Gdy ostatni z pomarszczonych, brązowych liści spadł mu na ramię był gotowy do drogi. Zapiął guziki kurtki i pociągnął pasek plecaka do dołu. Z lekkim oporem barki wyprostowały się i wysoki, zielony kapelusz z szerokim rondem uniósł się wysoko do góry. Ręka, która go trzymała, była szczupła i żylasta, ale widać było, że w palcach drzemie siła i wiele skrywanych umiejętności. Nakrycie głowy co roku zastępowało mu chusteczkę i sprawdzało się doskonale w roli czegoś, czym można machać na pożegnanie. Odwrócił się od Doliny i, po raz nie wiadomo który, postawił skórzany, traperski but na płytach pomostu z tym samym zamiarem od kilkunastu lat - podróży na południe i ucieczki przed zimą. Do uszu dobiegały jeszcze okrzyki przyjaciół, którzy za kilka godzin zaczną swój cykl letargowy.
- Do widzenia, Włóczykiju !!! - darł się Muminek zupełnie zapominając, że powinien być ospały.
- Do zobaczenia, uważaj na siebie ! - zawołała Mama Muminka.
Nie odwracając się uniósł prawą dłoń. Ocienione rondem oczy iskrzyły na myśl o wędrówce. Cienka linia ust ledwo powstrzymywała się od głośnego śmiechu.
- Ach, ten Włóczykij... Kiedyś wyruszę z nim - westchnął Muminek odprowadzając wzrokiem niknącego za węgłem pomostu przyjaciela.
- Ani mi się waż, synu! Musisz jeszcze trochę podrosnąć, a przede wszystkim dobrze się wyspać - stwierdził Tata Muminka wiedząc, że mówi tak tylko dlatego, że sam wyruszyłby od razu, gdyby tylko nie czuł się o ciupeńkę za stary. W oczach swego potomka dostrzegał jednak coś, co przypominało mu siebie z dawnych lat i miał świadomość, że następnej zimy nie będą spali w komplecie. W lekko przymglonym instynktem snu umyśle Taty pojawiła się błyszcząca, świeżo wypolerowana flinta, która zgrabnie podskakiwała w takt marszu jej właściciela. Pojawiły się dzienniki, które pisał od lat i uświadomił sobie, ile było w nich prawdy, a ile tylko sobie wmówił. Oczy, które widziały już wiele, wędrowały pod cylindrem od jednej twarzy do drugiej. Widziały w nich pragnienie snu, odpoczynku, ale także odmiany. Czy kiedykolwiek do niej dojdzie ? To się okaże.
- No, rodzino, idziemy do łóżek ! Dobranoc, Mamo Muminka.
- Dobranoc, Tatusiu Muminka. Dobranoc, dzieci - odparła trąc oczy Mama Muminka.
- Nie wydaje mi się, żeby odpowiednie było mówienie sobie "Dobranoc" kiedy jest akurat południe, ale to już wasza sprawa. Ja na pewno nie zamierzam spać przez całą zimę i przegapić śniegu, sanek, bałwanów, Ryjka przymarzniętego jęzorem do sopla...
- Cicho bądż, Mała Mi! Już zapomniałaś, kto ostatnio przymarzł ? - wojowniczo zripostował poruszony Ryjek.
- Jejku, Mi, naprawdę nie idziesz spać? - spytał na schodach na poddasze Muminek.
- Ale z was ofermy! Jasne, że nie, nie jestem w końcu żadnych spowolnionym muminkiem! - wrzasnęła mikra dziewczynka.
- Też bym chciał zobaczyć śnieg...
- To cię obudzimy, niezguło i wypchniemy przez okno w zaspy, chcesz?
- Jasne! Jeszcze nigdy nikt nie wypchnął mnie z okna w zaspy! Przyrzekaj, Mi! - zawołał Muminek.
