|
Casus belli
Słońce leniwie wspinało się ponad horyzont, smagając
promieniami coraz większe połacie terenu. Wśród zaszczyconych
świetlnym dotykiem były też Bydłowice, niepozorna wioska położona
w miejscu, które nawet nie zasługuje na umieszczenie na mapie,
czego najlepszym dowodem jest fakt, iż rzeczywiście - żaden
atlas nie miał w indeksie wiadomej nazwy. Prawdę powiedziawszy,
na zmianie tego stanu rzeczy niespecjalnie zależało nawet
mieszkańcom, więc nie kartografów nie można posądzić o
jakiekolwiek zaniedbanie.
Jak co ranek, wraz z mieszkańcami budziło się życie. Kury na
widok noworozsypanego ziarna poczęły czynić kroki w celu jego
spożycia, krowy muczeniem oznajmiały o swoim istnieniu, a
jedynie kozy powstrzymywały się od dawania oznak życia. Były
to bowiem kozy ubite wczorajszego dnia.
Ten obraz spokoju i sielanki był niemal identyczny za każdym z
dwudziestu dwu płotów ustawionych wzdłuż głównej i jedynej,
bydłowickiej drogi, zagradzających dwadzieścia dwie niskie chałupy,
poskładane głównie z drewna bądź nieociosanych porządnie
cegieł. Jedyne budynki, jakie nie wpasowywały się w wiejski
schemat, to krwistoczerwona remiza strażacka i dom władcy tej
polnej krainy - willa sołtysa, biała niczym śnieżny puch,
dumnie pnąca się ponad grunt w centralnym punkcie wsi. Mimo
swej odmienności, dawno już mieszkańcy przestali zwracać uwagę
na swego rodzaju przepych, który z początku nie chciał
dopasować się do ich poziomu. Dom się przystosował, jak mówiono,
choć lepiej byłoby powiedzieć, że bydłowiczanie
przystosowali się do niego. Zapewne i tego dnia, kolejnego w
letnim okresie i tym samym równie upalnego co poprzednie, willa
stałaby zapomniana i smutna, z ubrudzonym sadzą od niedawna
oknem, zapomniana mimo wystawienia na widok publiczny. Byłoby
tak, gdyby nie jeden szczegół; nowy przedmiot, nieznany
dotychczas mieszkańcom wioski. Rzecz, która u każdego, włącznie
z sołtysem Pawlińczykiem, wywołała nie tyle zdziwienie, co
szok. Otóż, na podjeździe pod domem głównego przedstawiciela
wsi pojawił się czołg.
Pojazd ów stał na betonowym podeście o wysokości około pół
metra. Do prostokątnego cokołu przypięta była połyskująca
tablica, na której wyryto enigmatyczny napis "Pomnik Walczących".
Wrzawa, harmider i nieopanowany chaos są epitetami, które najpełniej
oddają atmosferę pospiesznie zwołanego wiejskiego zebrania.
Zgromadzeni przed pomnikiem obywatele tłumnie przybyli na, mającą
się rozpocząć piętnaście minut temu, dyskusję z sołtysem.
Jej tematem była, oczywiście, poranna niespodzianka. Gospodynie
wraz z krzepkimi mężami i dziećmi podziwiały zabytek wojskowości,
czekając na pojawienie się Pawlińczyka w oknie swego
parterowego domostwa, jak to zwykł czynić podczas ważnych
spotkań. Po długim oczekiwaniu wysmukła osoba tegoż wystawiła
się na pytający wzrok publiki.
- Dobrzy ludzie - zaczął podniośle sołtys, który na tą
okazję wdział najlepszą flanelową koszulę. - Dobrzy ludzie...
Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą przedstawiciel
władz chciał jak najlepiej zagospodarować, myśląc nad następnym
słowem, lecz nie było mu to dane. Wysoki mężczyzna w słomkowym
kapeluszu zabrał głos:
- Co to je?
