KoRn "Life Is Peachy" by don_kamq
Mając przypadkiem urodziny (jak co roku, niesamowite) dostałem jako jeden z prezentów płytę cudownego zespołu KoRn. Jak się później okazało, gdy już uporałem się z nazwą na okładce, była to "Life Is Peachy". Moje uszy przez wiele następnych tygodni wsłuchiwały się w piski i zgrzyty pochodzące to z głośników to ze słuchawek w discmanie. Zakochałem się. Znowu. W płycie. Znowu. Nic nowego. Bo album jest naprawdę dobry, dobry jak dobry bóg ;)
A więc płytę otwiera utworek pod dość dużo mówiącą nazwą "Twist". Nie jest to jednak cover sławnego hitu Chubbiego Checkera, a taki krótki popieprzony utwór, gdzie w trakcie fajnego dosyć podkładu pan Jonathan udaje odgłosy sławnego Diabła Tasmańskiego z popularnej kreskówki. No dalej mamy utwór "Chi". Taki to typowy utwór kornowy jest. Motyw wzięty z powietrza basik, świerszczyk, dosyć wymowny refren w postaci wrzasku Hiva i gramy! Ciekawe jest takie cosik w srodku utworu, kiedy zmienia sie rytm i wszystko brzmi jak puszczane ze starego radia (towarzyszy temu charakterystyczny szum). Dalej mamy utwórek "Lost" zwanym. Na siłę to nawet podobny do poprzedniego, ale zwrotka jest ładniejsza. Ogólnie to mi się kojarzy z jakimś innym wymiarem. Dalej mamy fajnisty utwór "Swallow" (czyli "połykać"). Mi bardzo przypadł do gustu, może ze względu na zarąbisty motyw basowy i końcówkę. I teraz dosyć dziwny utwór zawierający się właściwie w dosyć ciekawym rytmie perkusyjnym, którym towarzyszą mało wyraźne jęki Davisa w tle. Dobrze się słucha. Potem mamy jeden z najlepszych utworów na płycie - czyli Dobrego PanBócka. Dalej mój ulubiony utwór i chyba najlepszy na tej płycie - "Mr. Rogers". Opowiada on o nienawiści Jonathana do swojego sąsiada (dosyć mocny tekst). Dalej mamy utwór, którego nazwa kojarzy mi się z gównem a sam utwór no nie wiem - kolejny o klasycznym schemacie utwór KoRna. Następna piosenka jest fajna i lepsza od poprzedniej. Ale już numer 10 to perełka. Jest to rapowany kawałek (przez Chino Moreno) z pałernym refrenem wyszczekanym przez Hiva. Dalej kolejny cover - króciutki utwór, gdzie swoje zdolności wokalne prezentuje sam Head (oooh shit!!!), towarzyszy mu kobza Jonathana (czy tam dudy). A potem mamy znany hicior o tajemniczej nazwie znanej firmy sportowo-dresowej :). Ale pod sławnym skrótem kryje się tekst zawarty w refrenie: "All Day I Dream About Sex". Piosenkę promuje dosyć fajny teledysk, gdzie zespół jest cały... martwy. Nazwa następnej piosenki znaczy po polskiem tyle co "swędzenie dupy". Ciekawe. A piosenka fajnista. Ostatni utwór to (znowu) dedykacja dla macochy Jonathan'a. Nie chcąc owijać w bawełnę Davis zatytułował utwór "Kill You". He, chłopak widać szczery. No a sama pioseneczka niczego sobie (końcówka podobnie jak w "Daddy" - Hiv płakusia). Jeśli wytrzymamy morderczą pozytywkę i poczekamy przy głośniku do 8 minuty utworu, usłyszymy taki tekst: "You're ready for the fuckin' miligay(?)", "Use theForce Luke", "Many use theForce 3PO". I "Twist" w wersji z samym wokalem. Ciekawe. No i tyle. Płyta bardzo dobra, z paroma potknięciami, ale jednak okej.
PIOSENKI: