|
45 minut
lub
5500 metrów
Opowiadanie to dedykuję memu przyjacielowi (dzięki za jesteś!).
Dziękuję także O i E (za całokształt).
Specjalne anty-podziękowania dla pewnej dziewczyny, która
najdobitniej udowodniła mi, że można
mówić jedno, a robić zupełnie coś innego.
Od autora
To jest moje pierwsze opowiadanie i w ogóle pierwszy utwór. Ale
na pewno nie ostatni. Jest ono przeznaczone dla ludzi, którzy
mają specyficzny punkt widzenia na świat. Ci ludzie przyczynili
się do tego, że ten utwór powstał, a także sprawiają, że
łatwiej się żyje, a nawet czasami to życie ma smak gorącego
kakao z pianką i rodzynkami.
Marian wracał właśnie z urodzin. Oczywiście udanych, jeśli
wiecie, co mam na myśli. Zbliżał się ranek, zaczynało się
przejaśniać. Mimo, że był to listopad nie było mu zimno. A
wręcz przeciwnie. Ale nie zawiłości meteorologiczne były tym,
co mu zaprzątało głowę. Problemem, który nie dawał mu
spokoju był syndrom przebudzenia. Mianowicie Marian nie
umiał nigdy zrozumieć jak to jest, że zawsze, gdy budzi się
rano po imprezie oprócz krasnala, który siedzi w jego głowie i
wali w mózg ogromnym młotem kowalskim, dręczy go cos innego:
nigdy nie jest mu do śmiechu. Nie chce mu się po prostu żyć (tak
samo jak nie chce się spać albo nie mamy ochoty jeść). Nie
chce się pogodzić z tym, że jeszcze kilka godzin temu rozsadzała
go energia, a teraz życie jest dla niego wielkim czarnym
bebokiem, który go dusi, ale nie daje mu umrzeć, co rzecz jasna
jest ogromna torturą. Takie dni są straszne. To właśnie
nurtowało go już od kilkuset metrów. Po chwili dał sobie
jednak z tym problemem spokój. Pomyślał, że wróci do niego
podczas następnego spaceru. Zresztą miał jakieś przeczucie,
że nikt nie jest w stanie rozwiązać tego problemu. To
przeczucie wzięło się ze snu.
* * *
Otóż przyśniło mu się kiedyś po pewnej imprezie, że jest w
niebie. Gdy dotarł już do Boga zaczął z nim rozmawiać. Z całej
konwersacji zapamiętał tylko to:
-Boże jak to jest, że gdy budzę się po jakiejś imprezie mam
doła.
- Niestety, Synu, sam się nad tym zastanawiam
* * *
Mimo tego Marian zawsze się nad tym głowił podczas swoich
okresowych spacerów. Po prostu podczas każdego powrotu z jakiejś
imprezy musiał się nad tym zastanowić, chociaż kilka minut.
Syndrom przebudzenia miał, więc zaliczony. Teraz
postanowił sobie, że, podsumuje sobie imprezę. Zresztą to tez
należało do rytuału. Właściwie pozwalał sobie na jedna
tylko wariację. Myślał wtedy o tym, co ostatnio zrobiło na
nim największe wrażenie. Zabrał się do retrospekcji.
* * *
Zaczęło się nieciekawie. Otóż przyszedł tam ze swoja
dziewczyną na urodziny jej przyjaciółki (jak się okazało
niezbyt urodziwej). Jedyna rzeczą, która go wtedy cieszyła było
to, że nie musiał na te urodziny nic wydawać (prezentem zajęła
się dziewczyna).
* * *
Tak, co tu dużo mówić, Marian się po prostu nie pierdolił.
Był, kurwa, konkretny.
* * *
Gdy już wkroczył do pokoju oczom jego ukazał się widok
przydupasów. To znaczy jak na razie były tam same przydupasy.
