PEARL JAM


Kapela określana jest najczęściej mianem zpesołu grunge'owego. A właściwie co to jest ten cały grandż? Na to pytanie odpowiedział Jeff Amenet(przyszły basista PJ):

"Pamiętam, że sięgnąłem po gitarę basową za sprawą punków, którzy przysięgali, że nigdy nie brali lekcji muzyki. Niewiedzą muzyczną, brak gotowych przepisów, brak barier, bycie, cholera, sobą - to w rocku jedyna droga prowadząca do czegoś orginalnego, czegoś niesamowitego, czegoś ważnego. I to właśnie to, co podoba mi się w grunge." Swoją drogą - świetna wypowiedź.

Jednak muzycy tegóż zespołu nie chcą być szufladkowaniu do określonego gatunku muzyki tylko ze względu na to iż pochodzą z Seattle (a to wiadomo - serce grunge'u). Wg mnie rzeczywiście nie są RASOWYM dzieckiem tegóż gatunku, niezbyt dużo w niej tych "brudnych", grandżowych kanonów. Niemniej nie oznacza to, że całkowicie odcięci są od muzyki, na której praktycznie się wychowali, a wręcz przeciwnie! Warto wspomnieć, że wszyscy członkowie grali wcześniej w różnych kapelach, które z grandżem miały baaardzo wiele wspólnego. I tak w projekcie Green River udzielał się Jeff Ament (jeden z moich ulubionych basistów :-) i przyszły gitarzysta PJ Stone Gossard. Ten zaś był przez niedługi okres członkiem kapeli The Ducky Boys. Po rozpadzie Green River (powód - kłótnia Amenta z tamtejszym gitarzystą&vokalistą Markiem Armem), Ament i Gossard w roku 1988 założyli zespół o nazwie Mother Love Bone, z ekscentrycznym vokalistą - Andym Woodem - na czele. Członkowie radzili sobie wręcz świetnie, kapela była znana i lubiana, wszystko układało się po ich myśli. Niestety idyllę przerwała tragiczna śmierć frontmana Andiego, który przedawkował heroinę. By oddać hołd Woodowi Ament, Gossard, Mike McCready (przyszły git. PJ, wcześniej grał w Schadow i Love Child), oraz Eddie Vedder (przyszły vokalista PJ) założyli zespół Temple Of The Dog, nagrali jedną jedyną płytę o nazwie identycznej jak nazwa zespołu. Śmierć charyzmatycznego rockmana była przełomem dla muzyków z nim współpracujących. Dla każdego z nich był to cios, tymbardziej iż zdawałoby się Andie radził sobie z nałogiem narkotykowym i nic nie wskazywało na to, że sprawy mają się aż tak źle...a jednak... Jak potoczyły się losy muzyków? Ament wstąpił do kapeli War Babies, Gossard i McCready spotykali się na próbach, czego owocem była kapela Love Child. Zwerbowali też do niej Amenta, który w końcu opuścił War Babies, oraz przyszłego pałkera PJ - Dave'a Krusena. Brakowało im tylko vokalisty....Tymczasem w San Diego przyjaciel kapeli, pierwszzy perkusista Red Hot Chili Peppers - Jack Irons zapoznał się z Eddiem, dając mu do przesłuchania kasetę, nagraną przez Love Child. Vedder zafascynowany muzyką jaką z niej usłyszał z miejsca nagrał trzy piosenki "Alive", "Once" i "Footsteps", a kasetę ze swoimi nagraniami odesłał do Seattle. Entuzjazm Gossarda i Amenta był niemniejszy po usłyszeniu kompozycji Vedera. W trybie natychmiastowym ściągneli go do siebie i zaczęli razem współpracę pod szyldem Mookie Blaylock. W 1991 r. podpisali kontrakt z wytwórnią Epic, mieli już gotowy materiał na płytę, chcieli tylko jeszcze zmienić nazwę gdyż ta - wzięta od imienia i nazwiska ich ulubionego koszykarza - nie mogła funkcjonować. Pomysłodawcą okazał się Eddie, który wpsominając swoją bacię Pearl i jej dżem z halucynogennych grzybków, postanowił połączyć te dwa wyrazy i tak powstał Pearl Jam.

