cube 2: hypercube

Przedstawiany film jest kontynuacją jednego z najlepszych (i najbardziej niedocenionych) filmów sf w historii. Historia uczy nas, że sequele są zwykle gorsze od pierwowzorów. Nie będę trzymał w niepewności i powiem to od razu - Cube2 nie jest jakimś wyjątkiem i srodze się na nim zawiodłem.
Na początku jest dobrze, a nawet lepiej. Reżyser (Andrzej Sekuła - jest też operatorem) domyślił się, że element zaskoczenia, zszokowania, jaki był cechą charakterystyczną 1 części, tutaj po prostu się nie sprawdzi - o sześcianie wiemy już przecież sporo. Postanowił więc postawić na coś nowego. Więc wymyślił, że stworzono drugi "Cube", w którym nie ma żadnych zasad. Scenografia stała się jeszcze bardziej uboga - teraz kolejne pomieszczenia nawet kolorem się nie różnią - a bohaterowie stanowią lustrzane odbicie (lecz jakby niewyraźne) tych z poprzedniej części. Mamy więc niepełnosprawną, twardziela ze skłonnościami psychopatycznymi (teraz jest to biały), kogoś mądrego, kogoś... dziwnego, niezłą panienkę do pokazywania cycków (no wiecie, w "jedynce" jakoś się obyło...) i paru innych.
Za co cenię oryginalny "Cube"? Za to, że w nim fabuła nie była jedynie opowiadaną historią. Niosła przesłanie; operowała symboliką. Cała akcja przebiegała niespiesznie, lecz była niezwykle konsekwentna i spójna. Stworzono wspaniałych bohaterów, każdego z własną osobowością. A co mamy tutaj? Z początku jest podobnie - choć inaczej, a jest to zdecydowany plus. Niestety, w okolicach połowy akcja przyspiesza a scenarzyście kończą się pomysły. Nawet pułapki, w "Cube" wymyślne, lecz wiarygodne, tutaj oscylują w stronę matrixowo-nieziemskich zasadzek. Później jest jeno gorzej - ubogie powtórki znakomitości z "jedynki" przewyższają liczbę autorskich pomysłów. Najgorsza jest jednak droga, na którą sześcian został sprowadzony. W pierwowzorze był on czymś niesprecyzowanym, dziełem głupoty ludzkiej, zasadzką bez wyjścia podobną trochę do kafkowych realiów prawno-biurokratycznych. Sekuła natomiast umyślił sobie dwie teorie co do "Cube" (i nie raczył poinformować, która jest prawdziwa). Widz po seansie siedzi więc w fotelu, zastanawiając się o co chodziło w surrealistycznej, niedorzecznej i niezrozumiałej końcówce. Która teoria jest prawdziwa? Jeśli jedna, to czemu tak wiele rzeczy po prostu do niej nie pasuje? Nie denerwowałoby mnie to, gdyby nie pewien drogbiazg. Otóż, w "jedynce" zakończenie było ważne, ale tak jak cały film - pod względem metaforycznym. Tutaj jest końcówka OPOWIEŚCI, która nie dość, że irytuje niedopowiedzeniami, to jeszcze straszy kolejną częścią. Przepraszam ja bardzo, ale to jest już czysta komercja, a "Cube" zasłynął jako kino dla widza z gustem.
Nie można jednak powiedzieć, że film nie trzyma w napięciu. Wręcz przeciwnie, do połowy nerwy widza są napięte jak postronki. Ale, jak już wspomniałem, w pewnym momencie niedorzeczność zaczyna gonić bezsens. Wtedy kurzawa opada i siedzi się przed ekranem znudzony jak mops. Jakby tego było mało, Sekuła zaprzeczył wszystkiemu, czego dowiedzieliśmy się w pierwszym filmie, czyniąc sześcian częścią większego planu (jak wiemy, "Cube" nie był przeznaczony do żadnego konkretnego celu - co podnosiło dramatyzm sytuacji i kazało się zastanowić nad sensem niektórych poczynań ludzkości).
Podsumowując, "Cube2: Hypercube" jest filmem średnim. Nie polecam tym, co nie widzieli "jedynki", gdyż mogą poczuć się zupełnie zdezorientowani. Także ci, którzy jedynkę widzieli, nie będą usatysfakcjonowani (jednym może przeszkadzać fakt, że takie nieistotne elementy jak scenografia są JESZCZE skromniejsze, a inny będą psioczyć na kompletną profanację idei pierwowzoru). Jest to film powstały tylko dla pieniędzy, nie mający nic wspólnego z protoplastą. Jedyny warty uwagi "Cube", to pierwszy "Cube". Kropka.

