Cała plaża wyspy Tahemio była we krwi.
Brutalnie rozwleczone po piasku ciała ludzi współgrały
groteskowo z kilkoma ogromnymi zwłokami Snorlax'ów,które wyglądały
jak Lanturn'y wywleczone na brzeg. Ilex stał pośrodku
pobojowiska z Golduck'iem u boku. Nie udało mu się powstrzymać
rzezi jaką urządziły tu wściekłe Pokemon. Snoreking w
bitewnym szale prawie wszystkim ludziom wraził swoje połamane
pazury. Pozostali też nie próżnowali. Brabinsen i jego żołnierze
zrobili błąd wysadzając ścianę góry proto na sad jabłkowy.
Nic tak nie denerwuje Snorlax'a jak utrata jedzenia. Wszystkie
białe, kopulaste domki i namioty leżały w gruzach. Samice opłakiwały
poległych. Kule odbijały się od brzuchów,ale trafienie w głowę
raczej dla każdej istoty oznacza śmierć. Dainties chciał
zapobiec tej jatce,ale biegając pośród rozjuszonych Pokemon'ów
mógł się sam przyprawić o wcale duże obrażenia. Udało mu
się ocalić tylko Brabinsena. Czarnoskóry leżał nie związany,bo
i tak nie miał dokąd uciec. Wszędzie krążyły żądne zemsty
Snorlax'y. Ilex podszedł do niego kiwając ręką na Snoreking'a.
Golduck przyczłapał ciekawie za nimi.
- Znów się spotykamy,Brabinsen.
- Tak - z nienawistnym spojrzeniem mężczyzna mierzył trenera.
- Plan wysadzenia tej góry wymyśliłeś z pomocą swej głupoty,ale
jakim sposobem dowiedziałeś się,że w środku ktoś jest?
- Spójrz na to,dupku - wysunął przed siebie dłoń,na której
leżało urządzenie podobne do busoli. Czarna przestrzeń pod
szkiełkiem pełna była zielonych kropeczek. Wszystkie punkty
mieściły się w jednym miejscu. Ilex szerzej otworzył oczy. To
coś pokazywało pozycję Snorlax'ów.
- Wykrywa Pokemon? - mówiąc to Ilex wsunął sobie aparacik do
kieszeni spodni.
- Nie tylko. Te dwie mniejsze kropki to my. Ta największa to ten
tutaj - rzekł wskazując na Snoreking'a.
- Słuchaj,Brabinsen... Nie dam rady cię uratować,choćbym
chciał. Te Pokemon chcą cię zatłuc i nie dam rady cię chronić.
- A dlaczego być chciał,co?
- Mógłbyś mi powiedzieć wiele o swojej cywilizacji,skąd
przybywasz i takie tam. Wymyśliłbym jeszcze dużo pytań,a ty
byś mi na nie grzecznie odpowiedział,ale...przykro mi -
teatralnym gestem Ilex zebrał się do odejścia. Snoreking zbliżył
się do Brabinsena z głuchym pomrukiem i szczękiem pocieranych
o siebie szponów.
- Czekaj! - wrzasnął czarnoskóry - Cholera,człowieku,nie
zostawiaj mnie tu z tymi potworami!!!
- Kto tu jest potworem,CO? ŚMIECIU? - ryknął władca Snore
Village i uniósł człowieka za mundur do góry,co wywołało
natychmiastowy aplauz zgromadzonych w pewnej odległości
Snorlax'ów - Czy my przyszliśmy do waszego obozu i zniszczyliśmy
cokolwiek? Myślisz,że nie wiedziałem,że tu jesteście?
Wiedziałem! Ale nie przyszedłem do was ze śmiercią.
- Ty...ty mówisz? - zająknął się Brabinsen nerwowo łykając
ślinę.
- TAK! - wrzasnął mu w twarz Pokemon - Potrafię też zabijać,ale
nie zrobię tego z tobą.
