|
Dwie jarzębiny
Dwie jarzębiny, dwie pomarańczowe normalne
jarzębiny. Tak zwyczajnie... naturalne. Tak
prawdziwe. Z każdą chwilą te przysmaki dzikiego
ptactwa rosły w moich oczach, aż ostatecznie
przybrały rozmiary dorodnych pomarańczy. Spoczywały
na czymś nieokreślonym. Dziwne, nie mogłem
dostrzec nic poza tymi dwiema jarzębinami
- ogarniała je pustka - a mimo to byłem przekonany,
że leżą na czymś twardym i chropowatym. Próbowałem
odwrócić wzrok, ale nie mogłem... byłem za
słaby. Skupiłem się... i nic, mój wzrok wciąż
spoczywał na wielkich jarzębinach. Wypełniła
mnie nieuzasadniona panika. Czułem, że lada
chwila ziemia się pode mną zapadnie, a do
utworzonej przez to zjawisko otchłani zaczną
się sypać wszystkie moje członki - kawałek
po kawałku, aż w ostateczności przestanę istnieć.
Nagle poczułem się tak jakbym spadł z dużej
wysokości, a moje ciało uderzyło z impetem
o chodnik.
Otworzyłem oczy, wytarłem pot z czoła wierzchnią
stroną dłoni, rozejrzałem się lękliwie po
pokoju, po czym powieki same osunęły mi się
na oczy. W głowie rozbrzmiewała tylko jedna
myśl... "To był sen, to był tylko sen".
Tej nocy już nie spałem. Nie mogłem. Gdy tylko
próbowałem zmrużyć oczy, natychmiast zarysowywał
się przede mną obraz dwóch dużych owoców jarzębiny,
a wraz z nimi pojawiał się lęk, który szybko
ewoluował w przerażenie. Leżałem w bezruchu
do wschodu słońca. Dopiero alarm zegarka wyrwał
mnie z hipnotycznego stanu, w którym uwolniłem
się od wszelkich myśli. Nagrodziłem go za
to porządnym kopniakiem - rozsadzające czaszkę
dzwonienie ustało, nareszcie mogłem wstać.
Poranna toaleta, śniadanie, jazda autobusem
do szkoły - standard.
Dzień jak co dzień, tylko, że z matmy dostałem
pałę. A co tam, jutro ją poprawię. Mam jeszcze
dużo czasu. Magda obraziła się na mnie za
wczorajszy wieczór. Nawet nie pobiegłem za
nią by przeprosić. Zresztą... mam jeszcze
dużo czasu - jutro to zrobię. Nie raz już
robiła takie sceny, po nich zawsze następowały
miłe przeprosiny i oboje byliśmy szczęśliwi.
Zgłosiłem się do referatu z geografii, pomyślałem,
że przydało by się wpaść w związku z tym do
biblioteki po szkole... a może jutro, w końcu
referat muszę oddać za tydzień, mam jeszcze
mnóstwo czasu.
Na historii jak zawsze dostałem opieprz, za...
no właśnie, za nic! Gdy sprawdzała obecność
i dojechała do numeru 16, odpowiedziałem,
że go nie ma. "Co go nie ma, gdzie go nie
ma, to jest cyrk!" - czasami sądzę, że ona
ma coś z głową.
Po szkole wstąpiłem do kafejki internetowej...
Dostałem wiadomość od... od...
Nie wierzę! Boże ja chyba śnie! CKM wydrukuje
mój felieton!... Wiedziałem, że kiedyś mi
się uda! Wysłałem e-maile do wszystkich znajomych
by pochwalić... to znaczy, podzielić się tą
wspaniałą nowiną. Heh, mój art w takiej gazecie...
Natychmiast biorę się do pisania następnego.
Albo nie, teraz jestem zbyt podekscytowany,
lepiej poczekam, mam jeszcze dużo czasu na
sukcesy.
Wyszedłem z kafejki najdumniej jak tylko umiałem,
chciałem by każdy widział, że jestem w dobrym
humorze, że coś mi się w życiu udało. Wiem!
Zadzwonię do Magdy, ona musi się o tym pierwsza
dowiedzieć. Szkoda, że nie mam komórki, tak
bardzo jak nienawidziłem tego urządzenia,
tak mocno go teraz potrzebowałem. Miałem kartę
telefoniczną, ale po co marnować impulsy.
Mam jeszcze dużo czasu na wykonanie tego telefonu,
zrobię to jak przyjdę do domu.
Duma rozsadzała mi pierś, w myśli wirowały
rozszalałe słowa jakimi chciałem powiedzieć
o mym osiągnięciu Magdzie - "słuchaj, sorry,
że, ja, ty, chamsko, wczoraj, może ja też
trochę, ale CKM OPUBLIKUJE MÓJ ARTYKUŁ!!!".
Tak rozmarzony szybkim krokiem zmierzałem
w stronę domu. Minąłem witrynę sklepu komputerowego.
Z pogardą spojrzałem na przybyłe wspomnienie
o byciu informatykiem w przyszłości. Teraz
chcę być dziennikarzem! To bardziej realne
niż perspektywa ślęczenia przed monitorem,
by wykarmić rodzinę.
Tak, to właśnie to co chciałbym robić - pisać.
Nie żadne opowiadania, nowele, powieści, poradniki,
czy arty o niczym. Chcę pisać felietony i
artykuły z prawdziwego zdarzenia. Uśmiech,
który zawitał na mych ustach utrzymywał się
do momentu, kiedy nie minąłem murku przy pobliskim
sklepie...
Tak, to by było życie, robiłbym to o czym
zawsze marzyłem w najskrytszych snach. Witryny
sklepów migały mi w kącie oka. Zwolniłem
kroku.
Może wysłałbym coś do Dziennika Zachodniego?
Mam całkiem niezły artykuł o policjancie z
prewencji, który był "zomolem" - dobrze mieć
czarną owcę w rodzinie.
Wszedłem po schodach...
Ach, świetnie! Mój artykuł w CKM-ie!
Przejście dla pieszych...
Mój!
Czerwone światło...
Artykuł!
Środek pasów...
W CK...
Trąbienie Tira można było słyszeć nawet na
sąsiedniej ulicy, gwizd rozcinanego przez
jego potężną sylwetkę powietrza trafił do
moich uszu szybciej niż krzyk kobiety w zielonej
kurtce.
Stalowy potwór dosłownie zmiótł mnie z powierzchni
ziemi. Moje połamane ciało rozłożyło się jak
naleśnik na masce olbrzyma. Nagle Tir gwałtownie
zahamował. Odrzuciło mnie kilka metrów przed
niego, a jeszcze kilka poturlałem się bezwładnie
zataczając w powietrzu koliste ruchy rękoma.
Moja postać niczym rzucona o podłogę szmaciana
laleczka jeszcze kilka centymetrów przesunęła
się po asfalcie, krew pociekła z rozdartych,
poszarpanych ran. Głowa odskoczyła na bok,
a skroń spoczęła na chropowatej, twardej materii.
Martwe już oczy uwięziły wzrok na leżących
przede mną - o kilka centymetrów - dwóch jarzębinach...
Dlaczego przypominają mi pomarańcze?... Ach,
to przez percepcję wydają się takie duże...
Ja to już chyba gdzieś widziałem...
Zastanowię się później... mam jeszcze dużo
czasu.
Andrew
andreandrew555@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|