- Nie ma sprawy, zawsze do usług! - odwrzasnęła przez szparę w drzwiach - Ale załatwimy Mumina, co nie, Ryjek?
- Chrr...zzzzzzzzzzzz...Chr,ch...
- Z kim ja jestem zmuszona żyć pod jednym dachem. Gdyby tylko Nimbla była tutaj... - z westchnieniem Mi położyła się w butach do łóżka i przykryła szczelnie kołdrą. Budzik już dawno nastawiła na południe następnego dnia. Pośpi teraz całą dobę, żeby mieć siły na lepienie bałwanów o kształtach Ryjków i Paszczaków...

      Włóczykij szedł zamaszystym krokim podziwiając świat poza Doliną Muminków. Jakkolwiek byłaby ona piękna, jakkolwiek każdy kawałek świata byłby piękny, najwspanialsza wydawała mu się sama podróż z jednego do drugiego z tych cudnych miejsc. W końcu stanął u stóp gór, które co roku stawały się początkiem jego podróży. Swoją drogą wydawało się to zawsze dziwne, że kiedy w Dolinie jest zima, reszta świata jest od niej wolna. Mimo wszystko nie było się nad czym zastanawiać. Postawił nogę na kamieniu, potem drugą na kolejnym i tak w kółko przez kilka godzin. Na szczycie Włóczykij usiadł na omszałym kamieniu i wśród podmuchów wiatru zagrał na harmonijce. Prosta melodia wirowała między sąsiednimi, niższymi stokami, poruszała pierwsze, nieśmiałe śniegi i poruszała serce samego dmuchającego w instrument. Zawsze samotny, niezależny, umiłowany tego świata wędrowiec, znów wracam do ciebie ulubiona ma ziemio, ty pozwół mi tylko żyć i iść, wciąż dalej i dalej. Nie zakazuj mi tylko powrotu, gdziekolwiek bym chciał. Zakazuj mi tylko przystanków, gdziekolwiek osiąść bym chciał. Pchaj mnie wciąż, abym nie stracił tych gór, tych lasów i łąk. Nie ominął stworzeń przeróżnych, bym skarbów znalazł znów bezlik. Taka pieśń bez słów, modlitwa do Włóczykijowego boga, napełniała tego dnia cały świat. Docierała do każdego jego zakątka i wszędzie zapuszczała korzenie, żeby grajek wszędzie poczuł się, jak w domu. Najlepszym z domów, bo bez ścian i bez dachu. Z namaszczeniem, ale i uśmiechem schował harmonijkę do plecaka i usiadł na nim. Odepchnął się z całej siły z dzikim wyciem zjechał w dół po paśmie pierwszego śniegu. Skóra lekko sunęła po zmarżlinie. Nagle Włóczykij chwycił dłońmi ramiączka torby i wytężając wszystkie mięśnie stanął na nogi. Grawitacja albo siła odśrodkowa, nad tym nie miał się nigdy czasu zastanawiać, wyrzuciła go wysoko i daleko. Trzymając jedną ręką kapelusz z powiewającym piórkiem, a drugą plecak opadł na okrągły, płaski kamień. Ze zgiętych nóg wybił się i furkocząc kurtką rzucił się poza granicę głazu w płytki wąwóz. Wypuścił plecak i lecąc pochwycił wystającą ze ściany gałąż giętkiego drzewa. Zawisł dwa metry nad żwirowatym brzegiem potoku. Spadł na czworaki, a po kilku dziesiątych sekundy upadł obok jego bagaż. Włóczykij przeczesał włosy pod kapeluszem i płynnym ruchem odrzucił go w tył. Z plecaka wyszperał kawałek żyłki i spławik z haczykiem. Urwał sobie sztywną trzcinę podobną trochę do bambusa i szybko połączył to wszystko w całkiem zgrabną, acz prostą wędkę. Zanurzył ją w krystalicznej wodzie strumienia i podniósł oczy do słońca. Świeciło mocno i jaskrawie. Było jedynym dawcą ciepła w zimowym, wietrznym środowisku tych gór. Już niedługo zupełnie opuści mrozy. Ale najpierw trzeba było zrobić trochę zapasów. Nie chciał od razu zjeść wszystkiego, co dostał od Mamy Muminka. Uśmiechnął się szeroko, gdy wspaniały tęczowy pstrąg zakręcił się wokół spławika i połknął haczyk z nabitą nań kulką z chleba.

