|
Ofiara
Marek był zwykłym, młodym człowiekiem XXI
w. Niedawno skończył studia i usilnie poszukiwał
pracy. Nie chciał dalej nadwyrężać budżetu
swoich rodziców. Przez kilka ostatnich tygodni
był na kilkunastu rozmowach kwalifikacyjnych,
lecz żadna z ofert mu nie odpowiadała. Popadł
przez to w lekką depresję i stał się bardziej
apatyczny niż był dotychczas.
Tego dnia, tak jak zwykle cały dzień spędził
na odwiedzaniu firm i szukaniu wolnego etatu.
Ponieważ nie miał samochodu większość drogi
przemierzał pieszo. Pod wieczór więc, dla
pokrzepienia umysłu i ciała, wstąpił do pierwszej
kawiarni jaką napotkał, na dużą, mocną kawę.
Usiadł przy jedynym wolnym stoliku i po chwili
sączył już mocną, lecz wyjątkowo niedobrą
kawę.
- Przepraszam, mogę się dosiąść? Wszystkie
miejsca są już zajęte. - Usłyszał cichy, ale
dosadny głos z boku. Nagle powrócił do rzeczywistości
i dopiero po chwili zrozumiał, o co chodzi.
- Tak, proszę.
Usiadł przed nim mniej więcej 30-letni mężczyzna.
Nie można było o nim powiedzieć, że był zwykłym,
szarym człowiekiem. Od innych różnił się prawie
wszystkim. Jako odzienie wierzchnie służyła
mu tunika sięgająca do kostek. Pokrywały ją
jakieś dziwne, niezrozumiałe znaki. Sądząc
po tym jak prezentowała się całość, musiała
to być ręczna robota i to niezbyt dokładna.
Szyję nieznajomego dość ciasno oplatały rzemienie.
Na niektórych wisiały jakieś wisiory, może
amulety. Były to kamienie, jedne wyglądały
na szlachetne, inne jakby je zebrał z ulicy.
Wśród tej plątaniny można było także zauważyć
większy od innych fetysz. Był to dziwnie uformowany
kawałek metalu, który mocno starty nie przedstawiał
już tego, co dawniej. W gruncie rzeczy już
nic nie przedstawiał. Oprócz talizmanów przybysz
miał też na palcach cztery pierścienie z dużymi
kamieniami, każdy innego koloru.
- Nazywam się Roch.
- Marek. Przykro mi, ale nie mam czasu. Nie
będę ci mógł dotrzymać towarzystwa.
- Co ja zrobiłem?! - zapytał zirytowany Roch
- Czyżby przeszkadzało ci to jak wyglądam?
Taki jest wymóg mojej wiary, ale jestem takim
samym człowiekiem jak ty. Nie wiem dlaczego
ludzie są tak nietolerancyjni.
- Nie chciałem cię urazić - odparł Marek
wyciągając rękę na pożegnanie - ale muszę
już iść. Naprawdę się spieszę.
Roch uścisnął mocno wyciągniętą rękę. Marek
poczuł dziwne mrowienie w prawej dłoni. Próbował
wyrwać ją z uścisku, ale na próżno. Dopiero
gdy Roch rozluźnił uścisk Marek zdołał się
wyswobodzić.
- Co to było? - zapytał - To mrowienie?
- Moja moc, którą czerpię z natury wciąż
płynie przeze mnie.
Marek popatrzył na niego z lekkim podziwem,
ale także strachem. Ukłonił się lekko i wyszedł.
Następnego dnia Marek wstał z ogromnym bólem
głowy. Czuł się potwornie, ale był umówiony
z pracodawcą i musiał stawić się na rozmowę.
Mimo lekkich zawrotów głowy udało mu się w
dość krótkim czasie przygotować do wyjścia.
Rozmowa nie przebiegała zbyt pomyślnie. Marek
był bardzo rozkojarzony. Nie potrafił udzielić
odpowiedzi na najprostsze pytania. Nadzwyczaj
szybko podziękowano mu i poproszono, aby nie
dzwonił.
Czuł się okropnie. Wydawało mu się, że nie
spał od tygodni. Pomyślał, że ratunkiem będzie
kawa. Prowadzony bardziej intuicją niż rozumem
dotarł do tej samej kawiarni, w której był
poprzedniego dnia. Ku jego zdziwieniu Roch
był tam i do tego przy tym samym stoliku co
wczoraj. Wyglądał dokładnie tak samo i można
by pomyśleć, że nie ruszył się stąd od ich
ostatniego spotkania. Gdy ten go tylko zobaczył
od razu podszedł i zaprosił do swojego stolika.
- Co u ciebie słychać? - zapytał jakby znali
się od lat - Okropnie wyglądasz.
- Czuję się nielepiej. - odparł oschle Marek.
- Chyba wiem co z tym zrobić.
Wstał i bez pytania i ostrzeżenia zaszedł
Marka od tyłu. Obiema rękami mocno ścisnął
jego głowę. Znowu dało się poczuć dziwne mrowienie.
Po chwili Roch skończył zabieg i usiadł z
powrotem na swoim miejscu. Marek jeszcze przez
moment trzymał się za głowę. Szybko jednak
opuścił ręce i delikatnie uśmiechnął się.
- Dzięki. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale dzięki.
Myślałem, że głowa mi pęknie. Teraz jednak
ból zniknął.
- Nie ma sprawy. Lecz to nie mnie powinieneś
dziękować tylko Gaji. To od niej czerpię moc
do czynienia tych wielkich rzeczy.
- Kim jest Gaja? - zapytał Marek.
- Jest duszą ziemi i matką wszystkich stworzeń,
prapoczątkiem i końcem. Ty także możesz stać
się jej wyznawcą. Jeśli tylko chcesz.
