|
Memento
...........PRZED..............
Kręte, ciemne schody jednej z wielu niemal identycznych kamienic
niepostrzeżenie kończyły się przy masywnych drzwiach, które
prowadziły wprost na emanującą radością, wypełnioną ludźmi
ulicę. Tory tramwajowe na brukowanej jezdni nieustannie
przekraczały dziesiątki osób, spieszących gdzieś nawet w piękne,
słoneczne dni - takie jak ten. Przechodnie, mimo pośpiechu,
zawsze zdołali wykrzesać z siebie iskrę uprzejmości - nawet
dla nieznajomych, wesoło się doń uśmiechając. Powszechna
wesołość panowała w mieście, buntując się przeciw tyranii
ponurych, dwu- i trzypiętrowych budynków oraz niemal zupełnego
braku roślinności. Ta zresztą miała i swoją oazę -
nieopodal, za skrzyżowaniem, gdzie znajdował się park ze
zdobioną fontanną pośrodku i ławkami dookoła niej. Tamże
ci, którzy zdołali znaleźć wolną chwilę, oddawali się
barwnej radości uwidaczniania swego nastroju.
Nieco odrapane z farby drzwi rozchyliły się z piskiem, po czym
wyłonił się zza nich niewysoki i szczupły mężczyzna - na
oko dwudziestopięcioletni - noszący ulubiony, dość
sfatygowany pulower i uprasowane spodnie. Słońce oświetliło
twarz o zadziornych, lecz sympatycznych rysach kiedy cała postać
wyłoniła się z zacienionego lokum. Księżyc przyświecał na
tors, a uliczne latarnie na sprężyste nogi.
Rodzice mężczyzny, których mieszkanie znajdowało się w owej
kamienicy, dali mu imiona na cześć jednego z największych mężów
stanu - Józefa Klemensa P. Po ojcu młodzieniec odziedziczył
charakterystyczny kształt nosa, a po matce głównie upór - co
przeszło również na jego młodszą siostrę, zwykle będącą
utrapieniem mamek. Poza tymi cechami nie wyróżniał się z tłumu
rówieśników, stanowiących większość mieszkańców uprzemysłowionego
miasta.
Krwiście czerwony tramwaj przeciął ulicę, obwieszczając swe
nadejście głośnym dzwonieniem. Józek spojrzał na niego
poniekąd odruchowo - od dzieciństwa lubił zarówno pociągi
jak i tramwaje, a podczas długotrwałej obserwacji ich nabrał
nawyku natychmiastowego reagowania na znajomy dźwięk. Zdołał
po nim poznać nawet numer linii. Czternastka. Jego ulubiona - o
najciekawszej trasie i z typowym, rozregulowanym dzwonkiem.
Skierował się znów w dół chodnika. Matka prosiła go, żeby
kupił w drogerii ryzę papieru, na co ten przystał z ochotą,
jako że ubóstwiał spacer malowniczą ulicą. Mijał kolejne,
odrapane ściany kamienic, drewniano-druciane ogrodzenia, skrzyżowania
ulic i kolorowe przystanki, a krajobraz ten - choć dobrze mu
znany - wciąż zachwycał kolorystyką i zróżnicowaniem. Stawał
czasem przy walcowatych słupach ogłoszeniowych, ot tak - ze
zwykłej ciekawości. Lubował się bowiem w poznawaniu nazwisk,
imion jak i nic nie mówiących adresów, co dziwiło zarówno
jego rodziców, jak i przyjaciół.
- Znowu to robisz? - usłyszał dochodzące zza pleców słowa.
Odwrócił się nagle i nerwowo.
- Tato? - zapytał, nie będąc pewnym co do tożsamości rozmówcy.
Słońce raziło go prosto w oczy, więc cała sylwetka
nieznajomego wydawała się rozmyta i niewyraźna.
- Znów patrzysz na te twoje ogłoszenia?
- Tak... - rzekł niespiesznie. - Tato... czy nie powinieneś być
gdzieś indziej?
- A to czemu? Wiesz, że zawsze lubiłem spacery. - oznajmiła
sylwetka, zdająca się pływać na tle nieba, dachów budynków
i pojedynczych cegieł niespełna metrowych murków, w których
zamieszkiwały myszy, szczury, a niektórzy z wrzaskiem mogliby
przysiąc, że i niedźwiedzie.
- Tak, wiem, ale...