Brabinsen upadł na piasek upuszczony przez Snoreking'a.
- Dam ci pamiątkę - jednym ruchem zdarł z mężczyzny górę
munduru ukazując białe kropy - To jest ślad po jakimś
Pokemon?
Tamten trener opowiedział mi o kłamstwach,jakie mu opowiadałeś.
To jest blizna po dotknięciu jakiegoś Pokemon?
- Ta...tak,to...
- TO jest ślad po Pokemon - ze spokojem stwierdził Snoreking i
wbił połamane pazury potęznej prawej łapy w bark Brabinsena.
Mężczyzna wrzasnął,ale władca spokojnie prowadził trzy równoległe
linie aż do drugiego ramienia - Teraz możesz chwalić się,że
wyniosłeś życie ze spotkania ze Snoreking'iem po ówczesnym
odebraniu mu braci - wskazał palcem na zwłoki na plaży.
Brabinsen zachwiał się i padł na piasek. Całą pierś i
brzuch zalewała mu krew. Rana wyglądała grożnie, ale taka nie
była. Duży efekt,mały skutek,ale blizny pozostaną do końca
życia. Ilex podszedł do klęczącego mężczyzny. Pochwycił go
silnie za przedramię i powlókł na skraj lasu,gdzie stały
samoloty. Czarnoskóry wczołgał się na siedzenie przy sterze
jednego z nich i odpalił pospiesznie silnik.
- Ilex'ie Dainties...Wrócę tu i zmiotę was z powierzchni tej
planety. Za pięć lat przybędę i zaleję wasze zafajdane
kontynenty całymi rzekami krwi. Nie wiecie do czego służą
Pokemon,nie potraficie dobrze ich wykorzystać,a nie chcecie
dzielić się nimi z mądrzejszymi. U mnie nie mamy takich stworów.
Przybyliśmy tu,żeby nałapać sobie taniej siły roboczej,a żeby
tego dokonać musieliśmy pozbyć się kilku najsilniejszych
trenerów. Nie udało się,ale nie możesz spać spokojnie
Dainties,ty i twoje głupie stwory,to byłby wasz błąd. Wrócę
tu i...
- Lepiej już leć,Brabinsen,czy jak cię tam zwać...Będę
czekał. Za pięć lat,jeśli nie stchórzysz,poznasz prawdziwą
potęgę Pokemon. Jeśli przybędziecie ze swoimi prostackimi
wynalazeczkami - poklepał drwiąco burtę samolotu - my pokażemy
jak walczy się mocą. Myślisz,że bedziesz miał przeciw sobie
pospolite ruszenie? Nie. W kilkoro rozniesiemy was w pył.
- Żegnaj,Ilex!
- Uciekaj Brabinsen. Lepiej nie wracaj,ale jeśli będę czekał.
Pojazd oderwał się od ziemi wzniecając mały tuman
piasku i igliwia. Po chwili znikł za horyzontem,gdzieś daleko
na południu. Trener odwrócił się do stojących za nim murem
Snorlax'ów. Jeden z nich wystąpił i podał mu jego plecak.
Skinął głową w podzięce i wydobył z niego dwa ItemBall.
Rzucił nimi i wciągnął pozostałe samoloty. Schował kule z
maszynami z powrotem.
- Snoreking'u...
- Może i będę trochę niegrzeczny,ale... odejdż stąd.
Potrzebujemy trochę czasu...
- Rozumiem.
- Ilex... PokeGod...Ona nie pomogła nam w tej walce. Nie pomogła
mi podczas meczu. Był remis ze wskazaniem na ciebie,a wygrałbym
spokojnie gdyby była ze mną. Mam nadzieję,że kiedyś staniesz
się nowym bogiem tej ziemi. Trzymaj...
Ilex z zaskoczeniem odebrał z łap Snorlax'a naszyjnik ze świątyni.
Klenoty pokryte patyną zaświeciły lekko jakby na znak
sprzeciwu,ale zaraz przygasły.
- Przybędę wam pomóc,królu - Ilex uklęknął na jedno
kolano,to samo uczynił Golduck. Obaj wstali po chwili i odeszli
w las. Snorlax'y powróciły do swojej góry,która
teraz osłaniała je tylko z trzech stron. Żaden,nawet
najbardziej zapalczywy Pokemon,nie poszedł dewastować resztek
obozu na plaży. Na małej polance w lesie Ilex wypuścił z
ItemBall samolot. Boski wisior miał w plecaku. Golduck siedział
już w swym PokeBall. Smutny chłopak wsiadł do maszyny i odpalił
silniki. Pionowy start wyniósł go wysoko...
Po dwóch tygodniach od bitwy na plaży Ilex powrócił
na wyspę Tahemio. Pidgeot wyleczony w Centrum Pokemon leciał
teraz jeszcze szybciej niż zwykle. Trener dokładnie
przestudiował radar Brabinsena. Aparat wykrywał po prostu
wszystkie żywe istoty w promieniu kilku kilometrów. Miał
zmienną skalę i po kilku udoskonaleniach Ilex mógł już
policzyć,ile Pokemon żyje całym lesie Ilex. Razem z Bill'em -
znanym na cały świat Pokemaniakiem i świetnym wynalazcą
wprowadzili radar do PokeGear'a. Teraz Dainties miał te dwa urządzenia
w jednym. Pidgeot był bardzo radosny. Po raz pierwszy od
kilkunastu lat przegrał walkę i był podniecony na rychłe
spotkanie z Pokemon'em,który go pokonał. Ilex wiedział o tym i
chętnie rozprawiał z ptakiem o błedach jakie popełnił i co
powinien jeszcze dopracować. Ilex pomyślał,że w tak
sielankowej atmosferze bedą latać tylko przez najbliższe pięć
lat. Potem być może nastanie obiecana przez Brabinsena wojna.
Ale na razie chłopak starał się być optymistą. Może facet
gadał tak tylko żeby wyjść z godnością? Lecz z drugiej
strony musiał mówić prawdę o swoim państwie bez Pokemon'ów.
Bo niby skąd wzięliby się żołnierze na plaży i dziwne,obce
Ilex'owi samoloty?
W końcu wylądowali na Tahemio. Już z daleka
dostrzegli,że resztki obozowiska są uprzątnięte,a na plaży
usypano wysokie kurhany obsiane gęsto mlodymi drzewkami
grapefruitowymi. Tylko w ten sposób mogli godnie pożegnać
zabitych braci.
Po wylądowaniu natychmiast wyległy z góry
Snorlax'y. Na ich czele szedł Snoreking z odnowionymi,błyszczącymi
w słońcu pazurami. Powitali się trochę smutno. Widać było,że
w Pokemon'ach wciąż żywa jest pamięć zniszczenia jednej ze
ścian ich góry i śmierć ziomków.
- Po prostu nie możemy się otrząsnąć. Mimo,że teraz mamy więcej
światła i rośliny rosną szybciej i lepiej. Zawsze bylismy
chronieni przez płaszcz góry wyniesionej przez PokeGod,a teraz...?
- opowiadał w marszu ku wiosce władca. W końcu dotarli do
centrum Snore Village i tam obaj się zatrzymali. Wszystkie
pozostałe Snorlax'y rozeszły się do jedzenia i snu.
- Drogi królu,nie martw się,bo mam tu coś co wam pomoże! -
rzekł Ilex sięgając do plecaka - Spójrz.
Na wyciągnietych dłoniach człowieka Pokemon dotrzegł wiele małych
kuleczek. Wszystkie Ilex ustawił w rządku przyciskiem do góry.
Po kolei wszystkie nacisnął powiększając je. PokeBalle wydały
przy tej czynności charakterystyczny pełgot.
- To mój prezent ode mnie Snoreking'u. Rozpakuj.
