamy się do ich zachowań i utartych
zwyczajów. Wpadamy w obsesyjny taniec pracy.
Wirujemy w obrotach kół zamachowych. Moja
osobowość jakimś, żeby nie użyć nieodpowiedniego
słowa cud zastosuję coś pośredniego - sposobem
przetrwała, lecz nie rozkwitła. Egzystowała.
Jak ziarnko piasku pozostawiałem rysę na szybie
ale jej nie uszkadzałem. Byłem jak paproch
wielkości główki szpilki na wielkim hektarowym
białym płótnie. Jak piasek.
Miałem jedno marzenie do czasu, gdy monotonia
dni wypełnionych rozmyślaniami nad wycieczkami
prowadzonymi wzdłuż korytarzy została przerwana.
Wtedy w moich oczach odbił się obraz, który
przez dłuższy czas stał się nowym tematem
moich kontemplacji. Zobaczyłem go. Od tej
pory chciałem zostać mrówką-wojownikiem. Podążyłem
za obiektem mojego zachwytu w górę. Zauważyłem,
że moje pragnienie zwiedzania szybko by mnie
znudziło. Przestrzeń gniazda była tak samo
monotonna jak jego mieszkańcy-robotnicy.
Ja 985675434 nie mogłem spełnić mego nowo
wytyczonego sobie celu. Byłem przeznaczony
do innego zadania i basta. Moje ciało nie
było okazałe, ani rozmiarami, ani nie drzemała
w nim żadna nadzwyczajna siła. Na moje szczęście
strażnicy nie zwracali na mnie uwagi. Dla
nich byłem tylko numerem. Po niedługim czasie
mój entuzjazm opadał. Znów zaobserwowałem
nudę i szablonowość życia wojownika. Pomiędzy
walkami z najeźdźcami z sąsiedniego kopca,
a wyprawami wojennymi bezczynnie przesiadywali
w swoich posterunkach.
Instynktownie czułem, że im bliżej górnych
części gniazda tym niebezpieczniej, ale ciekawość
pchała mnie dalej. I w końcu dotarłem do wyjścia.
Współczułem moim dawnym towarzyszom z upraw
grzybów. Całe swoje krótkie życie spędzali
w ciemnościach w smrodzie. Oddychając fetorem
zgnilizny i rozkładu, nie mieli nawet pojęcia
o tym, że gdzieś, kilka metrów ponad ich głowami
jest świeże powietrze i... to, takie niebieskie,
rozciągłe, zdające się nie mieć granic ponad
zielonymi łąkami. Tego dnia mój świat wydający
się tak nieograniczonym, urósł do niewyobrażalnych
rozmiarów. W głowie mi zawirowało gdy spojrzałem
z góry kopca na podłoże. Uganiało się tam
mnóstwo tragarzy, dla których świeże powietrze
miało taki sam posmak jak to z najgłębszych
pokładów gniazda. Nie odróżniali zapachu od
fetoru. Byli tacy jak robotnicy i żołnierze,
choć zdawali się mieć coś czego nigdy nie
mieli robotnicy. Pełniejszy obraz świata,
szersze spojrzenia. Panoramę. Co z tego skoro
ich odnóża uginały się pod ciężarem transportowanych
towarów. Podobnie jak inni popadli w rutynę,
która dawała szansę na przeżycie całej kolonii.
Na moich plecach pojawiły się skrzydła. Zauważyłem
teraz, że nie byłem taki wyjątkowy jak mi
się wydawało. Obok mnie, u wyjścia do kopca
zbierała się grupa podobnych do mnie. Byli
tak samo zdziwieni jak ja. Każdy patrzał na
sąsiada i nie mógł uwierzyć. Zacząłem się
bać. Bać, że teraz pójdę za przykładem innych
grup zawodowych i popadnę w rutynę, wśród
takich jak ja... Tą myśl, z mego umysłu, wygnało
pragnienie wzniesienia się do góry i wykonania
lotu w nieznane. Wzbiłem się i poszybowałem
w stronę lipcowego słońca.
Teraz zrozumiałem. Rutyna trzymała to wszystko
w kupie. Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, to
by źle się działo. Czyli wynika z tego, że
indywidualność jest czymś w rodzaju choroby,
na którą choruje na szczęście niewiele osobników
w moim szczepie. Bo czymże jest ten tysiąc
pośród miliarda. Żyłem w mechanizmie nastawionym
na przeżycie. Tylko po co? Żeby przeżyć? Przecież
to absurdalne. Więc indywidualność jest czymś
niepożądanym? Ja... Nie, to by znaczyło, że
jestem błędem. Mając świadomość swojej wyjątkowości
mam również wrażenie, że oto jestem niepotrzebny
i swoim istnieniem nie przyczyniam się w ogóle
do rozwoju, a jedynie moimi rozmyślaniami
zadaję sobie trud dania odpowiedzi na pytanie,
które zapewne i tak pozostanie bez odpowiedzi,
przejdzie nikłym echem, odbije się od ściany
i wróci zniekształcone, i niezrozumiałe zaraz
po zakończeniu czytania tego monologu.
Royal Gryffin vel Grey Wolf
phantazm@interia.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|