- Co tam w domu nowego? - przerwał synowi, wypowiadając zdanie
równo z kolejnym przejazdem czerwonej "czternastki".
- No, Janka się ostatnio przewróciła... Nic jej nie jest.
Zaczęli iść wolno przed siebie, nie zwracając zupełnie uwagi
na barwne wystawy sklepowe, piszczące dzieci bawiące się w
bramach kamienic czy terkotanie samochodów.
- Przewróciła? Ha, ty też się przewracałeś, i to jak! Pamiętasz...
nie, pewnie nie pamiętasz jak raz rozbiłeś sobie kolano? Tak,
jakby to było wczoraj. Taki mały brzdąc, a szedł...
...szedł przed siebie, niepewnie lecz niesamowicie szybko
stawiając małe kroczki. Śmiejący się w głos rodzice łapali
bobasa, dla którego cztery ściany niezwykle wysokiego, żółtego
pokoju zdawały się zbyt małym wybiegiem. Mało brakło, a
uderzyłby to o dębową, potężną szafę, to znów o babciny
kredens. Dziecku nie podobało się to. Wiedziało, że chodzenie
jest łatwe - przecież biegał już dawno w szkole, a raz wygrał
nawet zawody w sztafecie - lecz i pielucha, i niewygodne, krótkie
nogi uniemożliwiały sprawne poruszanie się. Wkrótce, może
kilka minut, może sekundę, a może godzinę później, małego
Józka przestało dręczyć dziwne uczucie. Był jak każde
dwuletnie dziecko - miał niesamowite problemy z ustaniem w
miejscu, więc szarżował to do swej ciemnowłosej matki, to znów
do wąsatego ojca. Odwrócił głowę w stronę ogromnego okna,
zza którego dobiegał dźwięk dzwonka "czternastki".
Wpadł w silne, męskie ramiona, unikając upadku. Pomyślał, że
już dawno nie widział taty tak wyraźnie, z tak bliska.
Przyjrzał się jego błękitnym oczom, złamanemu nosowi, wąskim
ustom i wygładzonej fryzurze. Nie dostrzegał niczego innego;
nie zwracał uwagi na matkę, mówiącą coś niezrozumiałego i
krzątającą się po pokoju bezcelowo. Tak, myślę że dokładnie
tak...
- ...to wyglądało, chyba że się mylę? - Ewa z uśmiechem
spojrzała Józkowi w oczy. Przygładziła swe kręcone włosy i
przechyliła głowę, czekając na odpowiedź.
Młodzian wzruszył ramionami, wpatrując się w piękno otaczającego
ich lasu. Soczysta trawa i zielone drzewa z pomarszczoną korą
zasłaniały niebo, a jedynie znikoma liczba pojedynczych promyków
słońca przebijała liściaste korony, tworząc niezwykłą poświatę
dokoła postaci. Dziewczynę otoczyła świetlista aura, podkreślająca
kształty unoszących się w powietrzu dmuchawców, targanych
przez wiatr i zataczającym w powietrzu kolejne bączki.
- Chyba tak. - odpowiedział, przyglądając się zielonym, głębokim
oczom. - Nie jestem pewny, nie pamiętam. Ojciec umarł tak dawno...
- Oj, a ty znowu... - powiedziała cicho Ewa z nutką
niezadowolenia w głosie. - Nie myśl wciąż o nim. Pamiętaj
go, pamiętaj jako... dobrego człowieka. Jako ojca. Ale nie łudź
się, że go zobaczysz. On nie żyje. Umarł.
Nie lubił tego tonu. Czuł w jej głosie nacisk, jaki gniótł
najgłębsze pokłady jego duszy. Ale nie mógł odejść; nie
chciał. W Ewie było coś znajomego, w nielubianym tonie też.
- Czemu mi to mówisz? - zapytał z wyrzutem.
- Przecież to tylko dla twojego dobra. - odpowiedź była zarówno
kojąca, jak i wypowiedziana dobitnie.
Szli niespiesznie udeptaną ścieżką, która mieniła się
wszystkimi barwami natury. Czerwone płatki róży i maku przesłaniały
brąz gleby, a równocześnie kontrastowały z niezapominajkami,
krokusami i żółtymi tulipanami. Od boków dróżkę ograniczały
kępy zielonej trawy, z której, w pewnym oddaleniu, wyrastały
ciemne pnie kasztanowców, dębów i białe, chude topole. Złote
wstęgi słonecznego blasku, przedzierające się przez zielone
zasłony nadawały krajobrazowi głębi i jednocześnie
niesprecyzowanej tajemniczości.