Było drętwo. Przez około godzinę straszyło chujem. Na plus
było tylko wypicie jednego piwa. Aha, pokój nie było za duży,
więc wszyscy siedzieli ciasno przy sobie. Przypominało to
imprezę komunijną. Później gdy już przyszli wszyscy (ale już
nie przydupasy) pękły flaszki. Impreza zaczęła się rozkręcać.
Rozśmieszyła go też jedna rzecz. Otoż był tam też jeden już
nawalony. I wznosili akurat coś na tacy. Na co on powiedział:
- Co? Będziemy dzielić się opłatkiem?
* * *
To naprawdę było śmieszne
* * *
Marian zaczął prowadzić rozmowy polityczne. Został także w
humorystyczno-perfidny sposób wpędzony przez historyka, który
był w jego szkole praktykantem dwa lata temu, w wygłoszenie
toastu. Brzmiało to następująco:
- Jeden, za zdrowie Kazika Staszewskiego, dwa, za
zdrowie Andrzeja Gołoty, trzy, za zdrowie Edwarda Gierka.
Wtedy ktoś wspomniał o solenizantce. Marian w mig pojął, że
powinien też coś o niej wspomnieć:
- Ale przede wszystkim z zdrowie solenizantki. To będzie takie
a- powiedział błyskawicznie.
I tak właśnie Marian zręcznie wybrnął z opresji. Przecież
nie mógł urazić solenizantki
* * *
A tak apropo tej solenizantki to Marian nigdy nie uwierzyłby
w to, że za miesiąc z hakiem będzie mu wkładała język w
ucho i będzie smakowała wódką z ogórkami. Widocznie tak
musiało się stać. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu.
* * *
Otóż z czasem Marian miał nastrój coraz bardziej radosny.
Poznał też jakąś laskę. Nic specjalnego (no, taka trójeczka
z naciąganym plusem). Nawet nie pamiętał jej imienia.
Powiedziała, że zwróciła na niego uwagę. Cytuję:
Zastanawiałam się, co to za przystojny chłopak tam siedzi
Powiedziała (coś w tym stylu) tak do Mariana. To go mile połechtało.
i może pod wpływem tego poszmyrał ją po nodze. Później
rozmawiał też z inną o również o polityce. I co najważniejsze
rozmowa była konkretna.
* * *
Kobiety bywają jednak nieobliczalne. Marian pomyślał, że mógłby
spędzić z każdą z tych dziewczyn stosunkowo udaną noc.
Zresztą już nie pierwszy raz miał już tak, że, po kilku
minutach z jakąś dziewczyną chciałby się z nią kochać. Mogłaby
być to taka jednonocowa przygoda. Doszedł już dawno do
wniosku, że można kochać kogoś kilka godzin lub nawet kilka
minut. I wiedział, że dla takich, jednonocowych romansów warto
byłoby nawet oddać życie. Zresztą nie tylko za takie romanse.
Czasami wystarczy nawet jedno słowo lub spojrzenie. Tak miał już
Marian takie momenty, w których chciał zniszczyć najbliższy
zegarek, żeby zatrzymać dana chwilę.
* * *
Przypomniał sobie, że po szmyraniu po nodze miało miejsce
jeszcze jedno znaczące zdarzenie. Otóż przeszedł do historii
paląc przez kilka minut papierosa, który zgasł (Marian
nominalnie nie palił, jedynie podczas niektórych imprez, więc
możliwe, że wtedy nie zwrócił na ten fakt uwagi). Potem
jeszcze Marian nie ze swojej winy wylał na swoją nogę kawę.
Ale na szczęście tylko trochę polało się na nogę. A nawet
gdyby polało się bardziej to Marian prawdopodobnie i tak by nic
nie poczuł. A później to był już koniec.
* * *
Tak mniej więcej przedstawiała się impreza. Teraz przyszła
porę na wariację. Wydarzeniem, które go ostatnio zmiażdżyło
było coś takiego.
