Manto prowadził swego Pokemon'a z wciąż odrętwiałym
Ilex'em na grzbiecie. Dżungla była naprawdę gęsta i czasem
Arcanine musiał wypalać całkiem spore kawałki lasu,co spotykało
się z krzykami protestu ich mieszkańców. Strefa safari była
rozległa i kryła w sobie nadal wiele tajemnic. Tylko kilka osób
dotarło kiedykolwiek do jej środka. Większość śmiałków
nie wracała. Umierali z wycieńczenia,trucizn albo do dziś błąkali
się jak żywe trupy po bagnach. Victreebel'e,które miały tu
swoje gniazda nie przepuszczały nawet innych Pokemon,a co
dopiero ludzi. Wszystko tu było niebezpieczne dla człowieka,a
szczególnie sama puszcza. Woda,która stała tu w postaci
rzadkiego błota kryła w sobie takie niespodzianki,jak wybuchowe
gazy albo bakterie chorobowe. Wydawało się,że czas zatrzymał
się tutaj pozwalając na dalszą ewolucję istotom,które trudno
było uznać za Pokemon.
Jednak Manto nie bał się niczego. Dla tej
dziewczyny był w stanie zrobić wszystko. Postanowił odnależć
ją za wszelką cenę. Jeszcze nigdy nie czuł się tak
zauroczony. Chłopak z siatki zaczynał odzyskiwać czucie,ale język
wciąż miał skołowaciały i bełkotał tak,że trudno było go
zrozumieć,więc Manto nawet nie próbował.
- Nie wiem,jak się nazywasz. Powiesz mi kiedy twój język
nareszcie będzie sprawny. Ja jestem Manto Sairach i pochodzę z
Celadon City. Nie wiem,czy byłeś tam kiedykolwiek,ale to
wielkie miasto,do którego porównać się może tylko Goldenrod
na Jotho. Mamy wielkie markety sięgające 10 pięter i własny
stadion z liderem,ale najlepsze są chyba kasyna. Można wygrać
kupę forsy i niezłe nagrody,a przy okazji poznać fajne
dziewcyny - paplał młodzieniec oglądając się co chwila na
Ilex'a. Mistrz nie chciał już namawiać Sairacha do powrotu,bo
byłoby to zupełnie pozbawione sensu. Scathach miała już ich w
garści. A pułapka i Spinaraki na samym skraju lasu świadczyły
o tym,że nie zmieniła się przez te czterdzieści lat. Ilex
zaczynał podejrzewać,że obaj znalezli się w niezłej kabale i
to bez żadnych Pokemon. Jedynym naprawdę potężnym był tutaj
tylko Pidgeot,który i tak nie miał szans przeciwnko kilku
Pokemon'om Scathach. Ilex nie wiedział,jakie jeszcze oprócz
Arcanine'a Pokemon'y ma ten Manto,ale nie sądził,aby było to
coś ponadprzeciętnego.
Nagle zatrzymali się. Ilex zsiadł z Arcanine'a i podszedł
do Manto. Obaj stali obok siebie i rozglądali się nerwowo.
Coś było wyrażnie nie tak. Wszedzie panowała cisza,zniknął
nawet smród bagien.
- To kolejna pułapka - stwierdził cicho Ilex.
- Już możesz mówić. Wiesz kim jestem,teraz kolej na ciebie.
- Jestem Ilex Dainties z lasu Ilex na Jotho. Na razie nie ma
czasu na dokładniejsze prezentacje. Zawiozłeś nas w sam środek
dżungli,z której nie wychodzi się całkiem zdrowym. Ostrzegałem,ale
nie chciałeś słuchać - syknął i zwalił się na ściółkę.
- Bełkotałeś pod wpływem jadu. Nie mogłem cię posłuchać.
Bredziłeś o śmierci i tak dalej,a przecież to spokojny
las,choć teraz rzeczywiście coś jest nie w porządku.
- Wcale nie bredziłem - rzekł gorzko Ilex - Mówiłeś o jakiejś
dziewczynie,która ukazała ci się wczorajszej nocy.
- Tak. Była piękna. Jeżeli miałbym umrzeć,to chciałbym,żeby
trzymała mnie z rękę... Miała taką subtelną twarz,czarne włosy
pięknie oświetlone przez księżyc...
- Całkiem prawdopodobne,że tutaj umrzesz,ale nikt nie potrzyma
cię za rękę. A już na pewno nie ja. Będę stąd wiał jak
Dodrio przy najbliższej okazji. Ale teraz mam tu interes. Też
szukam dziewczyny,ale nie tej co ty. Moja ma lekko szarawe włosy
i na pewno nie łaziłaby w nocy po lesie.
- Mieszka tutaj?
- Tak. To Scathach. Ta,którą widziałeś,to pewnie jedna z jej
służek.
- Więc jej pani musi być jeszcze piękniejsza,prawda?
- Nie wiem. Nie widziałem tego,co ty. Ruszajmy przed siebie. I
tak jestesmy już schwytani,więc przynajmniej udawajmy wolnych -
powiedział otrzepując spodnie z liści.
- Wracaj Arcanine - wielki Pokemon został wciągnięty z
powrotem do PokeBall Manto.
Obaj ruszyli. Szli jeden obok drugiego. Powoli drzewa przerzadzały
się i było coraz jaśniej. Jednak cisza pozostawała
niezmieniona. Nagle Ilex uderzył w coś niewidocznego i wyłożył
się na ziemię. Manto ostrożnie pomacał w powietrzu i natrafił
na jakąś barierę. Wszystko potoczyło się jak za pociągnięciem
jakiejś dżwigni. Obaj zaczęli się jarzyć na fioletowo. Oglądając
swoje ciało,z którego nie chciało zejść dziwne lśnienie nie
dostrzegli czyjegoś nadejścia. Przed nimi stała mała
dziewczynka w kapeluszu o szerokim rondzie ocieniającym twarz. W
obu rączkach trzymała piłeczkę. Nagle jej oczy zajarzyły.
- Witajcie. Wiedziałam,że przyjdziecie. Zabawimy się trochę?
- O do cholery! Moce psi - wrzasnął Ilex i natychmiast znikł.
Spanikowany Manto stał jarząc się fioletowo i nieśmiało
pomachał do dziewczynki. Ta zaśmiała się i rzuciła mu piłkę.
Gdy tylko ją złapał zniknął. Chichot dziewczynki przepełnił
las i przerwał ciszę.