Gigant podszedł do leżących kul i wszystkie zagarnął
łapami. Po chwili milczenia wyrzucił je w powietrze. Wszystkie
otworzyły się wypuszczając Pokemon'y. Przed trenerem i
zdumionym grubasem stało kilka Sunflore'ów, Sunkern'y,
Bellossom'y,Gloom'y,Vileplume'y,Bellsprout'y,Hoppip'y i w końcu
jeden jedyny Pupitar. Roślinne Pokemon rozbiegły się po całej
osadzie wiedzione myślą Ilex'a,że mają pielęgnować sady i
krzewy cierniów. Jedynie larwa Tyranitara nie ruszyła się z
miejsca. Trener podszedł do niej i podniósł z niejakim trudem.
Twardy,prawie już stalowy pancerz Pokemon'a był diabelnie cięzki.
- On odbuduje ścianę góry.
- To maleństwo?
- Tak. Pozwólcie mu się zadomowić na gruzach,a już niedługo
powinien ewoluować w młodego Tyranitara. Te Pokemon'y zmieniają
rzeżbę terenu. Ale kiedy już się przemieni może sprawiać
pewne problemy jako mroczny Pokemon. Wtedy skontaktujcie się ze
mną,a ja go odwiozę gdzieś w góry,gdzie bedzie szczęśliwy.
Chociaż nie sądzę,żeby było aż tak żle.
- Dziękuję ci mistrzu Pokemon.
- Mam do ciebie pytanie,Snoreking'u. Czy staniesz u mego boku,jeśli
ludzie pokroju Brabinsena wrócą tu z wojną?
- Tak,stanę na polu bitwy.
- Wstępnie romawiałem z liderami stadionów na Kanto i Jotho i
obiecali pomóc. Także wszyscy trenerzy,którzy zdobyli puchar
jakiejkolwiek ligi zgodzili się walczyć. Pozostała tylko jedna
osoba... Moja stara przyjaciółka. Będę teraz do niej leciał.
Trzymaj się,królu. Życzę powodzenia. Za pięć lat pojawię
się tutaj i rozwinę wici na waszą górę. Mam nadzieję,że
stawisz się na wezwanie.
- Na pewno. Do zobaczenia.
Ilex znów leciał na swym Pidgeot. Bezkresne
morze pod nim napełniało go pewnym lękiem. W końcu doleciał
do celu. Zawrócił ptaka i ruszył przed siebie. Kiedyś,kiedy
był jeszcze naprawdę młody przemierzał równiny na Kanto.
Pomiędzy Saffron City,a Fuchsia były rozległe sawanny obfitujące
w wiele rzadkich Pokemon,a jeszcze dalej zaczynała się już
strefa safari.
Na skraju wilgotnego lasu deszczowego napotkał
dziewczynę. Wszystko byłoby w porządku,gdyby nie siedziała z
zamkniętymi oczami oparta o pień drzewa. Cała jej twarz była
pokryta zadrapaniami od gałęzi,a szara suknia poszarpana.
Rozległe sine połacie pod oczami świadczyły o jej skrajnym
wyczerpaniu. Gdy Ilex uklęknął przy niej spostrzegł,że chłodne
krople potu zasnuwają jej skronie i moczą włosy. Gorączka
trawiła ją od środka. We krwi krążył jad. Nieprzytomną wziął
na ręce i ledwo doniósł jakieś pół kilometra od lasu wgłąb
suchych równin. Tam złożył jej ciało i napoił ją olejem z
Kabuto. Oczywiście mikstura odniosła porządany skutek.
Wszystkie ranki na twarzy zagoiły się,puls uspokoił się. Po
chwili dziewczyna obudziła się. Minęło wiele lat. Zostali
serdecznymi przyjaciółmi. Ilex zdradził jej sekret swego długiego
życia. Uczył ją Pokemon. Okazało się,że dziewczyna wyglądała
na jakieś osiemnaście lat,a tak naprawdę miała już trzydzieści.
