Scorpions - Moment Of Glory

Ocena: 5/10

The LasT Child

Rock i muzyka klasyczna jest tematem przerabianym wielokrotnie. Zaczęło się od Deep Purple, pomysł odświerzył się przez Metallikę i jej S&M, a po pewnym czasie zostaliśmy zasypani mnóstwem kiczu jakim jest np. płyta grupy Perfekt. Z albumem Moment Of Glory wiąże się dosyć ciekawa historia. Otóż na kilka lat przed wydaniem S&M Klaus Meine - wokalista Scorpionsów kontaktował się z Michelem Kamenem co do nagrania płyty z orkiestrą symfoniczną. Kamen odmówił, ale pomysł wykorzystał później z Metalliką. Scorpionsi urażeni, nagrali później płytę z Berliner Philharmoniker, która zagrała później parę koncertów z Metalliką! Tyle słowem wstępu. Płyta została nagrana w kwietniu 2000 roku. Dwa miesiące później Scorpionsi wystąpili jeszcze z orkiestrą na EXPO 2000 w Hannoverze. Co ważne ten co myśli, że w nagraniu brali udział tylko Scorpionsi i orkiestra, ten myli się. Do nagrań zostało zaproszonych wielu artystów, z których najbardziej znanym jest Zucchero.
Płyta zaczyna się powalająco. Hurricane 2000 to orkiestrowa wersja Rock You Like A Hurricane. Wykonanie to jest zadziwiające. Ten kto to słyszał ten wie o czym mówię. Następnie Moment Of Glory - piosenka przygotowana specjalnie na ten album. Krótko mówiąc jest ona beznadziejna. Jakiś pseudo wzniosły tekst, nudna, usypiająca melodyjka. To wszystko. Kolejne dwa utwory to Send Me An Angel - bardzo dobre wykonanie, w którym gościnnie zaśpiewał Zucchero powinno się to spodobać każdemu. Później hit nad hitami Wind Of Change i w tym momencie (chwały) chciałbym zakończyć tę recenzję. Szkoda po prostu źle mówić o takim zespole jak Scorpions. 
Pozostała część płyty jest po prostu nudna. Wyróżnia się jedynie Still Loving You, a reszta? Utwory instrumentalne są zagrane bez tak zwanego poweru - usypiają. W innych odnosi się wrażenie, że orkiestra gra sobie, a zespół sobie. Na S&M orkiestra była integralną częścią zespołu. tutaj jest jedynie wypełniaczem, robiącym intro lub jakąś wstawkę podczas refrenu. Czego najlepszym przykładem jest jeden z moich ulubionych utworów (oczywiście w wersji bez orkiestry) Big City Nights. Szkoda mi Ray'a Wilsona, który świetnie zaśpiewał ten utwór, bo to co słyszymy w tle woła o pomstę do nieba. Niedobrze mi się robi gdy słyszę to co gra orkiestra podczas refrenu. 
Ciężko jest napisać dla kogo przeznaczona jest ta płyta. Raczej tylko dla maniaków niemieckiej grupy oraz fanów takich eksperymentów, bo płyta jest naprawdę słaba.