BRUCE DICKINSON "SCREAM FOR ME BRAZIL"
Poznań, godz. 15.32. Pokój. Nagle mych uszu dobiega dźwięk. Były to trąby. Nie słucham jazzu, więc szybko zerkam na okładkę. Pomarańczowa pirania na zielonym tle. Uspokoiłem się, już wiedziałem, że to tylko Bruce Dickinson.
W taki oto sposób rozpoczyna się jedna z lepszych płyt koncertowych, jakich miałem okazję słyszeć. Mowa tu o "Scr
eam For Me Brazil" znanego chyba artysty. Dla niewtajemniczonych: "scream for me" to jedna z ulubionych odzywek Bruce'a D.Jak album zaczynają trąby, to czy na pierwszy ogień może pójść coś innego niż "Trumpet Of Jericho". Tak też się dzieje. Pierwszą rzeczą jaka od razu uderza słuchacza to reakcja publiki. Jest ona niesamowicie zywiołowa. Zresztą Bruce zawsze podkreślał, że najbardziej lubi grać w Ameryce Południowej. Po blisko ssześcioipółminutowym wstępie, na tapetę pakuje się "King In Crimson". AAAAAAA
AA!!!!!!! Jaki to jest kawałek. Diabelnie dynamiczny i niezwykle melodyjny. Widać pana Bruce'a nie opuściły ciągoty do takiego trochę Ironowego grania, ale czy to wada??? Bynajmniej nie!!! Powiedziałbym, że to zaleta, ale nie tym się teraz zajmujemy. Po Królu czas na cytaty z Williama Blake'a(wokalista był mocno zainspirowany jego twórczością), a potem na "Chemical Weeding". Nie wiem czemu, ale nigdy nie mogłem się przekonać do tego utworu, więc wspomnę ze jest on tutaj zagrany bardzo dobrze, ot taki solidny kawałek, ale to co się dzieje potem... istna maestria w postaci "Gates Of Urizen". Kawałek ten to moim zdaniem jeden z lepszych w karierze Bruce'a. Spokojny wstęp, potem wchodzi druga gitara. Wszystko bardzo klimatyczne. Potem Bruce zaczyna śpiewać i jak zawsze robi to z niezwyłym uczuciem. W końcówce robi się trochę szybciej... marzenie. nastepny kawałek nie daje nam chwili wytchnienia. A jest nim "Killing Floor". O nim podobnie jak o "Book oOf Thel" nic napiszę nic innego jak, bardzo dobrze zagrane, z "żywą" publiką. Następuje przerwa i monolog Bruce'a o "fucking" drzwiach. Po tym jakże rozwijającym momencie czas na "Tears Of The Dragon", który po prostu powala. Natchniony wstęp. Potem robi się szybciej, aż do momentu drugiej bodajze solówy zagranej UNISONO. Tam się robi BARDZO szybko(jak na heavy oczywiście). Potem znowu zwolnienie, i tak dochodzimy do kolejnego, koncertowego killera, a mianowicie "Laughing In The Hiding Bush"(George???). Jest to coś takiego jak u Maidenów "Killers" właśnie, równie dobry, równie szybki. Bruce postanawia, nie dać nam szans na odpoczynek i serwuje coś co "Accident Of Birth" zowie się. I tu jeden z niewielu minuchów (minusów- to dla konserwatystów). W pierwszych chwilach następuje dziwne ni to wyciszenie, ni to wydra (szymon). Jakby po prostu nagłośnieniu siadło kilka "watów" czy innych "woltów", ale po tym przejściu robi się już dobrze i ani sekundy wytchnienia. Jest to moim zdaniem jeden z "be(a)stów" tej płyty. Ale pominąłem jede, karygodny minus. Otóż kawałek jest........(tam, tam, tam)...............(bum, bum, bum)...........(co tam jeszcze chcecie)... ZA KRÓTKI, tylko coś ok. 4.30, BUUEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!! Ale mówi się brudno i żyje się dalej. Potem "The Tower", w czasie, którego następuje pora na zabawy(???) z publicznością. Kawałek zagrany sprawnie, ale trochę bez polotu. No OK. solówa wymiata (unisono). Prezdostatnim kawałkiem jest "Dark Side Of Aquarius", który brzmi znacznie lepiej tu niż na "Accident Of Birth". Tego się nie da opisać, to trzeba usłyszeć. Na koniec Bruce serwuje nam "The Road To Hell" i idzie do domciu.Całość trwa jakieś 70 minut. Album ten ma naprawdę całą masę plusów, ale 2 najważniejsze to publika, która daje czadu, aż miło i oczywiście Bruce.
Jak dla mnie lepiej się tego zagrać nie dało, ale muszę przyznać, że jestem trochę bezkrytyczny wobec Bruce'a.
OCENA: 9+/10
P.s. Album ten można nabyć drogą wysyłkową w firmie Mystic za cenę 5 złociszy za MC!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
-TrashTrooper-