Pierwsza płyta nazywała się "Ten". Nazwali ją tak m.in dlatego, że ich lider koszykówki nosił koszulkę z tymże właśnie numerem. Na tej płycie znajdziemy takie perły jak "Alive", "Black" (świetny tekst!), "Jeremy, "Even Flow", "Garden", "Once" (ze wspniałym intrem, coś jak w "Battery" Metalliki, najpierw spokojne tony, a później bardzo fajowy rff /gitarzyści, wiosła w łapki i się uczyć!/). Wg mnie jest to najbardziej klimatyczna i ogólnie najlepsza płyta PJ. Podczas zamieszania jakie trwało wokół nowowydanej płyty z zespołu odszedł perksusista Dave Krusen. Swoje odejście umotywował problemami z alkoholem, oraz odpowiedzialnością za jego nowo narodzone dziecko. Jego miejsce zajął Dave Abbruzzese z funkowej formacji Dr. Tongue. Logiem PJ został ludzik z podniesionymi rękoma zaprojektowany przez Amenta. Zespół miał się świetnie, koncertował z takimi gwiazdami jak Red Hot Chili Peppers, czy The Doors. Muzycy brali też udział w projektach pobocznych. Pearl Jam wraz z Cypress Hill nagrał piosenkę "The Real Thing", która ukazał się na krążku "Judgment Night". Eddie "dał głos" w dwóch utworach Bad Religion z płyty "Recipe for Hate" , a były to: "American Jesus" i "Watch It Die". Stone Gossard stworzył kapelę o nazwie "Brad", która to wydała jeden album pt: "Schame". Warto też wspomnieć o rywalizacji jaka w tamtym czasie panowała między Nirvaną a PJ. Kurt Cobain - lider Nirvany - przypisał sukces Pearl Jamu dokonaniom Nirvany. Uważał, że to dzięki nim świat zwrócił uwagę na Seattle i dzięki temu mogło wypromować się wiele kapel, ktore dotychczas pozostawały w ukryciu. Reasumując: płyta genialna, sprzedała się w wielu milionach egzemplarzy, przez bardzo długi czas goszcząca na pierwszych miejscach wszelakich list, bijąc popularnością nawet "Nevermind" Nirvany.

Przyszła pora na nowy album. W 1993 światło dzienne ujrzała płyta o nazwie "Versus" ("Vs"). Wydanie jej przesunięto o dwa miesiące ze względu na wejście kolejnej płyty Nirvany "In Utero". PJ nie chciał by ich płyta była wydana w tym samym czasie co i Nirvana, toteż zdecydowali się na opóźnienie. Płyta jest równie wspaniała jak ich pierwsze dzieło. Zawiera niesmowite kawałki...."Animal", "Go", "Daughter", "Indiferennnce".... Kapela nie zgodziła się na to, by sprzedaż płyt podrasować teledyskami, akcją promocyjną czy jakimkolwiek innym zabiegiem mającym cokolwiek wspólnego z komercją. I tak, mimo praktycznie zerowej promocji album sprzedał się niegorzej od "Ten'a". W tym czasie zdarzyło się wiele. Znamienną datą był dzień 5 kwietnia 1994 roku, kiedy to lider Nirvany popełnił samobójstwo (?) strzelając sobie Remingtonem w głowę. Eddie, mimo iż ich sotosunki nie były najlepsze czuł się przygnębiony. Innym ważnym, aczkolwiek niezbyt przyjemnym okresem był spór z firmą Ticketmaster, która była odpowiedzialna za bilety wstępu na koncerty. Okzazło się, że firma ta horendalnie zawyżyła ceny, wliczając strasznie wysoką opłatę prowizyjną. PJ był wprost zbulwersowany posunięciem Ticketmastera i odwołał wsyzstkie najbliższe koncerty. Kolejnym niemiłym faktem okazał się pociąg Eddiego do butelki. Coraz bardziej wpadał w nałóg i gdyby nie jego dziewczyna (Beth Liebling - wziął z nią pózniej ślub), któa wyperswadowała mu z głowy alkohol - mógłby już nie żyć.