      Pewnego dnia swej wędrówki na południe Włóczykij zatrzymał się nad brzegami jeziora, w którym mieszkała legendarna złota rybka. Dobrze pamiętał, że kiedyś, podnieceni opowieściami o życzeniach, jakie może spełnić to stworzenie, próbowali z Muminkiem je złapać. Śmiał się jeszcze wielokrotnie z ich min, gdy w końcu cel znajdował się na drugim końcu wędki. Okazał się potworem, ogromną rybą o żółtych, metalicznych łuskach, które połyskiwały w oszczędnych tutaj promieniach słońca. Żadnych życzeń nie spełniono, ale co przygoda, to przygoda ! Odkryli prawdę i mogli opowiadać wszem i wobec, że mityczna złota rybka istnieje na prawdę. Pamiętał, jak Muminek namawiał Bobka, żeby ten poszedł i ją złowił. Uśmiechnął się do wspomnień i spakował kurtkę do plecaka. Tutaj nie była mu już potrzebna. Było na tyle ciepło, że mógł spać bez śpiwora. W końcu. Odetchnął gęstą mgłą i położył się. Przez dziurę w koronach brudnozielonych platanów widział gwiazdy i ich zbiory. Jeden z nich należał do niego, do Włóczykija. Zostawił mu go ojciec, którego nawet nie pamiętał. Czasami nasz wędrowiec bał się swoich uczuć. Gdzieś tam w sercu kołatało się odczucie, że nie chciałby już nigdy poznać taty. Kto wie, czy jego wyobrażenia nie zamieniłyby się w dym ? Konstelacja Wędrowca świeciła dziś jasno i nawet księżyc stanowił do niej tylko dodatek. Nagle uniósł się na łokciach i rozejrzał. Posłyszał szelest w zaroślach nieopodal. Nie bał się, ale hałas obudził jego ciekawość. Nagle zza zasłony krzewów wychynął płowy ryjek zakończony czarnym, błyszczącym noskiem. Wilgotne nozdrza poruszały się węsząc. Włóczykij kucnął przy ognisku, które prawie dogasało i wrzucił do niego naręcze trzcin znad jeziora. Chwycił żeliwny garnuszek z resztkami ryb i powiesił go na palenisku. Był pewien, że stworzenie nie oprze się zapachowi niesurowego mięsa. Bez słowa powitał ogromne, roziskrzone oczy, w których odbijał się ogień. Chude paluszki stworka odciągnęły na bok gałęzie krzaków i wypuściły właściciela na polanę. Istota przypominała szkielet - pod płowym futerkiem wyrażnie rysowały się kości, a długi, zakończony kitką ogon przypominał grubą nić. Milcząc Włóczykij wskazał gościowi miejsce na kłodzie naprzeciw niego.
- Kim jesteś, mały ? - spytał podróżnik nabijając na patyk kawałek ryby i podając stworkowi.
- ... - nie doczekał się odpowiedzi, ale widział, że w oczach, podobnych rozmiarami do niektórych talerzy w domu Muminków, czaiła się bystra myśl i inteligencja. Widocznie imię było zbytnim odsłonięciem się. Trzeba zacząć z innej strony.
- Co tu robisz o tej porze ? Zobacz, gwiazdy i księżyc są już wysoko. Wszystkie podobne tobie istoty już śpią...
- Heh - futrzany szkielet zaśmiał się opryskliwie znad trzymanej w palcach grubej ości.