Oczywiście eliksir z Kabuto odmłodził jej ciało,tak jak
utrzymywał Ilex'a w wieku młodzieńczym przez całe setki lat.
Nazywała się Scathach. Nigdy praktycznie nic o sobie nie mówiła,ale
Ilex zakochał się w jej pięknej twarzy,spokoju bijącym od jej
osoby,w jej oczach,tak przepastnych,że nigdy nie można odkryć
co naprawdę myśli. Z biegiem czasu zauważył,że dziewczyna
nie jest zwykłym człowiekiem. Wkrótce odkryła ciemną stronę
takiej długowieczności. Gdy rodzina umarła ona wciąż była
piękną,młodą dziewczyną. Odeszła od Ilex'a i wkrótce dała
o sobie słyszeć. Wielokrotnie zwyciężała w finałach Ligi Błękitnej.
Prowadziłą ostrą walkę,nie wahając się używać najpotęzniejszych
technik. Wielu przeciwników pozostawiała nad przepaścią śmierci.
W końcu zestarzała się. Jednak wciąż zakochany w niej Ilex
nie chciał stracić Scathach. Podstępem napoił ją olejem i
przywrócił ją młodości. Wściekłość kobiety była ogromna
i chłopak ledwie uniósł życie. Póżniej na przestrzeni setek
lat dochodziło do tego samego. Dainties przybywał i jakimś
sposobem sprawiał,że była wciąż młoda, nieśmiertelna. Ilex
wybrał długie życie ze świadomością,że nie będzie mógł
mieć rodziny. Teraz,wraz ze Scathach, pojawiła się szansa na
kogoś takiego jak on i nie zamierzał stracić tej okazji.
Jednak ona szybko zaczęła go za to nienawidzić i zgorzkniała,cyniczna
zaszyła się tutaj. W rubieżach między Saffron,a Fuchsia. Na
białej plamie mapy strefy safari. Ilex nie widział jej od
dobrych czterdziestu lat. Nie miał pojęcia jakie będzie
powitanie. Na pewno nie padną sobie w ramiona.
Nagle Ilex zatrzymał się w marszu. Wszędzie
naokoło panowała cisza. Tak niezwykła tu,w strefie safari,w której
żyły całe setki hałaśliwych Pokemon takich jak Mankey,czy
Pidgey. Zrobił jeszcze krok i poleciał do góry. W ciało wpijały
mu się twarde liny siatki. Wisiał sobie dyndając na boki pod
poziomym konorem omszałego drzewa. Około pięciu metrów nad
ziemią. Oddalony od pnia nie mógł go złapać,a nie miał czym
przeciąć sznurów. Teleportacja nie wchodziła w grę,bo miał
ze sobą tylko Pidgeot. Nie tak miało być! Wściekły na
siebie,że dał się złapać w taką prostacką pułapkę,nie
zauważył kilku cieni przemykających po gałęziach nad nim. Na
cichy syk odwrócił się gwałtownie rozhuśtując siatkę.
- Sssspin...
-Ssss...
- ...pinaraaak...
- rak. Rak. Spina!
Wrzask nie był tak głośny dla Ilex'a,który lekko
ospale próbował wyrwać sobie z przedramienia i szyi malutkie
stożkowate ciernie. Pająki stukotały o drewno swymi włochatymi
łapkami. Jeden z nich opuścił się na lince,aby zobaczyć co z
więżniem.
Na odwłoku widniały dwie czarne kropki i pozioma linia. Obrazek
imitował twarz. Teraz wyglądała na uśmiechniętą.
- Spinarak! - zawołał Pokemon.
- Scathach? - zapytał niewyrażnie bełkocząc Ilex.
- Spi! Nara - i opuścił się gdzieś w dół. Schwytany w sieć
trener nie spał,ale był całkowicie sparaliżowany. Nie mógł
ruszyć nawet końcem palca u nogi,a co dopiero myśleć o
poradzeniu sobie z pułapką. Szczególnie,gdy na pewno pilnowały
go całe gromady Pokemon. W umyśle błądziły mu małe kłębki
mgły,które gasiły wszelkie procesy myślowe w zarodkach. Otępiały
Ilex gapił się bezmyślnie w liście.
Manto szedł pewnie przez wilgotny las deszczowy.
Nie przybył tu po żadne Pokemon,chociaż nie ukrywał,że
potrzebuje ich. Miał zamiar stanąć w tym roku na stadionie
ligowym,ale do tego potrzebował jeszcze jednej odznaki,a każdy
na Kanto wiedział,że o odznakę ziemi jest cholernie trudno.
Jednak nie szukał tu nowych sił dla swej drużyny. Przybył tu
wiedziony uczuciem. Kiedy obozował tu kilka dni temu zobaczył
piękną dziewczynę o cudownych oczach i zakochał się
natychmiast. Szara,skromna suknia,czarne włosy z refleksami księżyca,delikatna
twarz,małe usta,cudna linia podbródka... Zjawisko urzekło
mlodego mężczyznę,mimo że w swoim życiu widział wiele piękności.
Znał się na urodzie i rozpatrywał każdy jej szczegół,ale
czegoś tak cudownego jeszcze nie oglądał. Taka wymiana spojrzeń
nie wystarczyła mu - musiał spotkać tą dziewczynę.
Poza tym,że znawcą kobiecej urody,Manto był też
trenerem Pokemon. Miał teraz około 20 lat. Do siedemnastego
roku życia uczył się w PokeTech School. Tam zdobył z wyróżnieniem
dyplom uprawniający do wystąpienia w rozgrywkach ligowych bez
konieczności żmudnego zdobywania odznak. Zadowolony z siebie
szedł ze swoim papierkiem,a po drodze rozegrał mecz. Jego
wspaniałe Pokemon przegrały. Siedemnastoletni prymus elitarnej
akademii przerżnął z zielonowłosym chłopcem. Przeciwnik
przedstawił się jako A.J. i rozgromił go używając tylko
jednego jedynego Sandshrew. Bat w ręku przeciwnika i spojrzenie
przeciwnika uświadomiły Manto,że zwycięzyć można tylko
nabywając doświadczenia. podczas realnych starć. Jego
podopieczni byli wychowani na symulatorach i teoryjkach wpajanych
przez profesorów,a życie okazało się o wiele trudniejszym
egzaminem od końcowego testu w szkole. Przez te trzy lata,aż do
teraz zawzięcie trenował,zdobył siedem odznak Kanto i był gotów
stanąc do walki na stadionie Viridian. Jego Pokemon były teraz
silne,a sam Manto zmężniał i z uczniaka przeistoczył się w młodego
mężczyznę. W jego wędrówce przeszkodziła mu ta dziewczyna.
Musiał nadłożyć drogi,mimo że mógł nie zdążyć na
otwarcie ligi za niecały miesiąc. Droga z safari do Viridian była
daleka,
a pozostało jeszcze zdobycie odznaki.
Przywołując wspomnienie twarzy ślicznotki Manto nie zuważył,że
śledzi go kilka pająków. Prawie,że nadepnął na podobnego do
drzewa Pineco. W końcu dotarł do jakiejś polanki i usiadł na
zwalonym pniu. Podniósł wzrok do nieba
i oniemiał. Wysoko pod koroną drzewa wisiał w sieci chłopak.
- Hejo! - wrzasnął machając do niego Manto.
- U...uważaj... - słabo odpowiedział nieznajomy.
Wiedziony tym ostrzeżeniem i przeczuciem odwrócił się i zauważył
kilka par jasnych ślepi w mrokach lasu. Natychmiast odskoczył
bliżej środka polany. Wyjął PokeBall.
- Wyłażcie! - zawołał w kierunku oczu.
Odpowiedziały mu syki i klikanie. Nagle spomiędzy pni wyprysnęły
sieci i oplotły mu nogi. Manto wrzasnął i przewrócił się
machając rekoma.