- Lepiej przyspieszmy. Muszę kupić papier dla mamy, a niedługo
zamykają sklep. - rzekł sucho, z wzrokiem utkwionym w horyzont,
Józek.
Ewa bez słowa zwiększyła tempo marszu.
- Idziemy sklepu tego Żyda? - spytała.
- Tak. A co?
- Też chcesz mieć taką drogerię, prawda?
Spojrzał na nią kątem oka.
- Tak - westchnął - ale wiesz, że nie będę jej miał.
Jego słowa zagłuszył dźwięk dzwonka dwóch wymijających się
"czternastek", pędzących przez ulicę, wzdłuż której
szli. Kamienice nic się nie zmieniły, pomyślał, wciąż tak
samo brudne i odrapane. Ludzie równie zabiegani i nieuprzejmi,
co rok temu, co dwa. Słońce wciąż schowane za chmurami dymu,
a ulewa wisi w powietrzu, wyczekując momentu, w którym jej opad
wywoła największy ból, strach i przygnębienie. Przenikające
się nastroje, płynące w powietrzu w postaci ciemnych kolorów,
spajały miękkimi nitami smutne płaty rzeczywistości.
- Nie mów tak, przecież marzenia mogą się spełnić. - Ewa
stanęła, starając się pocieszyć Józka.
- Mogłyby, ale nie teraz. Nie tutaj. - spojrzał prosto w jej
oczy. Zdziwiony, dostrzegł w nich ciepło i zrozumienie.
- Nie martw się, na pewno będzie lepiej. Wszystko będzie
dobrze, słońce znów wstanie a ty zapomnisz o czerwieni, szarości
i żółci.
Jakby na dźwięk jej słów chmury rozsunęły się, odsłaniając
złocistą tarczę na tle błękitnego nieba. Oświetlone budynki
nabrały kolorów; ulica ożyła, choć przechodnie zatrzymali się,
by podziwiać wspaniały pokaz umiejętności natury. Liście
parkowych drzew falowały na wietrze, woda w fontannie bryzgała
wesoło a ptaki wzbijały się chmarami w przestworza, po to
tylko, aby dać pokaz niezwykłych umiejętności manewrowych.
Zakręcały, pikowały w dół i wzlatywały ponownie, a zmęczone
siadały na gzymsach i parapetach. Obok psy próbowały naśladować
tę trudną sztukę, ale bez większych sukcesów. Jednemu co
prawda udało się przelecieć kilkadziesiąt metrów, ale zakończył
podróż pośrodku fontanny, co przebywający w pobliżu ludzie
skwitowali szczerym śmiechem. Zawstydzony zwierzak podkulił
ogon i schował głowę w piach, na co odpowiedzią były kolejne
salwy rechotu.
- Może masz rację... - rzekł powoli, obserwując harce kotów,
które przyłączyły się do zabawy. - Może wszystko się ułoży...
- Na pewno. - odparła, zbliżając swą twarz do jego twarzy. -
Trzeba mieć nadzieję... Nadzieję...
Zbliżyli swe usta. Oczy Józka wyłapały nagle kształt zbliżającej
się "czternastki". Czerwona maszyna rosła w oczach, a
wraz z nią znikały zwierzęta i nabierał mocy dźwięk dzwonka.
Przybierał na sile do momentu, w którym brzęczenie stało się
jednostajnym jazgotem, a uszy nie mogły już rozróżnić
poszczególnych uderzeń młoteczka o stal. Hałas przenikał do
samego umysłu, zagnieżdżał się w nim i powoli przebijał do
samej duszy. Nieposłuszne człowiekowi ciało zdrętwiało, a
następnie skuliło się z przerażenia i bezsilności.
Gwizd był nie do zniesienia. Powieki zaciśnięte przez sen
uniosły się, lecz światło oślepiło przyzwyczajone do ciemności
oczy. Józek widział jedynie świetlistą plamę, lecz czuł
znacznie więcej. Odrętwienie powodowało, że nie mógł się
ruszyć, choć odczuł, że tłok zelżał. Ktoś nadepnął mu
na rękę, to znowu kopnął w klatkę piersiową. Inna osoba
przetoczyła się po nim, przesłaniając chwilowo potworną
jasność, w sam raz aby móc dostrzec spojenia zbutwiałych, ściennych
desek.
