|
Starzec
Ciemność. I to cudowne uczucie, mówię wam,
jakbyś leciał. I co najlepsze, wcale nie czujesz
swojego ciała. Choćby cię ktoś kopał, gryzł,
szczypał, nic nie poczujesz. Tak, i to uczucie
lotu. Kocham to.
Tak, ciekawe, gdzie znajdę się tym razem,
pomyślałem, zanim straciłem przytomność. Może
w Paryżu. Zawsze chciałem pojechać (albo jeszcze
lepiej, polecieć) do Paryża. Oczywiście to
było tylko marzenie, a może głupia zachcianka,
jedna z tych, o których marzymy sobie, ale
wiemy, że to się nigdy nie spełni. Rozumiecie
prawda? Nigdy nie wierzyłem, że pojadę do
Paryża, ale jako dziecko zawsze lubiłem sobie
pomarzyć, że wsiadam do pociągu do Paryża.
Kiedyś nawet spytałem matkę, czy pojedziemy
do Paryża. Wtedy, jeszcze żyła. Uśmiechnęła
się, ale nic nie powiedziała.
Może spotkam się z moją zmarłą dziewczyną
Magdą. Odkąd zmarła strasznie się zmieniłem.
Może to i fajnie by było ją zobaczyć, ale
nie, nie chciałbym by zobaczyła mnie w takim
stanie.
Te i miliony innych myśli tłukły mi się w
głowie, jakby chciały ją rozerwać i wylecieć
na wolność. Wyobraziłem sobie, jakby to musiało
wyglądać. Chciałem się roześmiać, ale nie
dałem rady.
A gdzie ostatecznie wylądowałem? Ha, sam
nie wiem, ale nigdy tam wcześniej nie byłem.
Była to droga. Nie asfaltowa, ale droga z
ubitej ziemi. Takie drogi często spotyka się
na wsi, to znaczy, tak mi się wydaje, bo nigdy
na wsi nie byłem. Droga biegła prosto i pod
górę, więc nie widziałem dokąd prowadzi. Po
lewej i prawej stronie stały domy, no wiecie
te "jednorodzinne", jak je nazywała
moja matka. Przez okno dostrzegłem jednego
człowieka. Oglądał telewizję i popijał piwo,
nie dostrzegłem jakie, ale taki kształt miały
tylko puszki po piwie. Miał około czterdziestki,
szary podkoszulek poplamiony w wielu miejscach
i czarne spodnie. Podszedłem do płota, wyciągnąłem
ramię na pełną długość i popukałem w szybę.
Facet nawet na mnie nie spojrzał.
I co mi pozostało? Ruszyłem drogą pod górę.
Choć wspinaczka nie powinna być zbyt męcząca,
to byłem coraz bardziej wyczerpany. Po drodze,
w domach, zobaczyłem także innych ludzi. Ojca
znęcającego się nad córką. Matkę zataczającą
się od alkoholu. Matkę bawiącą się z małym
dzieckiem. I choć myślałem, że w życiu zobaczyłem
radość, to najwyraźniej się myliłem. Prawdziwa
radość, taka, jakiej ja nigdy nie zaznałem,
ani nawet nie widziałem wcześniej, malowała
się na twarzy tego dziecka. Widziałem też
innych ludzi, zupełnie przeciętnych, żyjących
własnym życiem.
Nagle dostrzegłem zakapturzoną postać. Nie
była w domu, jak tamte, w domu, tylko stała
na drodze. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć
twarz tego osobnika, nie nie mogłem jaj dostrzec.
I wtedy ogarnął mnie strach. Nie wiedziałem
dlaczego. Stanąłem. Nie mogłem zmusić się
do następnego kroku.
On na mnie patrzył. Czułem to. Pomyślałem,
że on wie o moim strachu. I pewnie uśmiecha
się kpiąco. Tak jak często uśmiechał się Tomek.