nawiedzony

Powiem tak: mam już serdecznie dość wielkich i strasznych domów, razem z duchami które w nich mieszkają od niepamiętnych czasów i straszą każdego kretyna który założy się z kumplami że "wejdzie tam i przeżyje noc". Po takich arcydziełach gatunku jak "13 duchów" czy "Dom na nawiedzonym wzgórzu" przeszła mi ochota na jakiekolwiek architektoniczne horrory. Niemniej jednak nie darowałem sobie wyświetlanego w TVN "Nawiedzonego", lecz to głównie z tej przyczyny że zaczął się zaraz po "Utalentowanym panu Ripley", który to film skutecznie zniechęcił mnie do spania.
Zacznę tym razem od końca - czyli od technikaliów. Jeśli chodzi o scenografię, to powiem jedno - jest wspaniale (choć może trochę zbyt kolorowo)! W takiej posesji, jaką przedstawił reżyser, zwyczajnie chciałoby się mieszkać. Posępne domisko ze wszędobylskimi rzeźbami, zdobione tak bardzo, że aż wpadające w kicz, wygląda niesamowicie. Efekty specjalne równie dobre. Muzyka - cóż, mnie się już przejadły te szarpania skrzypiec; po prostu kłują w uszy. Gra aktorów... mimo całkiem dobrej obsady, słaba. Nawet Liam Neeson się nie spisał - a jego akurat cenię. Inni wypadli jeszcze gorzej. Catherine Zeta-Jones i pilot z "Za linią wroga" wyraźnie nie pasują do horroru. Jest jeszcze parę osób, ale ich aktorstwo dyplomatycznie pomińmy.
Jeśli mamy już warstwę techniczną za nami, przejdźmy do sedna sprawy. W filmie chodzi o to, że nieco szurnięty profesorek zajmujący się badaniem strachu, pod przykrywką lecznia bezsenności sprowadza czwórkę pacjentów do wiadomego miejsca. I wszystko pięknie, badania idą jak po maśle, ale w pewnym momencie pojawiają się duchy i robią niezły bur... bałagan. To znaczy zaczynają robić, bo co jest dalej - tego nie wiem. Usnąłem po godzinie (to chyba zresztą wystarczy za moją ocenę). Co ciekawe, oglądanie zaczynałem całkowicie rozbudzony. Ale przyznajcie: jeśli przez pełne 60 minut nie dzieje się niemal nic, to o scenariuszu najlepiej nie świadczy. Oczywiście bywają wyjątki - w takim "Aliens" pierwsi Obcy pojawiali się w okolicach pięćdziesiątej minuty, ale do tego czasu i tak siedziało się jak na szpilkach. "Nawiedzonemu" do poziomu filmu Camerona brakuje jeszcze kilka długości.
Oczywiście - komuś "klasycznie straszne" akcenty mogą się spodobać, ale mnie już dawno nie rusza skrzypienie drzwi czy zatrważające podwiewanie zasłon. Trik z "czymś" tłukącym w dźwierzeje od drugiej strony jest przerażający jak Jaś Fasola. I te dialogi... "Coś tu jest. Dookoła. Wszędzie." Banał, komedia i w dodatku nieudolnie zagrana.
Na dodatek dom nie może być tradycyjnym nawiedzonym mieszkankiem, ale muszą w środku być jakieś mechanizmy, duperele, normalnie drugi Egipt. Oczywiście - budował toto zdrowo kopnięty facet, któremu nie powiodło się w życiu, papuga mu zdechła a syn okazał się gejem. W normalnych domach przecież nie może straszyć (dziwne, że u Lubiczów się żadne widmo nie zalęgło. Chociaż może i tak, ale przestraszyło się morderczego wyrazu twarzy Rysia i uciekło). Przepraszam ja bardzo, ale zmechanizowane chaty to były i w "13 duchach" i w "Domu na nawidzonym wzgórzu". Chociaż nie wiem, co powstało pierwsze.
Podsumowując - film jest tragiczny. Zero emocji, zero "kopa" i zero scenariusza. Nie rozumiem, jak można mieć takie środki i nakręcić tak nędzne widowisko. Sam zrobiłbym to sto razy lepiej.


[military]

^