Rozdzierający gwizd ustał, a jego miejsce zajęły niezrozumiałe
pokrzykiwania i wrzaski. Mgła sprzed oczu nieco ustąpiła, a
zastane mięśnie zaczęły współpracować ze zmęczonym umysłem.
Józek poruszył się niezgrabie, przetarł twarz i wstał. Wciąż
nie odzyskał wzroku na tyle, żeby rozróżniać mniejsze kształty,
lecz przypomniał sobie gdzie się znajduje.
Wagon kolejowy był ciemny, ciasny i wilgotny. Wewnątrz było
duszno, a leżący na sobie wychudzeni, nieraz okaleczeni ludzie
nie mieli siły aby wydać z siebie choćby jęk. Czerń desek
zlewała się z ciemnością, absorbującą wynędzniałych pasażerów
i stającą się ich częścią. Jakaś postać chwytała kolejne
ciała za przeżarte chorobą kończyny i wywlekała na zewnątrz,
mówiąc coś niezrozumiałego i otrzepując ubrudzony krwią
zielony uniform
Józek poczuł szarpnięcie, a w chwilę potem łapczywie
zaczerpnął haust świeżego powietrza. Zwarł powieki, aby niedługo
na powrót je otworzyć, zaraz po tym jak poczuł silne uderzenie
w twarz. Szczęka odrętwiała; do ust napłynęła krew,
wydostając się poprzez ich kąciki i ściekając wąską strużką
wzdłuż brody. Omdlenie nadeszło szybko i niespodziewanie. Ocknął
się również znienacka.
Leżał na przykrytej brezentem pace ciężarówki, obserwując
podobnych sobie pasażerów. Nie miał siły podnieść się.
Spoglądał na przesuwające się chmury, a drżenie jego
odzianego jedynie w cienką koszulę ciała łączyło się z drżeniem
skaczącego na wybojach pojazdu.
Podróżował tak całą wieczność, a może tylko kilka minut.
Stracił poczucie czasu, lecz nie martwiło go to. Cieszył się
widokiem przestworzy, chmur i ptaków. Tylko raz ten radosny
obraz został przesłonięty - przez sklepienie bramy, na którym
zdołał odczytać trzy słowa. Arbeit Macht Frei.
* * *
.............PODCZAS.......................
Brązowe błoto wpadało za kołnierz, przez rękawy i do butów.
Koszula i spodnie przemokły; nie pozostało na nich ani jedno
suche miejsce. Przejmujące zimno powodowało drgawki i szczękanie
zębów, a padający cały czas rzęsisty deszcz niemal zawisał
w powietrzu, utrudniając oddychanie.
Pokręcił głową, rozciągając zdrętwiałe i obolałe mięśnie.
Spojrzał w kierunku wschodzącego słońca, które leniwie
wspinało się na stalowoszary nieboskłon, przyświecając przy
tym blado i przypominając mu, jak bardzo jest zmęczony. Nie spał
od dwóch dni, podobnie jak inni. Nie pozwalały na to ani miękkie
ściany okopu, z ciągle osuwającymi się zwałami gliny, ani
smród rozkładających się, namokłych ciał, podziurawionych
parę dni temu i spoczywających teraz w specjalnie dlań
wykopanych dołach. Chociaż do tego jednego dało się przywyknąć.
Kiedy zwymiotowało się te resztki jedzenia, jakie miał w
ustach pół tygodnia temu, fetor stawał się nierozerwalną częścią
szarej masy, która była tutaj jedynym widokiem. Zmysły
akceptowały odrażający zapach, gdyż przenikał on człowieka,
wtapiając się weń.
Kątem oka zerknął na tych, którzy skryli się pod rozłożoną
nad szerokością dołu zieloną płachtą z brezentu, powiewaną
nieustannie i walczącą z okrutnymi smaganiami wiatru. Nie
zazdrościł im. Już nie. Miał dziwne uczucie, że lodowate
krople są jedynym bodźcem pobudzającym serce do działania -
czego pragnął jak żadnej innej rzeczy. Mimo przesądzonej
sytuacji, mimo przebywania na straconych pozycjach - wola życia
wzbierała z każdą chwilą. Nie przeszkadzały jej choroby, nie
przeszkadzały trupy czy zrezygnowanie. Tkwiła gdzieś wewnątrz
człowieka, prawdopodobnie każdego z zapomnianego okopu.