- Rozumiem, nie jesteś podobny do większości stworków: elfów, skrzatów i takich tam...
- ... - gość przytaknął z miną kogoś, kto wytłumaczył właśnie coś niezwykle trudnego dziecku. Sięgnął do garnka.
- Widzę, że nie masz ochoty na rozmowę. Dobranoc, mały... - Włóczykij nasunął kapelusz na oczy i położył się na trawie przy ogniu. Podłożył pod tył głowy ręce i zacisnął usta w cieniutką kreskę. Stworek zjadł wszystko i zakrył na chwilę usta dłonią. Zamachał ogonem i z hałasem zrzucił pokrywkę z garnka wprost do ognia, który wciąż był wysoki. Spojrzał na wędrowca i sięgnął po żelazną płytkę. Bez szkody zanurzył chude, długie palce w płomieniach i położył wciąż gorącą nakrywkę na pieńku obok. Upewnił się, że Włóczykij nie widział tego wyczynu i wstał. Podskoczył, złamał patyk z głośnym trzaskiem i cicho zawołał, żeby go obudzić. Kiedy ten nawet się nie poruszył stwór zamoczył ogon w ognisku. Kitka zajęła się jasnym płomieniem, co wzbudziło w istocie niepohamowany zachwyt. Wydawał się rosnąć w oczach. Pod skórą zaczęły rysować się delikatnie mięśnie, a twarz wypełniła się nie zmniejszając ani trochę oczu. W końcu przestał chłonąć ogień. Tylko kupka popiołu, wśród którego nie drzemał nawet żar, pozostała z ogniska Włóczykija. Stwór cofnął się w cień i tylko przez chwilę widać jeszcze było jego iskrzące oczy. Nikt nie był w stanie dostrzec, ani usłyszeć bięgnącego przez las na południe pożeracza płomieni. Włóczykij usiadł i roztrzepał chłodną sadzę po trawie. Zsunął w końcu kapelusz na tył głowy odsłaniając kasztanową grzywkę i położywszy dłonie na biodrach spytał okalający go las, siebie i gdzieś tam odwrócone do niego plecy tajemniczego gościa:
- Kim ty jesteś, maleńki ?

      Rano na wędrowca padł cień. Włóczykij odgiął rondo kapelusza i otworzył jedno oko, żeby przyjrzeć się temu, który zasłonił mu słonko świtu. Muminek w jasnym uniformie przypominającym strój myśliwych z sawanny, jakich widział nieraz w dziennikach Taty. Na głowie korkowy hełm, na plecach skierowana lufą do góry srebrzysta flinta. Nasz podróżnik rozejrzał się spokojnie wokół siebie i dostrzegł kilka skrzatów podobnych do Bobka, które z lupami, miarami i poziomicami przeczesywały teren polany nad jeziorem. Muminek przestąpił z nogi na nogę i odchrząknął. Dopiero teraz Włóczykij zauważył u niego blade wąsiska rozkładające się ramką wokół pyszczka. Przez szacunek dla nieznajomego wstał i otrzepał się z piasku i trawy.
- Wiele zamieszania robicie, panie, ze swoimi skrzatami - stwierdził wędrowiec - Czego tak szukacie ? Jeśli jedzenia to mogę się podzielić kawałkiem przepysznego ciasta zacnej rodziny z Doliny na północ stąd.
- Dziękuję, ale nie skorzystam - odparł wyniośle muminek - Jestem lord Henrykiusz. Jestem myśliwym, którego sława dotarła zapewne i tutaj - przedstawił się lord i rozejrzał pogardliwie po drzewach i niebie.
- Przykro mi, ale nie słyszałem o panu. I nie jestem pewien, czy chciałbym. Swoją flintą odbiera pan życia pięknym ptakom, zakłóca pan melodię gór i lasów...