Kolejnym etapem w historii PJ było ponowne wejście do studia nagraniowego w połowie 1994 roku. Jeszcze przed wydaniem nowej płyty z zespołu wyrzucono perkusistę Daev'a Abbruzzese'a. Powodem były kłótnie z pozostałymi członkami zespołu. Po wielu poszukiwaniach nowym nabytkiem został Jack Irons i jak się można domyślić - wstawił się za nim Vedder. Nowa płyta zwała sie "Vitalogy" i jej nazwa nawiązywała do grupy wędrującyh znachorów posiadającyh magiczne zdolności. W tym przypadku również nie zastosowano żadnych zabiegów komercyjnych (choć dla mnie osobiście produkcjia choćby skromnego teledysku nie jest zrazu oznaką oddania się w ręce komercji, no bo kto nie lubi zobaczyć ulubionej kapeli w jakimś klipie?). Płyta ta jest kolejnym dowodem na to, że PJ mają się dobrze. Naprawdę warto posłuchać "Not for you", "Bettermana" i całą resztę również.

"No Code" to kolejna płyta z twórczościa PJ. Trochę cichsza, może ciut mniej rzuca na kolana niż poprzedniczki, co nie znaczy, że mniej wartościowa. Jest poprostu dość mocno nasączona splinem. Wolne kawałki, melancholijny vokal....no cóż, ja właśnie m.in za to lubię Pearl Jam. Za to, że ich muzyka jak nikt inny potafić łączyć rockowe brzmienia z delikatnością śpiewania, z czego powstają kliamtyczne, nastrojowe ballady. Dla mnie to piękne... Jak nie słyszeliście "Smile" to żałujcie. Podczsas trasy koncertowej promującej "No code" genialna kapela z Seatlle zawitała do Polski. Koncert odbył się 1 listopada na warszawskim torwarze.

W 1998 roku płyta "Yeld" trafiła na półki sklepowe. Tymrazem członkowie PJ zdecydowali się podeprzeć sprzedarz sporą garścią wywiadów, bilboardami, plakatami, trasą koncertową...Płyta inna od poprzedniczki, już nie tak wolna. Tymrazem różnorodność i forma utworów sprawiła, że możemy ją po trosze przyłożyć do "Ten'a". Kawałki są doprawdy świetne - "In Hiding", "Given To Fly" (zwróćcie uwagę na świetny tekst!) , "No Way", "Faithfull" (jak kto umie grać na gitarze to niechże sobie zagra, bo to i fajne i proste na dodatek), no i niesamowite "Brain Of J.". Szkoda tylko, że w ostateczności niezdecydawali się stworzyć teeldysku do "Given To Fly", co mieli początkowo zrobić. Podczas trasy promującej "Yield" z powodów zdrowotnych Jacka Ironsa zastąpił Matt Cameron. Kilka miesięcy po wydaniu "Yelda" został nagrany materiał koncertowy na kolejną płytę pt."Live: On Two Legs". Zawiera ona 16 kawałków.

"Binaural" - maj, rok 2000 - następna płyta, kolejna dawka niesamowitej muzyki. "Nothnig As It Seems", "Rival", "Sleight Of Hand"....I tak dalej można by wymieniać aż do ostatniego utworu. Pearl Jam ma to do siebie, że czego by się nie tknął - już na wstępie jest to genialne, a co najmniej świetne. Podobną magiczną moc ma, a raczej miała niezniszczalna Nirvana...Te dwie kapele oprócz swoistych cech odróżniających je od reszty posiadają jakiś niewytłumaczalny magnetyzm, przez ich muzykę przbija jakieś transcedentalne światło, coś czego nie da sie dokładnie opisać słowami...