Wiatr zagwizdał wysokim tonem w głębokim, nieskończenie długim
i zawalonym błotem rowie, porywając brezent spod przytrzymujących
go kamieni. Jeden z lokatorów suchej dotąd jamy, desperacko
machając rękami starał się schwycić ulatujący dach, lecz na
próżno. Głowa innego żołnierza, skulonego i przytulonego do
długiej, drewnianej kolby karabinu, opadła bezwładnie na ramię
pchnięta wichrowym powiewem.
Spoglądał znów na swe buty. Początkowo czarne, teraz przybrały
kolor taki sam jak reszta ubrania. Kolor błota, oblepiającego
całe ciało, co jakiś czas zmywanego przez nagłą ulewę.
Nałożył hełm na głowę hełm, wpierw wylewając z niego
zmieszaną z potem glinę. Wsłuchał się w niewyraźny,
przerywany dźwięk muzyki, jaki dotarł do jego uszu z oddali.
Ktoś uruchomił znaleziony kilka tygodni temu w zrujnowanym mieście
gramofon. Melodyjny głos śpiewaczki operowej zabrzmiał
groteskowym echem, po czym uleciał w dal, śmigając przez
zadeptane pole pełne połamanych kłosów, będące jedynym
widokiem dla nielicznych wychylonych z okopu. Dźwięk oddalił
się aż po idealnie równy horyzont, stykający żółto-zieloną
linię pooranej ziemi z szarym niebem, pokrytym fałdami
masywnych chmur.
Przypomniał sobie podobne niebo. Z okna kamienicy, w której
mieszkał, w pochmurne dni roztaczał się podobny widok. Patrzył
nań wraz z ojcem, kiedy skończył mu pomagać w sklepie. Matka
napiekła czasem macy, więc wszyscy siadali przez szybą i
podziwiali twory zasmuconej matki natury. Nie przypuszczał
wtedy, że weźmie udział w wojnie. Miał nadzieję, że nigdy
do niej nie dojdzie.
Ktoś popchnął go, kierując się w kolejne rozstaje pajęczyny
rowów. W pośpiechu potykał sie i łapał ściany dołu, zwalając
do środka kolejne masy błota. Jego mundur nie był tak
zabrudzony jak u innych. Zielony i czarny materiał kontrastował
z jasnym brązem wszechobecnej mazi, klejącej się do
wszystkiego. Nowy musiał przybyć niedawno - i to wywołało
zainteresowanie u wszystkich. Żołnierze domyślali się, kto i
w jakim celu tu przybył. Obawiali się tego.
Serce przyspieszyło rytm. Krew buzowała wewnątrz ciała, naprężając
żyły na dłoniach i szyi. Ręce drżały bardziej niż zwykle.
Nie chciał walczyć; nie chciał brać udziału w tej wojnie. To
nie była jego wojna.
Leżący podnieśli się nerwowo, słysząc cichy skrzyp dobiegający
z oddali, przypominający nienaoliwione drzwi stale otwierane i
zamykane przez wietrzne podmuchy. Przytrzymując hełmy,
wynurzyli się za błotny próg, a ich oczy skokowo przemknęły
po linii horyzontu. Powieki mrugały, czy to ze zdziwienia, czy
też w celu usunięcia nawiewanego piachu.
Za nielicznymi kołyszącymi się kłosami żyta, wyrastającymi
spomiędzy ciemnego błota i wyrwanych kęp zgniłej trawy; pod
pofałdowanym, stalowym nieboskłonem z którego bezustannie
opadały na ziemię strugi wody; przed rysującymi się we mgle,
ledwie dostrzegalnymi i bardzo oddalonymi szczytami górskimi
rysowała się nieskończenie szeroka, mroczna linia. Powoli
niewyraźne kształty powiększały się, tak jak dudniąco-skrzypiący
odgłos przybierał na sile. Z czasem dołączyły do niego odgłosy
deptania mokrego błota, wymieszanego ze zniszczonymi roślinami.
Wszyscy chwycili za broń, opierając lufy o ścianę okopu.
Wszyscy, ale nie on. Zacisnął dłonie, oddychając szybko i
nierówno. Cały drżąc, skulił się i wgniótł w podłoże.
Szeroko otworzył niewidzące oczy, a blada twarz zastygła w
napiętym bezruchu. Zatrważający dźwięk był coraz głośniejszy.