Kapturnik uniósł rękę pokazując na mnie. Potem
odwrócił się i ruszył. Było dla mnie oczywiste,
że chce, żebym szedł za nim, ale nie ruszyłem
się z miejsca. On jakby to wyczuł. Odwrócił
się do mnie. I wtedy przemówił głosem, takim,
jakiego nigdy jeszcze nie słyszałem. Przeszył
mnie dreszcz.
- Nie bój się. - efekt był odwrotny do zamierzonego.
Bałem się jescze bardziej.
Zauważył to.
- To jeszcze nie koniec. - powiedział ostro
- Skoro już tu trafiłeś to musisz to zobaczyć.
I ruszył. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia
i spróbowałem się uspokoić. W końcu ruszyłem.
Szedł powoli, szybko go dogoniłem.
- Co chcesz mi pokazać? - spytałem.
Nie odpowiedział. Sprawiał wrażenie, jakby
w ogóle nie zauważył pytania. Szliśmy.
Od niechcenia przyglądałem się ludziom w oknach.
Szybko się znudziłem. Zacząłem rozmyślać,
gdzie prowadzi mnie ten zakapturzony człowiek.
Doszedłem do wniosku, że zamierza mi pokazać
wyjście. W końcu już trochę długo tu przebywałem
i z pewnością nie zamierzałem tutaj nigdy
wracać. Zresztą, pewnie i tak bym nie trafił.
Nigdy nie byłem dwa razy w tym samym miejscu.
Kapturnik, jak nazywałem go w myślach, zatrzymał
się. Czy to już koniec? - pomyślałem. Przecież
droga się jescze nie skończyła. Kapturnik
zdjął swój kaptur. Był mężczyzną, czego się
spodziewałem po usłyszeniu jego głosu. Miał
chyba z osiemdziesiąt lat, ale nie garbił
się, ani nie używał laski. Nie miał żadnego
zarostu, ale liczne zmarszczki, które dodawały
mu powagi. Mimo wieku, nie miał tej nieprzytomności
w spojrzeniu, jak u niektórych starców, których
widziałem. Przyglądał mi się bardzo uważnie.
- Dlaczego się zatrzymaliśmy? - spytałem -
Przecież to jeszcze nie koniec drogi prawda?
Starzec uśmiechnął się dobrotliwie, a ja zdziwiłem
się, jak mogło mi przyjść do głowy, że ten
sympatyczny staruszek może uśmiechać się kpiąco.
Tylko ten głos...
- Nie, to jeszcze nie koniec - odparł - Koniec
zależy od ciebie.
Nie miałem pojęcia o czym on mówi.
- Droga może skończyć się już teraz, może
za trzydziesci lat. To zależy od ciebie, choć
nie do końca. Nawet ja nie wiem, kiedy skończy
się droga.
Nawet nie śmiałem mu przerwać.
- Widzisz, my mamy tylko niewielki wpływ na
długość drogi. Możemy ją skończyć w każdej
chwili, ale równie dobrze możesz zrobić to
ty.
Zamilkł. Patrzył na mnie. Pomyślałem, że czeka
na pytanie.
- C-co - zapytałem nieśmiało - chciałeś mi
p-pokazać?
Starzec znów się uśmiechnął.
- Czy wiesz co to za miejsce?
- Nie - odparłem szczerze.
- Naćpałeś się, i pewnie myślisz, że to halucynacja
- powiedział starzec ostro. - Ale mylisz się.
Choć to miejsce nie istnieje, to jest symbolem.
- Symbolem? - spytałem.
Nagle poczułem się dziwnie nierealnie. Miejsce
zaczęło się rozpływać, ja traciłem ostrość
wzroku. Zapadałem się w ciemność i znów leciałem.
"Wracam" - pomyślałem.
Otworzyłem oczy. Widziałem jeszcze nieostro,
ale wiedziałem, że jestem w swoim pokoju.
Znajome ściany, znajome łóżko, znajome okno,
znajoma lampa, znajome biurko. Usłyszałem
wściekły głos mojego ojca. Jestem w domu,
pomyślałem. Wstałem, przytrzymałem się krzesła,
żeby nie upaść.
Symbol, niech mnie wszyscy diabli.
Willow
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|