- Ależ, panie Zwierkiewicz, proszę nie przeszkadzać, kiedy mówię
- oburzył się Józef Pawlińczyk. - Już właśnie chciałem
powiedzieć, że to... ten czołg, pomnik... on, jak już chciałem
powiedzieć... on... był niespodzianką! - przy wypowiadaniu
ostatnich słów aż podskoczył z radości, jak gdyby nagle
przypomniał sobie coś bardzo ważnego.
- Skąd się to pieruństwo wzięło, panie Jóżku? - zapytała
jedna z kobiet.
- Pani Zapyziak, no proszę, pani... Ja mówię, nu? To niechże
pani nie przerywa, dobre? - sołtys ponownie popadł w zadumę.
Wieśniakom imponowały przerwy w wypowiedzi Pawlińczyka, gdyż
dzięki nim uchodził on za osobę oczytaną i wykształconą,
lecz jedna osoba, dziecko mianowicie, najwyraźniej nie potrafiło
docenić pracującej inteligencji i bezczelnie przerwało sołtysowy
tok myślenia.
- Mama, pan Józek chyba nie wie.
- Nie! Wiem! - oburzył się sołtys. - Właśnie, że wiem.
- No to godej pan, skąd to przyszło. - zawołał ktoś z tłumu.
- Myśmy niczego nie widzieli, kto to stawiał ani jak.
- Wiem, żeście nie widzieli, wiem. - z pogardą odparł Pawlińczyk.
- Niby skąd?
- Jak żeście przedwczora w remizie na dyskotece balowali, to
pewnie do dzisiaj żeście odsypiali. - na dźwięk tych słów tłum
oburzył się nieznacznie, ale tylko nieznacznie, gdyż było w
nich sporo prawdy.
- No to godej pan, a nie zmieniaj tematu. Zresztą pewnie wtedy
tak samo z nami hulał, że jeszcze do jutra nie będzie
przytomny. - tu z kolei oburzył się sołtys, bardziej niż jego
podopieczni, do czego zmuszało go stanowisko - bo na pewno nie
wiara w nieprawdziwość zarzutów.
Między stłoczonymi dyskutantami zaczęła się rozpychać jakaś
osoba, co nie zainteresowało absolutnie nikogo. Wrzaski owej
persony osiągnęły jednak lepszy skutek i wkrótce dookoła
niej utworzyło się przestronne koło.
- Co się pan drzesz? - ktoś rzucił cicho.
- Jak pan nie pamiętasz, skąd jest pomnik - mówił uwolniony z
uścisku, skromnych rozmiarów i odzienia, młodzik - to weź pan
sprawdź, co podpisywałeś. Przeca potwierdzenie na odbiór
pomnika musiało być.
- Mądry się znalazł, studencik... - zamruczał sołtys, lecz
nie odparł nic więcej.
W tej chwili Pawlińczyk zagłębił się do wnętrza swego domu,
jednak nie udał się na poszukiwania stosownego papieru. Wiedział
bowiem, że go nie znajdzie, gdyż cały jego gabinet wraz z
dokumentami spłonął, co było efektem pewnej nazbyt swobodnej
zabawy w remizie. Stało się bowiem tak, że sam sołtys, wraz z
trzyosobową grupą strażacką bawili się nieopodal willi,
gdzie przeniesiono przyjęcie po wyczerpaniu zapasu napojów z
pobliskiego sklepu. Gdy służby pożarnicze były niezdatne do
dalszej swawoli, sołtys zapragnął ocucić towarzyszy, a
wiadomo powszechnie, że w środku nocy nic tak nie rozbudza, jak
sztuczne ognie, którą to prawdę cała wieś wynosiła z
corocznego sylwestra. Niestety, odpalenie petard wywołało
jedynie pożar gabinetu Józefa, a na mężczyzn nie podziałało
w ogóle, czyli - przyniosło skutek zgoła odwrotny od
zamierzonego.
