|
Szybko pijcie wino, a potem idźcie spać, śpijcie na zawsze... Muzyka wczesnego Deicide to szybki Death Metal z odrobiną szaleństwa, mocnym brzmieniem i dwoma nakładającymi się wokalami Glena Bentona, z których jeden przypomina blackowy skrzek a drugi coś pośredniego między deathowym growlem a bliżej niezydentifikowanym rykiem. Płyta "Deicide" jest to ich debiut wydany w roku 1990 przez Roadrunner Records. Większość utworów jest już znana z demówek, jakie zespół zarejestrował pod nazwą Amon. Płyta jest krótka lecz treściwa, zawiera około 30 minut szalonej jazdy bez trzymanki na pełnych obrotach. W Deicide nie ma zwolnień, nie ma niepotrzebnych melodii, klawiszy ani innych pierdół, nie ma też jakiś technicznych solówek znanych z płyt Death i Morbid Angel. Za to Deicide jest z tych trzech zespołów zdecydowanie najbardziej szalone i najbrutalniejsze. Najbardziej w muzyce tej bandy podoba mi się wokal Glena Bentona. Dziwny to jest gość, dziwne są i jego wokale. Ten sam pan obsługuje też bas i pisze teksty. Są one bardzo death metalowe, dotyczą one zagadnień śmierci, morderstw i Szatana, ogólnie rzecz biorąc napisane są dobrze i miło się je czyta. Najlepszym utworem na płycie jest "Lunatic Of God's Creation", który jest wręcz huraganem bruatalności, energia wylewająca się z głośników w tym utworze rozpieprzy wam mózgi, na dodatek utwór ten ma doskonały refren. Innym świetnym utworem jest "Carnage In The Tample Of The Damned" z intrem przedstawiającym przemówienie przywódcy jakieś sekty przed zbiorowym samobójstwem, które oczywiście przechodzi w szybki i energiczny Death Metal. Na uwagę zasługują też świetne riffy dwóch gitarzystów, którzy prywatnie są braćmi oraz perfekcyjna perkusja. Reasumując jest to jedna z najlepszych płyt w historii amerykańskiego brutalnego Death Metalu i po prostu klasyka, ale nie jest to najlepsze osiągnięcie. Prawdziwy antychryst dopiero miał nadejść, a imię jego Legion...
|