- Słuchaj, chłopcze, nie poluję na żadne nędzne ptaszki, tylko na niezwykłe okazy fauny.
- Nie wolałby pan zapolować na florę ? Wolniej ucieka, nie traci się funduszy na naboje. Mógłbym polecić panu znakomitego znawcę tematu - jeśli słyszał łaskawy pan o Paszczaku...
- Widzę, że nie mam do czynienia z nikim rozgarniętym - westchnął z rezygnacją Henrykiusz - Zapytam więc prosto: widziałeś może niedawno wyraka ?
- Kogo ?
- ... - głębokie westchnienie sprawiło na Włóczykiju wrażenie ostatniego etapu przed chwyceniem za flintę - Wyrak to taka latająca małpa. Wielkie, czerwone gały, chude takie... Nie widziałeś, prawda? - zachęcająco spytał myśliwy.
- Widziałem. Nawet dwa - uśmiechnął się podróżnik.
- Wolne żarty - obruszył się muminek i kiwnął dłonią na skrzaty. Wszystkie podbiegły i wyczekująco spojrzały na szefa. Włóczykij zmierzył każdego z osobna wzrokiem. Był pewien, że wszystkie włochate karzełki bawią się i dobrze im za to płacą. Henrykiusz nie potrafił odróżnić prawdy od fikcji i nabrał się na jakąś legendę o wyraku. Chociaż wędrowiec miał świadomość, że tym razem mit okazał się prawdą. Wierzył swoim oczom. Wczoraj w nocy widział stworzenie idealnie pasujące do opisu. Ale nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek polował na jakieś inteligentne stworzenie.
- Pobiegł tam - Włóczykij wskazał palcem północ - Twoi zacni tropiciele na pewno potwierdzą moje słowa.
- O tak, tak, bez wątpienia, na północ pobiegł - stwierdził jeden ze skrzatów uczonym tonem.
- Chociaż musisz uznać prawdopodobieństwo udania się tej istoty na wschód, zachód albo i nawet południe, Pestkolu! - wrzasnął rozdzierająco drugi.
- Ależ drogi Wiśnioku, Pestkol ma rację. Nie tylko pobiegł, ale i dobiegł na północ. Jedyny wyrak na tym świecie to pani Filifionka !!! Hahahahaa... - trzeci skrzat zaniósł się śmiechem i natychmiast oberwał od rozsierdzonego Pestkola. Po chwili gromada tropicieli zlała się w jedną, tarzającą się po ziemi kulę. Henrykiusz natomiast nie zwracając na nic uwagi badał grunt wokół ogniska i w końcu triumfalnie uniósł do słońca kępkę sierści zebraną z krzewów.
- Co ty na to, mały ? - zawołał tubalnie do Włóczykija.
- Cóż mogę rzec - stwierdził wędrowiec pakując do plecaka garnuszek i zarzucając bagaż na plecy - Może to jeden z twoich znajdośladów to zostawił. Ich kłaczki są całkiem podobne do tego, co trzymasz, panie.
- Kłamiesz - zawistnie rzucił myśliwy - Widziałeś wczoraj wyraka, a może nawet gadałeś z nim. Jestem skłonny przypuszczać nawet, że małpa uciekła w zupełnie przeciwnym kierunku, niż ten, który mi wskazałeś.
- Myśl co chcesz, lordzie. Miłego dnia i uważajcie, bo zdradliwe są te szlaki. Wokół jeziora nie trudno o bagna, a i kąpiel tutaj może nie być bezpieczna.
- ... - Henrykiusz milcząco przytaknął i wsunął kłak za szeroki pas. Nie odwracając się Włóczykij pomaszerował dalej na południe. Czuł przygodę każdym porem swego ciała. Czuł też, że lord nie przepuści i będzie szukał wyraka aż znajdzie. A kto wie, co znajdzie ? Może lepiej przy tym być ?

   CDN.

PICCOLO

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