I przyszła pora na ich najnowszy krążek, zwący się "Riot Act", wydany w listopadzie 2002 roku, czyli niedawno. Płyta jest dobra, tylko... Czegoś mi na niej brakuje, czegoś co było w poprzednich płytach, a zabrakło tego teraz. Klimat tej płyty jest...właśnie! Może to o to chodzi, że PJ stracił po trosze ten magiczny, wyjątkowy klimat. Tylko tu nie chodzi o orygianlny klimat PJ, bo ten jak najbardziej został zachowany. Ale ta magia jakby trochę opadła. Właśnie słucham tej płyty....kawałek po kawałku...Mnie najbardziej do gustu przypadło "Save You" z ciekawym, chwytliwym riffem, przywołującym stare, dobre czasy. "I'm Mine" znałam już wcześniej, a zgrałam sobie kiedyś z internetu jako niepublikowany czy odrzucony utwór. Szczerze mówiąc brava dla nich, że postanowili wykorzystać ten sympatyczny kawałek na płytę i dodatkowo zrobili do niego teledysk. Fakt, nie jest on naszprycowany efektami, ale to tylko dodatkowy plus dla PJ. Za tę naturalnośc i bezpretensjonalność właśnie ich lubię. Bardzo intersujący jest "You Are". Ciekawy pomysł na brzmienie i fajnie zaśpiewany przez Veddera. "Get Right" kojarzy mi się z ogólnym brzmieniem "Sliver Slide Up" Nickelbecka. "Bu$hleaguer" to utwór o intersującym podkładzie, właściwie to wolna partia solowa, zagrana fajnym przesterem. Słuchając początek "Arc" można poczuć się jak w Kościele, bo i organy słychać, a sam Eddie śpiewa jakby jakiś psalm. To właściwie urywek nie piosenka. Hmmm, następny proszę... Końcowy kawałek zwie się "All Or None" i jest bardzo fajną, klimatyczną balladą . Słuchjąc jej czuję, że PJ jeszcze się nie wypalają, że jednak Eddie potrafi zaśpiewać jak dawniej, że reszta potrafi zagrać tak, jak robiła to kiedyś. Ballada jest cudowna, podobna klimatem trochę do "Black" z płyty "Ten".

PJ wybierając się w trase koncertową promujacą najnowszy album nie uwzględnili niestety Europy. Gdy ich zapytano o powód, wytłumaczyli się tym, iż chcieli sprawiedliwe odwiedzić wszystkie kraje. Gdy promowali "Bianural" ominęli wiele pańśtw i teraz chcieli to nadrobić. No cóż, przecież nikt nie będzie płakać, to był ich wybór, i właściwie im się nie dziwie.

Pearl Jam to dla mnie jedna z niewielu kapel potrafiących poprzez swoją muzykę tak mocno odziaływać na słuchaczy. Mieli coś z The Doors, którzy podobnie hipnotyzowali publiczność głównie za sprawą Jima Morissona, ale nie tylko. Wszystko było w równym stopniu ważne - muzyka, klimat i charyzmatyczny vokalista. Warto przypomnieć, że Vedder zagrał kiedyś koncert z The Doors. Członkowie tejże kapeli zadzwonili do Eddiego z prośbą o chwilową współpracę, a że Vedder Doorsów bardzo cenił toteż się zgodził. To musiało być niesamowite. Eddie grający z Doorsami, śpiewający piosenki Jima Morissona... Pearl Jam to legenda i niechaj tak już pozostanie... na zawsze...


© Villemo
supermag@poczta.fm