- Cholera! - darł się jak opętany próbując uczepić się
trawy. Czepaił się paznokciami ziemi,ale wciąż go wciągało.
Upuścił PokeBall.
- Idż!
Z przerażliwym wyciem Arcanine przeciął sieci. Nastroszył wąsy
i podszedł do swego trenera. Manto oparł się o jego grzbiet.
Gdy wstał,Pokemon i tak go przewyższał.
- Dobrze Arcanine! Teraz użyj ognistego podmuchu. Wygnamy te
stwory na otwartą przestrzeń.
Płomienna gwiazda uderzył w ścianę drzew zapalając
suche liany zwisające z konarów. Cztery Spinaraki wybiegły
klikając na polanę,a za nimi panicznie tarzając się w trawie
pokazał się duży Ariados. Jego włochaty odwłok był osmalony.
Miotał się,aby ulżyć poparzonym członkom.
- Arcanine,uderz żarem.
Cała ściółka leśna pod odnóżami pajęczaków
zajarzyła się pomarańczowo i buchnęła czarnym,wilgotnym
dymem. Z sykiem Pokemon'y uciekły,a na polance został tylko
Ariados. Wściekły przywódca pająków klikał grożnie swymi
szczypcami. Nagle rzucił się do przodu próbując ugodzić
Arcanine'a w łapę rogiem na łbie. Chybił i wszystkimi sześcioma
łapami odbił się od podłoża i wyprysnął w górę. Zwarł
żuwaczki i otworzył je z impetem. Dwie grube strugi pajęczej
nici oplotły kark Pokemon'a. Arcanine szarpnął silnie.
Fioletowe oczy pająka otworzyły się szerzej,gdy zrozumiał swój
błąd. Potężnym szarpnięciem Arcanine posłał Ariadosa na
pień drzewa. Dopiero teraz sieci opadły z pyska pajęczaka.
Manto podrzucił w reku kulę i zamierzył się na oszołomionego
przeciwnika.
- Pędż,GreatBall! - zamieniony w czystą energię Pokemon próbował
się wyrwać,ale nie miał sił. Czerwonawe światełko zapaliło
się trzy razy i zgasło. Chybotanie ustało. Usatysfakcjonowany
młodzieniec podszedł do kuli i podniósł ją. Z dumą
przytroczył sobie do pasa i poklepał po szyi Arcanine'a,który
już zdązył sobie zerwać nici.
Po kilku minutach Manto z nożem w zębach. wspiął
się na drzewo,na którym wisiał Ilex. Odciął sznur i w
ostatniej chwili złapał chłopaka za ramię. Sieć opadła.
Prymus PokeTech School podniósł uśmiechniętego błogo
nieznajomego i przerzucił go przez grzbiet wielkiego Arcanine'a.
Ujął brodę chłopaka w dłoń i zmusił go do spojrzenia sobie
w oczy.
- Ko cię tam zawiesił? Sieć jest ze sznura,nie z pajęczej
nici.
- Za...zabierz...mnie stommd - wybełkotał skołowaciałym językiem
Ilex.
- Dobra,ale najpierw odszukam pewną dziewczynę,którą widziałem
w nocy. Idziemy Arcanine.
- Nie...Mu...siiimy stommmd odiejść,boo nie...
- Bredzisz jeszcze,ale niedługo ozdrowiejesz. Ona musi gdzieś
tu być,a sądzę,że te pająki nie wrócą. Jakby co,to
Arcanine spali kilka drzewek.
- Nie wyjdzie...stommmd...zaabiją nasz...
- Zobaczmy co nasz chłoptaś ma w plecaku...Idż lekko
Arcanine,zeby nie wytrzęsło naszego księcia. Musisz nam jakoś
zapłacić za ratunek. A,tylko jeden Pokemon? Cieniutko,ale może
pieniążki po kieszonkach pochowaliśmy,co?
- Nie...zzzz...