Kanonada rozpoczęła się. Słyszał ogłuszające odgłosy
eksplozji, stukoty karabinów, a na ciele czuł spadające z
nieba fontanny gleby, wzbijane przez wybuchy artyleryjskich
pocisków.
Czemu się tu znalazł?!
Do świadomości dotarł desperacki krzyk, po czym ciepła ciecz
zrosiła twarz. Ktoś upadł na wznak, a jego ciało obramowały
strugi karmazynowego płynu.
Ciałem sparaliżowanego przez strach mężczyzny targnęło; legł
na twarz, rozpościerając ręce. Powoli powrócił do dawnej
pozycji, wciskając się w błoto jak gdyby chciał się w nim
zanurzyć całkowicie.
Pisk ustał, a jego miejsce zajęły głuche, basowe uderzenia.
Zagłuszały nawet stukanie karabinów, stając się wkrótce głośne
nie do wytrzymania.
To nie jego wojna!
Niebawem wszystkie odgłosy zlały się w jeden, wspólny ryk,
wdzierając się do mózgu i szarpiąc go w destrukcyjnych wstrząsach.
Zakrył oczy rękoma. Hełm zsunął się z głowy, przez co
kolejne strugi rozgrzanej ziemi parzyły, spadając wprost na włosy.
Chciał krzyczeć, ale nie miał siły zmusić się do wydania
jakiegokolwiek dźwięku.
Hałas miarowo, powoli cichł, aż wreszcie ustał niemal zupełnie
dla ogłuszonego człowieka, opierającego się już swobodnie o
breistą, błotną ścianę.
Mężczyzna uniósł wzrok, kierując go na wyłaniającego się
zza krawędzi okopu żołnierza. Rozluźniony, podziwiał jego
zielono-brązowy mundur, lustrował czarny karabin z wystającym
z boku magazynkiem, mieszczącym kilkanaście okazji na śmierć.
Z dumą i w ciszy przyglądał się biało-czerwonej naszywce na
ramieniu. Jeśli miałby w tej wojnie uczestniczyć, nosiłby właśnie
taki uniform. Nie ten, który oblepiał go teraz, zmieszany z brązowym
błotem. Nie ten z niemieckimi insygniami, który zmuszony był
założyć w obozie.
Westchnął, z uznaniem patrząc na mierzącego ku niemu żołnierza.
Mrugnął, kiedy palec zaciskał się na spuście.
* * *
...............PO...................
Znowu bajkę? Przecież przed chwilą wam opowiadałam... No
dobrze, ale później musicie iść spać! Babcia też jest zmęczona,
wiecie?
No dobrze. O czym wam opowiedzieć... O Babie Jadze? Nie? To może
sami coś wymyślicie, dzieci?
O tatusiu...?
...
Dobrze. Nawet go nie znałyście... Więc... Był dość wysoki,
miał ciemne włosy... I zielone oczy. Zawsze mu mówiłam, że
na takie oczy panny mdleją. Dzięki nim poznał mamę. Lubił się
bawić, ale i dużo pracował. Leniwy był trochę, ale jego
babcia wybiła mu to z głowy. Gdyby żył, pewnie byłby teraz
znany i bogaty... Gdyby żył.
...
Może opowiedzieć wam o czymś innym...? Nie wiem, czy on żyje.
Zabrali go i gdzieś wysłali, nawet nie wiem gdzie... Na pewno
żyje. Kiedyś wróci do nas. Wtedy same zobaczycie.
...
Widziałyście, dzieci, w jakim pięknym mieście mieszkamy? Te
wszystkie budynki, tramwaje, samochody... Nie zawsze tak było.
Kiedy uciekaliśmy stąd, miasto wyglądało dość podobnie, ale
po powrocie wszystko zastaliśmy w strasznym stanie. Wszędzie
gruzy... naszego mieszkania już nie było! Wiecie, gdzie jest
sklep pana Wojtka? Ten z dużym oknem, z wystawą, gdzie mama
robi zakupy... Tam było najwięcej kamieni i musieli je wybierać
sami mężczyźni. Przyjechało nawet wojsko, żeby im pomóc.
Był w oddziale pewien chłopiec... Wacek... Przypominał mi
waszego tatę... Znałam go już wcześniej. Kiedy uciekaliśmy,
jak zrzucali bomby na miasto, Wacek pomógł jak noga utknęła
mi między kamieniami. O mało nie przygniotła mnie waląca się
kapliczka, ale on mi pomógł. Kiedy spotkaliśmy się ponownie,
mówił że bił się o to miasto. Razem z resztą wojska
odzyskali je i później pomogli odbudować...
