Pink Floyd - "Dark Side of the Moon"
Równe trzydzieści lat temu od czasu, w którym piszę recenzję, czyli w marcu 1973, ukazała się płyta będąca kamieniem milowym w historii muzyki. "Dark Side of the Moon", bo to o niej mowa, osiągnęła do dziś imponujący wynik 30 milionów sprzedanych egzemplarzy.
Jej wyjątkowość, jak na tamte czasy, widać już po okładce. Przedstawia ona trójkątny pryzmat, rozszczepiający wiązkę światła na różnokolorowe promienie. Nie zawiera żadnych napisów, nie wyłączając nazwy zespołu.
Jest to płyta, w której talenty kopozytorskie całego zespołu, pomysłowość Watersa jako autora tekstów i gitarowa wirtuozeria Gilmoura stworzyły spójną całość, z której żaden utwór się nie wyłamuje. Jeden przechodzi płynnie w następny, nie uświadczycie tu ciszy pomiędzy piosenkami (jeśli "piosenka" jest odpowiednim słowem, by oddać potęgę tego dzieła). Wrażenia, jakie ta muzyka wywołuje na słuchaczu już za pierwszym razem, nie da się opisać słowami. To nie jest zwykła płyta. Nie odbiera się jej w zwykły sposób. Tego słucha się samą duszą. Trzeba położyć się wygodnie, zrelaksować i pozwolić tym pięknym dźwiękom płynąć... Bez "Ciemnej Strony Księżyca" świat nie byłby taki sam...
Gwoli przypomnienia dodam, że muzyka prezentowana przez Pink Floyd to art-rock. A recenzję dedykuję tym wszystkim, którzy uważają, że wysoka sprzedaż jakiegoś krążka decyduje o jego komercyjności. Czasami może to po prostu świadczyć o geniuszu... A nie znać tego dzieła to normalny wstyd. Warto kupić tę płytę teraz, gdyż z okazji trzydziestolecia jej premiery wytwórnia EMI wypuściła na rynek jej reedycję, która umożliwia odsłuchanie CD już nawet nie w kwadrofonii, lecz na sześciu głośnikach. Wrażenie niewątpliwie jest jeszcze większe.
Ocena: Nie mieści się w skali, ale niech będzie już to marne 10/10...
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl> |