*** Soulfly w Stodole ***
(3.02.2003)
Nie co dzień zdarza się aby w naszej stolicy odbywało się jakieś interesujące wydarzenie muzyczne, tak więc na wieść, że do Wa-wy wybiera się Max C. wraz ze swoim zespołem, bardzo mocno wzrósł mi poziom adrenaliny w organizmie. Nie to żebym był jakimś fanatycznym fanem Soulfly, takie klimaty są mi raczej obce, jednak pierwsza płyta tegoż zespołu powaliła mnie na kolana i do niedawna miałem spory szacunek do chłopaków. Niestety na niedawnym koncercie nie popisali się za bardzo...
Pomijając fakt, że do klubu wchodziliśmy godzinę, a wychodziliśmy blisko trzy (to już inna historia dlaczego tak długo), a we wnętrzu Stodoły czasie koncertu panowała totalna duchota, to występ nie podobał mi się za bardzo. Ale po kolei, najpierw support: None i Corruption, młode zespoły (Corrupcion ponoć nie takie już młode) promowane usilnie przez Metal Mind. Jak dla mnie porażka. Gdy zobaczyłem gości z None to poszedłem po piwo i nie wracałem dopóki nie przestali grać. Pewnie wielu osobom podobał się ten zespół, no ale ja do nich nie należałem. Corrupcion raczyłem już zobaczyć. Właściwie fakt, że było to Corrupcion dotarł do mnie dopiero gdzieś w połowie ich występu, gdyż wokalista wyrażał się tak niezrozumiale, że nie wiedziałem czy on w ogóle przedstawił zespół i co mówił do publiczności w przerwach między kawałkami. Co do samej muzyki to też nic do mnie nie dotarło, gdyż chłopaki strasznie huczeli i nic poza tym. Ten temat skończmy na tym. Po supportach na scenę wyszedł jakiś pan i ogłosił, że Soulfly zagra dopiero około dziesiątej. Trochę się wkurzyłem, bo to oznaczało jakąś godzinę czekania, ale na pociechę poszliśmy z kumplami po piwo. Niestety jak to w życiu bywa jednego piwa nie można pić w nieskończoność, a sześć złoty drogą nie chodzi. Wróciliśmy więc pod scenę zobaczyć jak techniczni rozstawiają sprzęt.
Przed dziesiątą zaczął w końcu grać Soulfly. Rozpoczęli do pierwszych kawałków z nowej płyty, tłum poszedł w ruch. Potem przeszli do jakiś numerów z Primitiwe, nie pamiętam tytułów. Piłowali aż miło, ale w między czasie brak powietrza odstawił mnie trochę na bok. Nie pamiętam już dziś jakie grali kawałki, ale z pięć razy poszły stare numery Sepultury. Jak dla mnie to trochę za mało kawałków z pierwszej płyty, zagrali chyba No hope = no fear i coś jeszcze. Ogólnie zrobili niezłą rzeźnie z jedną małą przerwą na coś w rodzaju Zumbije ( przynajmniej ja to tak nazywam). Niestety kres radości przyniósł fakt, że po około godzinie grania panowie zeszli sobie za sceny i już. Nie pamiętam już czy był jakiś wymuszony bis czy nie, ale wtedy się załamałem. Siedemdziesiąt złoty za godzinę grania to trochę przegięcie (szczególnie dla biednego studenta), biorąc pod uwagę to, że dłużej trzeba było na nich czekać. Cierpiała moja żądza koncertowego grania, rozpasana dwu i pół godzinnymi występami Therion, czy thrash metalowymi rzeźniami w stylu Al. Sirat, ale co było robić, zebraliśmy graty i po około dwóch godzinach udowadniania pracownikom szatni, że na tym wieszaku były dwie kurtki, w nie kompletnym umundurowaniu opuściliśmy klub.
Pozostało spore wrażenie niedosytu, szczególnie po tym jak od starszych kumpli można było usłyszeć jakie to koncerty grała kiedyś w Polsce Sepultura. Nie popisały się chłopaki, lecz na szczęście na pocieszenie w mieszkaniu u kumpla czekały już na nas dwie flaszki polskiej wódki.
Jeśli ktoś ma uwagi co do tego co napisałem, chciał by mi nawyzywać od wszawych skurwysynów, podzielić się jakimiś sensownymi uwagami lub jest jurną bląd boginią o wymiarach Victorii Silvsted to niech pisze.