Czekający tłum po kilku godzinach znudził się patrzeniem w
okiennice i wszyscy zebrani postanowili powrócić do własnych
zajęć, dochodząc do słusznego wniosku że czołg nie zając -
nie ucieknie.
Słońce prażyło, lecz palący upał nie zniechęcał ludzi od
przebywania w ogródkach tego pięknego, lipcowego popołudnia.
Po kilka rodzin gromadziło się na miedzy, rozkładało kanapki,
dzbanki z herbatą i gryle, po czym spędzało czas na upojnym
leniuchowaniu na świeżym powietrzu i rozprawianiu o wszystkim,
co tylko przyszło na język. Dzieci, piszcząc i śmiejąc się
biegały po podwórku, wymyślając kolejne i coraz to głośniejsze
zabawy. Towarzyszyły im w tym zwierzęta, głównie psy, które
podskakiwały i biegały po ogródkach.
Podczas robienia któregoś z kolei okrążenia wokół dorosłych,
jedno z dzieci, blond berbeć o bujnej czuprynie, wykrzyczało słowa,
które wprawiły w osłupienie wszystkich obecnych.
- Pif! Paf! Zabiłem Miecia!
Śmiech malucha, mierzącego do kolegi z połamanego patyka,
został zagłuszony przez doniosłe, grupowe "och!".
Koło gospodyń wiejskich szczelnie oblegało bramę prowadzącą
do domu sołtysa Pawlińczuka. Ten w końcu zaszczycił kobiety
swoją obecnością i obdarzył je wszystkie promienistym uśmiechem.
- O co chodzi, moje panie? - rzekł, rozkładając ręce i
sygnalizując tym samym dobrą wolę, a wszystkie zapytane naraz
poczęły mu odpowiadać, dzięki czemu poznał wiadomą historię
jednocześnie z wielu punktów widzenia.
- Moje panie - podjął Józef - czy dziecięca zabawa jest
powodem do takiego aferowania się?
- Panie! - wrzasnęła któraś z tłumu. - Pan musisz zabrać
ten czołg! On nam dzieciaki deprawnikuje!
Sołtys pomyślał, że rzeczywiście dobrze byłoby pozbyć się
kłopotliwego podarku, ale inna sprawa, że nie wiedział od kogo
prezent pochodzi, ani w jaki sposób znalazł się pod jego domem.
Powiedział więc:
- To nie takie proste. Widzicie, moje panie...
- Zabieraj pan to cholerstwo! Widzisz pan, co w telewizji pokazują,
jak teraz młodzi zabijają! Nie chcemy mieć dziecka-mordercy!
- Tak! - zakrzyknął chór niewiast.
- Drogie panie... tak prosto się nie da. Procedury są i...
- Co się nie da, panie Pawlińczyk? Wszystko się da, ale pan
jest dupa! Dupa i pijak!
Obrażony zrobił się purpurowy na twarzy, choć z początku
niedowierzał, że jakaś kobieta może jemu, przedstawicielowi
prawa w tej wsi wyrzucić coś podobnego!
- To teraz ja jestem dupa, co? Ja? - złość wzbierała w mężczyźnie
we flaneli.
- No tak, przeca to pana wina, ten czołg.
- Moja...? Moja...? - nagle na jego twarzy pojawił się wyraz
tryumfu.
- Przecież - kontynuował - to te gnojki z rządu wszystko tak
knocą! To wina rządu! Mamy nieudolnego prezydenta - i tyle! A
rząd jest beznadziejny! To ich wina!
Z wyrazu twarzy gospodyń można wywnioskować, że słowa sołtysa
przemówiły do ich duszy, a jeśli nie aż tak głęboko, to
przynajmniej do samej świadomości.
- Tak, to przecież przez rząd takie wysokie podatki. - rzekła
z godnością Maciakowa, która rzeczonych podatków nie opłacała
od ponad roku. Zawtórowało jej grono przyjaciółek, a wkrótce
demonstracja antypomnikowa przemieniła się w antyrządową.
