|
TERRY PRATCHETT - "Warstwy wszechświata" |
|
Jakby-mini-wstęp: Recenzja właściwa: Bohaterem "Straty" jest Kin Arad, czyli coś w rodzaju ziemianki (piszę "coś" dlatego, że nieczęsto spotyka się sześćsetletnich ziemian, choć u Terry'ego to nic nadzwyczajnego), która pracuje dla Korporacji zajmującej się tworzeniem planet. Oto bowiem ludzkości dane było osiągnąć poziom rozwoju pozwalający na takie cuda-niewidy (a wszystko to dzięki kosmitom, których opis jest chyba jedyną dobrą rzeczą w tej książce). Dlaczego i po co - przemilczmy. Ważne jest to, że wraz z ufoludem Marco i przerośniętym niedźwiedzio-morsem, Srebrną, natrafiają w kosmosie na coś nienaturalnego; coś, co nie ma prawa istnieć. Zgadnijcie, na co. Na rzecz doprawdy niebywałą i niesłychaną - płaski świat... Nie wiem, czy Pratchett tak ukochał sobie naleśniki, czy też jest coś innego co nie pozwala mu nie umieścić "Discworldu" w każdej powieści... Jednak, żeby nie było, że splagiatował własne dzieło - to nie jest "ten" świat dysku. Oryginalne, choć - po prawdzie - rozczarowujące. Książka jest nie tyle nudna, co "letnia". Po prostu nie ma szans, aby wciągnąć się w lekturę; ubogie opisy i niezbyt sympatyczni bohaterowie nie pomagają w tym ani trochę. Historia jest zawikłana i z początku tajemnica plackowatego świata nawet ciekawi, ale kolejne wydarzenia zwiastują głupawe zakończenie... Bowiem takie ono właśnie jest! Kretyńskie, beznadziejne, nawet przewidywalne, nie mówiące niczego odkrywczego i pretendujące do miana "filozoficznego". Jednak rozważań w nim tyle, co bogatych i kwiecistych wypowiedzi w tejże książeczce - czyli mało. Nie jestem pewien, co autor chciał poprzez końcówkę udowodnić. Że umie pisać równie sprawnie i zawile jak Arthur C. Clarke w swej Odysei Kosmicznej 2001? Cóż - nie wyszło mu to. Żeby udowodnić pokłady głupoty drzemiące w powieści, wynotowałem kilka cytatów które tu i teraz przytoczę. Będą to tylko krople z morza, ale dość dobrze oddadzą "atmosferę" dzieła. "Las płonął jak pijany." Chociaż, co ja się czepiam. Zasadniczo można przecież płonąć jak pijany, cokolwiek by to znaczyło, kręcić młynka jakąś gwiazdką, najarać się skrętem z wściekłości czy stwierdzić coś w pytaniu. Tylko, że ja bym tego nie potrafił. Ale mieszkańcy drugiego świata dysku mają przecież swoje umiejętności... Gwoździem do trumny "Warstw wszechświata" jest okładka. Ohydna. Paskudna. Niewypowiedzianie szkaradna, a z początku nie do odszyfrowania - taki czytelny rysunek zaserwował nam artysta grafik. Przedstawia naszych bohaterów - człowieka w dziwnym kostiumie, coś przypominającego Jeffa Goldbluma w filmie "Mucha" i... hmm... Wozaka? Po prostu brak mi słów... ...więc skończę tę recenzję, gdyż nie lubię gnębić swoich ulubionych pisarzy. W końcu każdy może mieć gorszy dzień... military
|
|