A wiecie, gdzie jest kościół. Nie ten, do którego chodzimy,
ten większy, z wieżami i tymi ładnymi witrażami. Kiedy wróciliśmy,
nie miał jednej ściany. Chcieliśmy go szybko naprawić, więc
wszyscy zabrali się za wynoszenie kamieni. I wiecie, kto był
pod nimi? Niemiec! Leżał, przywalony przez cegły. Miał połamane
nogi i dziurę w brzuchu, wybitą przez belkę spadającą ze
stropu. Jak tylko go zobaczyli, kilku panów chciało go zabić,
ale przeszkodziłyśmy im. Wojna już się skończyła, ale chyba
niektórzy się z tym nie pogodzili.
Mielkowa zabrała go do siebie. Chcieli go oddać wojsku kiedy już
się wykuruje. Bali się co żołnierze mogą zrobić z
bezbronnym Niemcem. No i leczył się, a przy okazji nauczył mówić
trochę po naszemu, co by umiał powiedzieć co mu dolega. Pamiętam
go dobrze... Był blondynem, niskim, chyba był szeregowym bo nie
miał żadnych... tych... orderów i... medali. Na sobie miał
tylko mundur. Ale daliśmy mu nowe ubranie, bo ten zielony
uniform cały był się zniszczył.
Był całkiem miły. Wiecie, on też nie chciał walczyć w tej
wojnie. Po prostu musiał. Sam mówił o sobie, że był głupi.
My tak nie twierdziliśmy, ale on tak. Mówił, że to nie głupcy
wywołują wojny. Głupcy biorą w nich udział. Dlatego nie
chciał walczyć. Ukrył się w kościele i modlił, kiedy strzał
z czołgu zwalił na niego ścianę.
Kiedy żołnierz się leczył, umarł wasz dziadziuś. Przeżył
dwie wojny, a zabił go przejeżdżający samochód... Bóg jest
nieprzewidywalny, jak widać. Nie wiem tylko czemu kazał mu
patrzeć na te wszystkie okropności, skoro nie mógł nacieszyć
się spokojem ani przez chwilę. Wiecie, gdzie jest jego grób.
Na tym cmentarzu koło parku. Nie zapomnijcie odwiedzać dziadka
od czasu do czasu, jak już dorośniecie.
Niedługo po jego śmierci, Niemiec... o, przypomniałam sobie
jego imię. Na imię miał Ludwig. Wyzdrowiał na tyle, że mógł
chodzić. Już mieli wezwać wojsko, żeby go wzięło. Nikomu
nie mówcie, ale chcieli powiedzieć że go dopiero teraz znaleźli.
Nie mogli się przyznać że go trzymali, bo wiecie, pewnie by
ich za to ukarali. Nie wiem czemu mieliby ich karać, bo przecież
wojna już się skończyła, ale tak już jest.
Poszli po żandarmerię, a Ludwig dziękował za to, że mu
pomogliśmy. Zgromadziliśmy sie w jednym pokoju, żeby go pożegnać.
I wtedy ktoś wyciągnął nóż i zabił go. To był taki stary
sklepikarz; on już dziś nie żyje. Wiecie, że wtedy nikt nic
mu nie zrobił? Usprawiedliwiali go, bo zabił przecież Niemca...
Na wojnie za to odznaczali. Ale Pan Bóg pokarał go. Umarł na
zapalenie płuc zeszłej zimy. Pochowano go na innym cmentarzu niż
dziadka, i dobrze.
Ludwig miał pogrzeb, na którym zjawili się wszyscy mieszkańcy
kamienicy, oprócz zabójcy oczywiście. Wszyscy żałowali, że
ten człowiek zginął. Był lepszy niż niektórzy będący po
"naszej" stronie... Leży niedaleko dziadka. Może się
spotkali w niebie...
...
Śpicie?
...
Połóż się, Karolku. Śpij już, tak jak rodzeństwo. Możesz
spokojnie usnąć... Dzięki takim ludziom jak twój tatuś,
dziadek, Wacek i Ludwig. Doceń ich i nie zapominaj...
Military
militarypolice@wp.pl
w w w . s t o r y t e l l e r s . p r v . p l
|