|
azyl
Reżyseria: David Fincher. I wszystko jasne. Ten człowiek, który jest odpowiedzialny za cholernie nastrojowe "Alien 3", "Siedem" i "Gra", stworzył kolejny thriller. Tym razem akcja rozgrywa się w nowojorskim domu, w którym znajduje się tytułowy azyl - pokój, w którym można się schronić w razie szturmu na posesję (właśnie - szturmu, gdyż jego wyposażenie starczyłoby żeby przetrwać tydzień w skrajnie niesprzyjających warunkach). Główna bohaterka, grana przez Jodie Foster, już pierwszej nocy musi skorzystać z dobrodziejstw "Panic Roomu", gdyż oto Forest Whitaker z dwoma białasami chcą dobrać się do bogactw w posesji ukrytych. Nie jest to może klasyczny horror, ale niewątpliwie ogląda się go nieźle. Trzyma w napięciu, nie nudzi i ma przepiękne zdjecia. Operatora należałoby jakoś specjalnie wynagrodzić, gdyż płynne, lekkie ruchy kamery i świetne oświetlenie wbijają w fotel. Ech, te genialne przejścia przez ściany i dłuuuugie ujęcia... Muzyka gorsza nie jest. Doprawdy, nie myślałem ze można po "Cube" zrobić tak dobry film rozgrywający się właściwie w jednym pomieszczeniu...
ring
Wpierw był japoński oryginał. Później japoński sequel. Następnie koreański remake, japoński serial, takaż kontynuacja, prequel, aż doczekaliśmy się rdzennie amerykańskiego remake'u. Proste, nieprawdaż? Fabuła z początku wydawała mi się, delikatnie mówiąc, głupia. Kaseta wideo która morduje - toż to absurd! Ale - po pierwsze scenariusz jest na tyle inteligentnie skonstruowany, żeby nie odsłaniać wszystkich kart na samym początku i ma tzw. "drugie dno", a po drugie - mam już dość kolenych potworów, zombie i duchów. Czas na coś oryginalnego. Toteż dostał się nam oryginał - i to zrealizowany nienagannie, jak i przerażający znacznie bardziej niż dziesiątki kolejnych popłuczyn po "Krzyku". Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, są zdjęcia - spokojne, bez szaleństw kamerą, utrzymane w szaro-niebieskiej tonacji. Perfekcyjne. Dalej - muzyka, choć ta niespecjalnie wbiła mi się w pamięć. Po trzecie - aktorstwo, czyli pokaz umiejętności artystów, o których do tej pory nie słyszałem, a którzy znają się na robocie. I w końcu efekty specjalne, których za dużo nie ma, ale te, które są - straszą (zniekształcenia twarzy bohaterów na monitorach iście mrożą krew w żyłach). I oczywiście perfekcyjnie zrealizowana, mordercza krótkometrażówka, będąca przedmiotem zmartwień tych, co ją oglądnęli, a którą mamy okazję obejrzeć w całości (a nie w skąpych kawałkach, jak w azjatyckiej wersji). Film zniewala, lecz po jego obejrzeniu można odnieść wrażenie, że scenariusz nie był specjalnie przemyślany. Wprawdzie zaskakuje końcówka, a druga końcówka jeszcze bardziej, ale rzeczona kaseta wideo wydaje się przeznaczona jeno głównej bohaterce, gdyż inni zwyczajnie nie mieli szans rozgryźć intrygi. Mniejsza jednak o to - czepiam się szczegółów. Powiem tyle - "Ring" jest niesamowity. Przełomowy. Najlepszy z przedstawianych w tym numerze. Mimo wyraźnej zapowiedzi drugiej części, jakich to zabiegów nie lubię...
w sieci zła
Kolejne novum - kryminalny film grozy, podobny nieco do "Siedem" i jemu bliźnich. Jednak ze znacznie bardziej nieprawdopodobną historią (co nie znaczy, że niespójną). Otóż nasz heros, Denzel Washington poza kadrem się zwący, jest detektywem-psychologiem (takie cuś, nie wiem dokładnie), który posadził na krześle do masażu elektrowstrząsami pewnego przestępcę. Ten jednak nie daje za wygraną - jego duch może przechodzić w inne osoby. Tak przynajmniej wydaje się z początku, a jak jest w istocie, nie zdradzę. Warto przekonać się samemu. Od strony technicznej "W sieci zła" zrobione jest nienagannie, lecz teraz to chyba norma. Aktorzy dobrzy (Denzel, John Goodman i Donald Sutherland), a muzyka wpadająca w ucho. I gdyby nie kłujący product-placement na początku (dokładniej - Budweiser), byłoby świetnie. Mimo wpadki, polecam. Warto choćby ze względu na kompletnie zaskakujacy koniec i aktorstwo człowieka, który gra niepełnosprawnego brata Washingtona.
[military]
^
|
|