* * *
Pewnego piątkowego popołudnia zadzwonił domofon. Podobno miał
to być wujek Heniek (Heniek Caputa). Jakież było jego
zdumienie gdyby był to jego sąsiad (z psem) z trzech pięter
poniżej, który zresztą pukając od razu łapnął za klamkę.
Marian czmychnął do kuchni. Sąsiad przysiadł później na rozłożonym
łóżku, na którym już zresztą leżał ojciec Mariana.
Zaproponował ojcu udanie się do niego, jednak ojciec powołał
się na brak czasu. Później już tylko siedział i odezwał się,
co jakieś półtora minuty. Stanowczo trzeba stwierdzić, że
rozmowa się nie kleiła. Po około 6-7 minutach powiedział:
-No to idę. Dobranoc.
-Dobranoc - powiedział ojciec Mariana
* * *
No, kurwa pomyślał w myślach Marian. Trzeba być nieźle
potłuczonym, żeby pozwolić sobie na cos takiego. Co prawda sąsiad
był trochę na fazie jednak to nie umniejsza faktu, że gość
musi cierpieć na jakieś zaburzenia pracy mózgu. To b chyba się
zgadzało, bo podobno kiedyś zgarnęła go policja za to, że
biegał gdzieś w samych slipach. W chwilach takich jak z sąsiadem
- ciągnął Marian człowiek zaczyna wątpić w to, że każdy
człowiek korzysta z mózgu.
Marian powoli zbliżał się do domu, więc postanowił tę sprawę
jakoś podsumować. Wybrał cytat z pewnej piosenki:
Niezgłębione są pokłady ludzkiej niekumacji. Po kilku
minutach był już w domu. To był punkt docelowy jego odysei.
Nie chciało mu się rozkładać łóżka, więc przykrył się
kocem. Chwilę poleżał, po czym powiedział:
- Strzała!
Wiedział na pewno (przynajmniej teraz to wiedział), że gdy będzie
pewny, że zaraz skończy swoje życie to powie głośno i wyraźnie
właśnie to słowo:
- Strzała!
Zresztą motyw śmierci przewinął się też kiedyś przez jego
sen.
* * *
Był w niebie. Bóg go zapytał:
- Może chciałbyś się dowiedzieć czegoś ciekawego.
- Tak, chciałbym się dowiedzieć jak to jest ze śmiercią.
- Dobra, to, choć pokaże Ci- zaproponował Bóg.
Szli przez klika minut. Często pozdrawiali go aniołowe. Jak go
pozdrawiali? Ano tak;
- Strzała!
A więc można stwierdzić, że to słowo pochodziło z nieba.
Przynajmniej nieba ze snów Mariana. Doszli do święcącego
ogromnym blaskiem budynku. Napis na niej brzmiał:
ELEKTROWNIA ŻYCIE
Budynek ten był, po prostu ogromną halą z niskim stropem (na
wciągnięcie ręki). Co najważniejsze znajdowało się tam
miliardy żarówek. Panowała tam rzecz jasna ogromna jasność.
I właśnie z tego powodu założyli z Bogiem przed wejściem
ochronne gogle.
- Co to jest zapytał Marian
- No, więc każda żarówka oznacza życie ludzkie. Jedne żarówki
wykręcam, ale na ich miejsce
wkręcam nowe
- No, to by wszystko tłumaczyło. Gdy będę miał umrzeć to
prostu wykręcisz mnie.
- Tak, można tak powiedzieć odrzekł Bóg.
* * *
Marian miał dziwne sny. Ale te sny kształtowały jego pogląd
na życie. Dzięki nim poznawał odwieczne tajemnice świata
niedostępne innym. Marian poczuł, jednak, że jego mózg nie ma
już sił na dalszą pracę. Postanowił zwolnić jego obroty.
Zasnął.
por. Borewicz
por_borewicz@o2.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|