- Nie, dzięki.
- Mimo wszystko, może ci się przydać moja
pomoc, w razie gdyby te bóle się nawróciły.
Zawsze ci pomogę, jeżeli tylko o to poprosisz.
Zostawię ci mój numer telefonu. Dzwoń o każdej
porze.
Roch wstał.
- Tym razem to ja muszę już iść - wyciągnął
rękę i uścisnął dłoń Marka, w której znowu
poczuł mrowienie. - Do widzenia - powiedział
Roch i wyszedł.
Przez następny tydzień Marek miał świetne
samopoczucie. Wszystko szło po jego myśli.
Jednak pewnego dnia bóle i zawroty głowy znowu
go nawiedziły. Bez chwili wahania wykręcił
numer Rocha i umówił się na spotkanie. Miał
przyjechać na obrzeża miasta i tam na niego
poczekać.
Gdy Marek tylko wysiadł z autobusu Roch od
razu pojawił się przy nim. Zignorował wyciągniętą
rękę i poklepał go po ramieniu.
- Witaj. Cieszę się, że się zdecydowałeś
na to spotkanie. Gwarantuję ci, że po nim
poczujesz się lepiej. Wsiadaj do mojego samochodu.
Musimy jeszcze przejechać kilka kilometrów,
by oderwać się od cywilizacji i zostać sam
na sam z Gają.
W samochodzie Roch jeszcze kilka razy gratulował
Markowi dobrego wyboru, poklepując go. Jechali
dość długo. Marek nie był w stanie określić
gdzie są. Już po około półgodzinie wszystkie
oznaki cywilizacji znikły zza okien. Po następnych
15-stu minutach Roch skręcił w jakąś boczną,
leśną dróżkę i zatrzymał się na skraju niedużej
polany. Na jej środku stały ułożone na kształt
kręgu ogromne kamienne bloki. Były to równo
ociosane głazy, które wyglądały tak jakby
tu stały od wczoraj. Nie było na nich najmniejszej
oznaki erozji. Nie pokrywał ich też mech.
Dokładnie w środku stał kolejny kamienny blok.
Ten jednak nie był gładki. Pokrywały go znaki
podobne do tych na tunice Rocha.
- Oto ołtarz Gaji, a ty będziesz ofiarą,
którą nakazała mi złożyć. - powiedział Roch
z lekkim uśmiechem na twarzy.
Marek chciał krzyknąć, lecz nie zdołał wydobyć
żadnego dźwięku. Nie mógł także poruszyć żadną
kończyną.
- Myślałem, że się wcześniej zorientujesz,
lecz ty siedziałeś tak spokojnie. Mrowienie,
które czułeś to małe igiełki na moich pierścieniach
sączące w ciebie truciznę paraliżującą twoje
ciało, która pozostawiła ci jednak jasność
umysłu.
Przerażenie Marka widoczne było widoczne
tylko w jego oczach.
Roch wyciągnął Marka z samochodu i wniósł
w krąg kamieni. Zdarł z niego ubranie i nagiego
położył na ołtarzu.
- Powinieneś się cieszyć - powiedział Roch
tym samym spokojnym tonem, co w kawiarni -
zginiesz piękną śmiercią. Wszystkie żywioły
będą mi pomagały. A poza tym wrócisz do Gaji.
Roch zostawił Marka na środku, a sam odsunął
się na skraj kręgu. Padł na kolana twarzą
zwróconą ku ołtarzowi. Trwał bez ruchu przez
dłuższą chwilę. Gdy wstał, chwycił zwisający
mu z szyi metalowy fetysz. Podjął cichy śpiew
w jakimś dziwnym, nieznanym języku. Z początku
nic się nie działo, lecz po chwili talizman
zaczął świecić bladą, błękitną poświatą. Światło
przeniosło się na ołtarz. Od znaków, którymi
był pokryty zaczął emanować blask. Roch podniósł
głos, puścił fetysz i wzniósł ręce w niebo.
Dokładnie nad kręgiem zaczęły się zbierać
czarne chmury, które zasłoniły słońce. Zrobiło
się ciemno. Jedynym źródłem jasności był amulet,
który rzucał teraz na ołtarz silny strumień
światła. Ofiara leżała nieruchomo, nieświadoma
tego co za chwilę się stanie.
Lunął rzęsisty deszcz. Krople spadające z
nieba były bolesne dla ciała, mimo to Roch
wciąż śpiewał. Ulewa nie trwała zbyt długo.
Po około dwóch minutach jedyną oznaką ulewy
była mokra trawa. Nie rozjaśniło się jednak.
Roch zamilkł na moment. Wydawało się, że zbiera
siły. Wreszcie krzyknął ile sił w piersiach.
Z czarnej chmury wiszącej nad kręgiem runął
wprost na ołtarz piorun. Przez moment nie
było nic widać. Gdy jednak blask zniknął dało
się zauważyć płonące czerwonym płomieniem
ciało ofiary. Ogień błyskawicznie obrócił
ciało w proch. Roch ponownie krzyknął. Natychmiast
zerwał się silny wiatr, który spowodował,
że prochy uniosły się w powietrze i spokojnie
opadły na ziemię, w której zniknęły bez śladu.
Światło talizmanu zgasło. Powietrze na polanie
było naelektryzowane i świeże jak po burzy.
Roch opadł wyczerpany na kolana, opuścił ręce
i z wyraźną ulgą i szczęściem na twarzy krzyknął:
- Dziękuję ci Gaju!!! Dziękuję, że wysłuchałaś
moich błagań i spełnisz moją prośbę!
regis
regis.regis@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|