- Rząd robi z dzieci morderców! - wywnioskowała któraś z dam.
- To przez morderców z rządu ludzie zabijają. I płacą
wysokie podatki! - skonstatowała inna.
- Ale, ale, moje panie - zabrał głos pan Józef, być może chętny
dociec sprawiedliwości, a być może że chcący podratować
trochę reputację rządu, jako, że sam był jego
przedstawicielem. - Może być jeszcze jeden winny. Na przykład,
tego... - zamyślił się, po czym znów wybuchnął z tryumfem -
A nie zwróciły panie uwagi, że pewne osoby należą do klub miłośników
wojskowości?
- Prawda, panie... - nagle przypomniała sobie jedna z kobiet. -
Myślisz pan, że to ktoś z nich?
- Może... Nic nie jest wykluczone - zasugerował Józef.
- Sprawdzimy to, nie? Nie pozwolimy, żeby stare konie głupie żarty
robiły i jeszcze nam dzieci pruderowały. Na pole, albo krowy
doić!
Koło gospodyń wiejskich wraz z sołtysem zawitało do siedziby
Klubu Miłośników Militariów, czyli do domu jednego z członków.
Był to człowiek pięćdziesięcioletni, podobnie jak jego
koledzy zresztą, ubrany w coś, co mogło przypominać mundur żołnierza,
jeśli mocno zmrużyć oczy i wyobrazić sobie ów mundur.
- A czego panie chcą? - zapytał emerytowany wojskowy w progu
swych drzwi, lecz nie usłyszał odpowiedzi, a tylko został
odepchnięty. Zrobił tym samym drogę dla kilkunastu kobiet i
dumnego z siebie Józefa Pawlińczyka.
Oddział oskarżający wkroczył do dużego pokoju, gdzie przy
piwie urzędowali pozostali trzej członkowie klubu. Zostały im
przedstawione zarzuty, na co najwyższy rangą - sierżant Rożenek,
jak sam się zameldował - odrzekł:
- Głupoty pleciecie! Skąd my pomnik czołgu!
- No wy, wy, w końcu to wy jesteście wojskowi! - syknęła
niska kobieta z wałkami na włosach.
- Eee, tam. Zresztą jakbyśmy robili pomnik, to nie durnych
pancernych, co to tylko w puszce tyłek gniotą, ale prawdziwych
bohaterów! Piechoty!
- Tak, panie - wtrącił się kapral Borowik - służyliśmy w
piechocie... To jest wojsko, nie głupie pancerniaki. Tamci to
mieli, o, tak dobrze, o, jak w hotelu. W życiu bym im pomnika
nie postawił.
- Panie, coś pan tak na czołgistów zawziął? - wtrącił się
sołtys.
- Co? - rozsierdził się wojak - A służyłeś pan kiedyś? W
piechocie? Jak oni rezerwistom musztry robili? Nie, nie służyłeś
pan nigdy, to morda w kubeł, bo nie wiesz pan, panie, co to za
szuje są! Wot, szuje!
Zarówno kobiety, jak i sołtys, czuli się przekonani o
prawdziwości tych słów. Zostały one bowiem wypowiedziane z
taką hardością, jak gdyby niechęć do kolegów z wojska psuła
czterem mężczyzną krew od trzydziestu lat równie skutecznie,
co wytwarzany przez nich samogon.
- A ten czołg - podjął na nowo wojskowy - to pewnie waszych
chopów wina! Oni jeszcze głupsi niż czołgiści. Kto przecie
ciągle nam wypomina, że nie pracujemy ino rentę wielką jak
studoła bierzemy, no kto?
Gospodynie uznały, że wiele jest słuszności w podejrzeniach
Rożenka, gdyż faktycznie - w domu, po dniu pracy w polu,
ulubionym zajęciem ich mężów było obgadywanie tych "leniwych,
podłych rencistów, co to biorą taką kasę w miesiąc, co oni
muszą wypracować przez pół roku".
