Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
 

:::: Andrew ::::

Dwie jarzębiny





Dwie jarzębiny, dwie pomarańczowe normalne jarzębiny. Tak zwyczajnie... naturalne. Tak prawdziwe. Z każdą chwilą te przysmaki dzikiego ptactwa rosły w moich oczach, aż ostatecznie przybrały rozmiary dorodnych pomarańczy. Spoczywały na czymś nieokreślonym. Dziwne, nie mogłem dostrzec nic poza tymi dwiema jarzębinami - ogarniała je pustka - a mimo to byłem przekonany, że leżą na czymś twardym i chropowatym. Próbowałem odwrócić wzrok, ale nie mogłem... byłem za słaby. Skupiłem się... i nic, mój wzrok wciąż spoczywał na wielkich jarzębinach. Wypełniła mnie nieuzasadniona panika. Czułem, że lada chwila ziemia się pode mną zapadnie, a do utworzonej przez to zjawisko otchłani zaczną się sypać wszystkie moje członki - kawałek po kawałku, aż w ostateczności przestanę istnieć.
Nagle poczułem się tak jakbym spadł z dużej wysokości, a moje ciało uderzyło z impetem o chodnik.
Otworzyłem oczy, wytarłem pot z czoła wierzchnią stroną dłoni, rozejrzałem się lękliwie po pokoju, po czym powieki same osunęły mi się na oczy. W głowie rozbrzmiewała tylko jedna myśl... "To był sen, to był tylko sen".

Tej nocy już nie spałem. Nie mogłem. Gdy tylko próbowałem zmrużyć oczy, natychmiast zarysowywał się przede mną obraz dwóch dużych owoców jarzębiny, a wraz z nimi pojawiał się lęk, który szybko ewoluował w przerażenie. Leżałem w bezruchu do wschodu słońca. Dopiero alarm zegarka wyrwał mnie z hipnotycznego stanu, w którym uwolniłem się od wszelkich myśli. Nagrodziłem go za to porządnym kopniakiem - rozsadzające czaszkę dzwonienie ustało, nareszcie mogłem wstać.

Poranna toaleta, śniadanie, jazda autobusem do szkoły - standard.
Dzień jak co dzień, tylko, że z matmy dostałem pałę. A co tam, jutro ją poprawię. Mam jeszcze dużo czasu. Magda obraziła się na mnie za wczorajszy wieczór. Nawet nie pobiegłem za nią by przeprosić. Zresztą... mam jeszcze dużo czasu - jutro to zrobię. Nie raz już robiła takie sceny, po nich zawsze następowały miłe przeprosiny i oboje byliśmy szczęśliwi.
Zgłosiłem się do referatu z geografii, pomyślałem, że przydało by się wpaść w związku z tym do biblioteki po szkole... a może jutro, w końcu referat muszę oddać za tydzień, mam jeszcze mnóstwo czasu.
Na historii jak zawsze dostałem opieprz, za... no właśnie, za nic! Gdy sprawdzała obecność i dojechała do numeru 16, odpowiedziałem, że go nie ma. "Co go nie ma, gdzie go nie ma, to jest cyrk!" - czasami sądzę, że ona ma coś z głową.

Po szkole wstąpiłem do kafejki internetowej...
Dostałem wiadomość od... od...
Nie wierzę! Boże ja chyba śnie! CKM wydrukuje mój felieton!... Wiedziałem, że kiedyś mi się uda! Wysłałem e-maile do wszystkich znajomych by pochwalić... to znaczy, podzielić się tą wspaniałą nowiną. Heh, mój art w takiej gazecie... Natychmiast biorę się do pisania następnego. Albo nie, teraz jestem zbyt podekscytowany, lepiej poczekam, mam jeszcze dużo czasu na sukcesy.

Wyszedłem z kafejki najdumniej jak tylko umiałem, chciałem by każdy widział, że jestem w dobrym humorze, że coś mi się w życiu udało. Wiem! Zadzwonię do Magdy, ona musi się o tym pierwsza dowiedzieć. Szkoda, że nie mam komórki, tak bardzo jak nienawidziłem tego urządzenia, tak mocno go teraz potrzebowałem. Miałem kartę telefoniczną, ale po co marnować impulsy. Mam jeszcze dużo czasu na wykonanie tego telefonu, zrobię to jak przyjdę do domu.

Duma rozsadzała mi pierś, w myśli wirowały rozszalałe słowa jakimi chciałem powiedzieć o mym osiągnięciu Magdzie - "słuchaj, sorry, że, ja, ty, chamsko, wczoraj, może ja też trochę, ale CKM OPUBLIKUJE MÓJ ARTYKUŁ!!!". Tak rozmarzony szybkim krokiem zmierzałem w stronę domu. Minąłem witrynę sklepu komputerowego.

Z pogardą spojrzałem na przybyłe wspomnienie o byciu informatykiem w przyszłości. Teraz chcę być dziennikarzem! To bardziej realne niż perspektywa ślęczenia przed monitorem, by wykarmić rodzinę.
Tak, to właśnie to co chciałbym robić - pisać. Nie żadne opowiadania, nowele, powieści, poradniki, czy arty o niczym. Chcę pisać felietony i artykuły z prawdziwego zdarzenia. Uśmiech, który zawitał na mych ustach utrzymywał się do momentu, kiedy nie minąłem murku przy pobliskim sklepie...
Tak, to by było życie, robiłbym to o czym zawsze marzyłem w najskrytszych snach. Witryny sklepów migały mi w kącie oka. Zwolniłem kroku.
Może wysłałbym coś do Dziennika Zachodniego? Mam całkiem niezły artykuł o policjancie z prewencji, który był "zomolem" - dobrze mieć czarną owcę w rodzinie.

Wszedłem po schodach...
Ach, świetnie! Mój artykuł w CKM-ie!
Przejście dla pieszych...
Mój!
Czerwone światło...
Artykuł!
Środek pasów...
W CK...
Trąbienie Tira można było słyszeć nawet na sąsiedniej ulicy, gwizd rozcinanego przez jego potężną sylwetkę powietrza trafił do moich uszu szybciej niż krzyk kobiety w zielonej kurtce.

Stalowy potwór dosłownie zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Moje połamane ciało rozłożyło się jak naleśnik na masce olbrzyma. Nagle Tir gwałtownie zahamował. Odrzuciło mnie kilka metrów przed niego, a jeszcze kilka poturlałem się bezwładnie zataczając w powietrzu koliste ruchy rękoma.
Moja postać niczym rzucona o podłogę szmaciana laleczka jeszcze kilka centymetrów przesunęła się po asfalcie, krew pociekła z rozdartych, poszarpanych ran. Głowa odskoczyła na bok, a skroń spoczęła na chropowatej, twardej materii. Martwe już oczy uwięziły wzrok na leżących przede mną - o kilka centymetrów - dwóch jarzębinach...

Dlaczego przypominają mi pomarańcze?... Ach, to przez percepcję wydają się takie duże...
Ja to już chyba gdzieś widziałem...
Zastanowię się później... mam jeszcze dużo czasu.



Andrew

andreandrew555@wp.pl


w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l