Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: Willow ::::

Starzec



Ciemność. I to cudowne uczucie, mówię wam, jakbyś leciał. I co najlepsze, wcale nie czujesz swojego ciała. Choćby cię ktoś kopał, gryzł, szczypał, nic nie poczujesz. Tak, i to uczucie lotu. Kocham to. Tak, ciekawe, gdzie znajdę się tym razem, pomyślałem, zanim straciłem przytomność. Może w Paryżu. Zawsze chciałem pojechać (albo jeszcze lepiej, polecieć) do Paryża. Oczywiście to było tylko marzenie, a może głupia zachcianka, jedna z tych, o których marzymy sobie, ale wiemy, że to się nigdy nie spełni. Rozumiecie prawda? Nigdy nie wierzyłem, że pojadę do Paryża, ale jako dziecko zawsze lubiłem sobie pomarzyć, że wsiadam do pociągu do Paryża. Kiedyś nawet spytałem matkę, czy pojedziemy do Paryża. Wtedy, jeszcze żyła. Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała.
Może spotkam się z moją zmarłą dziewczyną Magdą. Odkąd zmarła strasznie się zmieniłem. Może to i fajnie by było ją zobaczyć, ale nie, nie chciałbym by zobaczyła mnie w takim stanie.

Te i miliony innych myśli tłukły mi się w głowie, jakby chciały ją rozerwać i wylecieć na wolność. Wyobraziłem sobie, jakby to musiało wyglądać. Chciałem się roześmiać, ale nie dałem rady. A gdzie ostatecznie wylądowałem? Ha, sam nie wiem, ale nigdy tam wcześniej nie byłem. Była to droga. Nie asfaltowa, ale droga z ubitej ziemi. Takie drogi często spotyka się na wsi, to znaczy, tak mi się wydaje, bo nigdy na wsi nie byłem. Droga biegła prosto i pod górę, więc nie widziałem dokąd prowadzi. Po lewej i prawej stronie stały domy, no wiecie te "jednorodzinne", jak je nazywała moja matka. Przez okno dostrzegłem jednego człowieka. Oglądał telewizję i popijał piwo, nie dostrzegłem jakie, ale taki kształt miały tylko puszki po piwie. Miał około czterdziestki, szary podkoszulek poplamiony w wielu miejscach i czarne spodnie. Podszedłem do płota, wyciągnąłem ramię na pełną długość i popukałem w szybę. Facet nawet na mnie nie spojrzał. I co mi pozostało? Ruszyłem drogą pod górę. Choć wspinaczka nie powinna być zbyt męcząca, to byłem coraz bardziej wyczerpany. Po drodze, w domach, zobaczyłem także innych ludzi. Ojca znęcającego się nad córką. Matkę zataczającą się od alkoholu. Matkę bawiącą się z małym dzieckiem. I choć myślałem, że w życiu zobaczyłem radość, to najwyraźniej się myliłem. Prawdziwa radość, taka, jakiej ja nigdy nie zaznałem, ani nawet nie widziałem wcześniej, malowała się na twarzy tego dziecka. Widziałem też innych ludzi, zupełnie przeciętnych, żyjących własnym życiem.

Nagle dostrzegłem zakapturzoną postać. Nie była w domu, jak tamte, w domu, tylko stała na drodze. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć twarz tego osobnika, nie nie mogłem jaj dostrzec. I wtedy ogarnął mnie strach. Nie wiedziałem dlaczego. Stanąłem. Nie mogłem zmusić się do następnego kroku. On na mnie patrzył. Czułem to. Pomyślałem, że on wie o moim strachu. I pewnie uśmiecha się kpiąco. Tak jak często uśmiechał się Tomek.

Kapturnik uniósł rękę pokazując na mnie. Potem odwrócił się i ruszył. Było dla mnie oczywiste, że chce, żebym szedł za nim, ale nie ruszyłem się z miejsca. On jakby to wyczuł. Odwrócił się do mnie. I wtedy przemówił głosem, takim, jakiego nigdy jeszcze nie słyszałem. Przeszył mnie dreszcz.
- Nie bój się. - efekt był odwrotny do zamierzonego. Bałem się jescze bardziej.
Zauważył to.
- To jeszcze nie koniec. - powiedział ostro - Skoro już tu trafiłeś to musisz to zobaczyć.
I ruszył. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia i spróbowałem się uspokoić. W końcu ruszyłem.
Szedł powoli, szybko go dogoniłem.
- Co chcesz mi pokazać? - spytałem.
Nie odpowiedział. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zauważył pytania. Szliśmy.
Od niechcenia przyglądałem się ludziom w oknach. Szybko się znudziłem. Zacząłem rozmyślać, gdzie prowadzi mnie ten zakapturzony człowiek. Doszedłem do wniosku, że zamierza mi pokazać wyjście. W końcu już trochę długo tu przebywałem i z pewnością nie zamierzałem tutaj nigdy wracać. Zresztą, pewnie i tak bym nie trafił. Nigdy nie byłem dwa razy w tym samym miejscu.
Kapturnik, jak nazywałem go w myślach, zatrzymał się. Czy to już koniec? - pomyślałem. Przecież droga się jescze nie skończyła. Kapturnik zdjął swój kaptur. Był mężczyzną, czego się spodziewałem po usłyszeniu jego głosu. Miał chyba z osiemdziesiąt lat, ale nie garbił się, ani nie używał laski. Nie miał żadnego zarostu, ale liczne zmarszczki, które dodawały mu powagi. Mimo wieku, nie miał tej nieprzytomności w spojrzeniu, jak u niektórych starców, których widziałem. Przyglądał mi się bardzo uważnie.
- Dlaczego się zatrzymaliśmy? - spytałem - Przecież to jeszcze nie koniec drogi prawda?
Starzec uśmiechnął się dobrotliwie, a ja zdziwiłem się, jak mogło mi przyjść do głowy, że ten sympatyczny staruszek może uśmiechać się kpiąco. Tylko ten głos...
- Nie, to jeszcze nie koniec - odparł - Koniec zależy od ciebie.
Nie miałem pojęcia o czym on mówi.
- Droga może skończyć się już teraz, może za trzydziesci lat. To zależy od ciebie, choć nie do końca. Nawet ja nie wiem, kiedy skończy się droga.
Nawet nie śmiałem mu przerwać.
- Widzisz, my mamy tylko niewielki wpływ na długość drogi. Możemy ją skończyć w każdej chwili, ale równie dobrze możesz zrobić to ty.
Zamilkł. Patrzył na mnie. Pomyślałem, że czeka na pytanie.
- C-co - zapytałem nieśmiało - chciałeś mi p-pokazać?
Starzec znów się uśmiechnął.
- Czy wiesz co to za miejsce?
- Nie - odparłem szczerze.
- Naćpałeś się, i pewnie myślisz, że to halucynacja - powiedział starzec ostro. - Ale mylisz się. Choć to miejsce nie istnieje, to jest symbolem.
- Symbolem? - spytałem. Nagle poczułem się dziwnie nierealnie. Miejsce zaczęło się rozpływać, ja traciłem ostrość wzroku. Zapadałem się w ciemność i znów leciałem. "Wracam" - pomyślałem.

Otworzyłem oczy. Widziałem jeszcze nieostro, ale wiedziałem, że jestem w swoim pokoju. Znajome ściany, znajome łóżko, znajome okno, znajoma lampa, znajome biurko. Usłyszałem wściekły głos mojego ojca. Jestem w domu, pomyślałem. Wstałem, przytrzymałem się krzesła, żeby nie upaść.
Symbol, niech mnie wszyscy diabli.



Willow




w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l