Sołtys, stojąc na czele pochodu złożonego z koła gospodyń
wiejskich i członków Klubu Miłośników Militariów, zawitał
na rozległe pola, które rozpościerały się hen, daleko za
granice wsi. Obrotny był z niego człowiek, nic dziwnego więc,
że niedługo wszyscy rolnicy zebrali się w sali, słuchając
oskarżeń ze strony własnych żon.
- Czy wyście, baby, pogłupiały? - krzyknął chór wieśniaków.
- Właśnie - teraz ozwał się tylko jeden, który przejął rolę
ambasadora mężczyzn. - Na cholerę nam czołg! Wygląda toto głupio
jak siodło na świni, a zresztą czy wy myślicie, że my nie
mamy nic do roboty, tylko jakieś durnoty nam w głowie? My
musimy zarabiać, nie to, co te gnoje z rentą jak pensja
prezydencka.
Przemawiający ostro spojrzał na kombatantów, a zaraz potem
wywiązała się kłótnia. Przyłączył się do niej sołtys,
następnie reszta mężczyzn, a na końcu gospodynie, które - z
godną uwagi zawziętością - nagle zaczęły wrzeszczeć, że
oni wszyscy dzieci im deprawują.
Następnego dnia już z samego rana całe Bydłowice były na
nogach. Powodem tego okazała się niespodziewana wizyta
telewizji, które to wydarzenie było pierwszym o naprawdę
ogromnym znaczeniu w historii wsi. Wieśniacy włożyli odświętne
stroje i wylegli przed domy tuż po informacji listonosza, pukającego
do każdych drzwi i ogłaszającego radosną nowinę.
Wóz transmisyjny zaparkował przed czołgiem, a z jego wnętrze
wyszły trzy osoby - jedna, będąca mężczyzną z dużą,
nieporęczną kamerą na barkach i druga, również mężczyzna,
trzymający w ręku mikrofon. Trzecią personą okazała się
przystojna dziennikarka, która skierowała wzrok w stronę
kamery, wzięła mikrofon od kolegi i wyrzekła, co następuje:
- Witam państwa ze wsi Bydłowice, gdzie minister sprawiedliwości
zarządził postawić Pomnik Walecznych, upamiętniający czołgistów
broniących, jak sam powiedział: "wszystkich wsi, wszędzie,
zawsze". Przed państwem sołtys wsi, Józef Pawliński.
Panie sołtysie, co pan sądzi o pomyśle postawienia pomnika tuż
przed pańskim domem?
- Uważam - rzekł elegancki dziś pan Józef, szczerząc zęby w
obiektyw - że jest to znakomity pomysł, który świadczy o
umiejętnościach organizacyjnych naszego rządu. Minister
sprawiedliwości poświęcił się słusznej sprawie, i za to go
podziwiam.
- Dziękuję panu. Teraz zapytamy o zdanie mieszkańców wsi.
Przepraszam pana, pan jest byłym wojskowym, tak? Co pan sądzi o
pomniku?
- Psze pani - kiwając nerwów głową, przemówił kombatant -
myślę, że to świetny pomysł. Trzeba pamiętać o bohaterach,
a pancerni na pewno byli bohaterami. Ich bohaterstwo jest
wielkie, należy o nich pamiętać. Pomnik to zdecydowanie świetny
pomysł.
- Dziękuję, a co pani myśli o inicjatywie ministra?
- Och, ja? - Zapyziakowa przygładziła fryz - Znakomicie!
Znakomicie! Dzieciaki powinny się uczyć bohaterstwa i odwagi.
Tak, powinny. Odwaga jest najważniejsza, zawsze tak myślałam.
- Dziękuję - dziennikarka zwróciła się w stronę
Zwierkiewicza - a pan co myśli o pomniku, jako rolnik, który żywi
i broni?
- No, bardzo ładnie wygląda...
Military
militarypolice@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|