Zespół: Darkthrone
Album: "Ravishing Grimness"
Wydawcy: Moonfog Productions / Mystic Production
Rok wydania: 1999
Ilość utworów: 6
Czas trwania: 37:40'
Ocena: 9
Zainspirowany naszywką na plecaku kumpla, spytałem się go kiedyś co to za zespół, gdyż za cholerę nie mogłem się rozczytać. Ten mi tłumaczy, że to Darkthrone, tacy kolesie z Norwegii. Ponieważ znudziła mi się Sepultura, a Behemoth mi jakoś nie podchodził, postanowiłem zakupić coś tego Darkthrona. Poszedłem do Music Mana (taki sklepik w Gdańsku) i powiedziałem kolesiowi w sklepie, że chcę coś Darkthrona. Ten mi pokazał co ma, a mnie najbardziej się spodobała... okładka Ravising Grimness. Całą historia działa się za dwa lata temu i były to moje początki z Blackiem. Czas jednak płynie, człowiek się kształci, wydaje kasę na inne dzieła i ma już wyrobioną opinię.

Nie ma co, płyta ma niezłą okładkę - ten las, ta morda... to logo. Ogólnie bardzo ładnie się prezentuje zewnętrznie. Przejdźmy jednak do tego, co najbardziej się liczy, czyli samej muzyki. Odpalam i tu się zaczyna balsam dla uszu... moich, bynajmniej nie rodziców. Podobnie jak na swoich poprzednich wydawnictwach, tak i tu, dźwięk nie jest specjalnie czyściutki, można to jednak uznać za zaletę. Nocturno Culto drze ryj niemożebnie, jakby na "sucho", przypominający bardziej wrzask niż skrzek. Gitara pracuje jak należy, nie jest to ściana dźwięku, można powiedzieć, że są nawet pewne melodie. Perkusja nieco schowana, jednak nawala ostro. Tempo tej płyty nie jest za szybkie. Nie jest to ten Dark Funeral czy Marduk, który zapieprza, że nie wiadomo czy to refren czy zwrotka. Po prostu - średnie tempo, sporo zwolnień, trafi się czasem króciutkie wyciszenie. Jeśli chodzi o utwory, nie mam tu faworyta. Wszystkie są bardzo dobre i trzymają równy poziom.

Mógłbym się przyczepić do jednego. Jak zobaczyłem ilość utworów to się zawahałem, czy kupić sobie tę płytę. Kurde co jest - sześć utworów? No ale niech będzie; dopiero później zobaczyłem po ile one trwają. Wcześniej byłem przyzwyczajony do np. 13 piosenek. Jednak po przesłuchaniu kilkunastu płyt Blackowych zrozumiałem, że te 40 (czasami niecałe) minut to wystarczająca ilość. 

Dobra, nie ma co się rozpisywać. Ta płyta to stary, dobry Darkthrone. Ma się uczucie, że słucha się tego w jakimś lesie rosnącym wokół fiordów Norwegii. Nie ma tu eksperymentów, nowinek - to po prostu taki sam materiał co na poprzednich płytach. Ostra nawalana w rytm której wrzeszczy Nocturno Culto. "Taki sam" jednak wcale nie znaczy zły czy nudny. Wręcz przeciwnie - bardzo dobrze, za co należy się dziewiątka.


Lord of Gondor