Zespół: Immortal
Album: "Sons Of The Northern Darkness"
Wydawcy: Nuclear Blact / Mystic
Rok wydania: 2002
Ilość utworów: 8
Czas trwania: 48:13'
Ocena: 9+
Immortal zawsze należał do moich ulubieńców, tak więc na tę płytę czekałem z niecierpliwością. Gdy już się pojawiła, nowa wytwórnia Immortala zafundowała Norwegom taką kampanię reklamową, że spora część ludzi zaczęła posądzać Abatha i spółkę o... komercję. No comments. Co prawda sam nie przepadam za płytami, które są niewiadomo jak reklamowane, gdyż najczęściej okazują się niewypałem. Tu jednak nie ma mowy o tym, by powiedzieć złe słowo o płycie.

Pierwsze co widzimy po zakupie płyty to... okładka :). Na niej, jak zwykle mamy wszystkich członków zespołu z pełnym makijażem i osprzętem. Tylko raz na okładce Immortala było co innego i płyta (At The Heart Of Winter) była najdelikatniej mówiąc "taka sobie". Może ten cały rynsztunek i pomalowane ryje w dzisiejszych czasach wydaje się być jakiś wieśniacki (bez obrazy dla mieszkańców wsi), to jednak mi ten image się nadal bardzo podoba. 

A co nam Norwegowie oferują jeśli chodzi o muzykę? Przyznam, że oferują kawał cholernie dobrej roboty. Nie wiem, czy nie jest to najlepsza płyta Immortala. Wspaniałe, dość długie epickie utwory, które swą monumentalnością wprawiają w zachwyt. Utwory mimo, że są do siebie podobne... znacznie różnią się od siebie. Nie jest to już ten styl "Battles In The North". Owszem, jest siekano - masakra, jednak jest także kilka utworów, które są nieco wolniejsze. I bardzo dobrze, gdyż nie jest to ciągle ściana dźwięku i zmieniający się jedynie tekst "piosenek". Warto zauważyć, że nie doświadczymy tutaj żadnych klawiszy. 

Cały album trzyma bardzo wysoki poziom, wszystkie piosenki są bardzo dobre. Jest jednak jedna, która dla mnie jest wspaniała, wprost genialna; chodzi tu o "Tyrants". Mógłbym jej słuchać w kółko, mimo, że przez większą część utworu jest powtarzany ciągle ten sam "motyw" wygrywany przez Iscariaha na gitarze. 

Wszystkie teksty jak zwykle traktują o zimie, mrozie, lodzie, wojnach na północy i potworach biorących w nich udział. A wszystko to dzieję się w krainie wymyślonej przez zespół. Nie ma co, chłopaki mają niezłe facjaty, by wymyślić takie coś. Abbath natomiast oprócz pomysłowości ma wspaniały głos, który przeszywa loden niczym pocisk Sub-Zero. Jak wszyscy najwięksi wokaliści tak i on ma własny styl, rozpoznawalny chyba przez każdego fana Blacku.

Nie ma co tu dużo gadać. "Sons Of The Northern Darkness" jest wspaniałe i nie wyobrażam sobie fana Black Metalu, który by nie posiadał w swojej kolekcji tej płyty. Ciągle tylko się zastanawiam, czy ten album zasługuje na dziesiątkę, czy "tylko" na 9+. Chyba jednak jako całość na 9, a "Tyrants" na 10.


Lord of Gondor