.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Femme Fatale|

Pisząc recenzję, autor często zostaje postawiony przed wyborem. Ideałem jest jasno opisać film, odpowiednio go ocenić oraz zakończyć wywód jakąś celną pointą, nie zdradzając przy tym za wiele szczegółów z fabuły obrazu. Ale czasem tak się nie da zrobić. Trzeba wybierać - albo recenzja pisana 'po łebkach', ślizgająca się ledwie po temacie, albo z gatunku tych dogłębnych, lecz uchylająca zawyczaj zbyt duży rąbek tajemnicy. Tak też było tym razem...

Femm Fatale to film dziwny. Z jednej strony pomysł ciekawy i można rzec - uroczy na swój sposób, z drugiej zaś, co tu dużo mówić, nieszczególne wykonanie i wyraźny brak iskry. To ostatnie dziwi szególnie, gdyż za film odpowiedzialni są ludzie, którzy bynajmniej nie wyszli wprost z kinematograficznego żłobka. Po dziele Briana de Palmy z udziałem takich aktorów, jak Antonio Banderas czy Rebecca Romijn-Stamos spodziewałem się nieco więcej.

Obraz ten w założeniu miał być próbą połączenia szybkiej akcji z motywami tajmenicy kobiecej natury. Zestawienie takie zaowocowało jednak tworem niespójnym z widocznymi przeskokami jakościowymi - praktycznie pod każdym względem. Prawdę mówiąc, nie przypominam sobie bardziej nierównego pod względem klimatu filmu. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Fabuła należy w sumie do typowych. Jest grupa przestępcza, jest cel oraz, tradycyjnie, czarna owca. Tytułowa Femme Fatale. I jak to w takich filmach bywa - napad udany, aczkolwiek nie do końca. Laure znika wraz z towarem, zaś jej kompani, pozostawieni na lodzie, szykują po wyjściu z pudła zemstę. Akcja przeskakuje siedem lat w przód i toczy się dalej pchana chciwością i żądzą głównych bohaterów. Historia nie jest ani odkrywcza, ani zaskakująca. Do pewnego momentu.

Zanim przejdę do meritum, powiem Wam, iż zazwyczaj bardzo nie lubię, gdy okazuje się, że większość dotychczas widzianych scen jest jedynie tworem umysłu głównego bohatera - snem, halucynacją itp. Zabieg ten sprowadza na inny grunt nie tylko fabułę, ale i widza. Odczuwa on w większości przypadków coś na kształt niedosytu połączonego z rozczarowaniem. Nie jest to dobre dla wrażeń, jakie wynosi się z kina. Akcja wyraźnie cierpi, zaś powstałej w ten sposób dziury reżyser zazwyczaj nie jest w stanie załatać. Oczywiście, istnieją wyjątki, ale potwierdzają one regułę, że takie nabijanie widza w butelkę i wzbudzanie w nim rozczarowania nie wychodzi na dobre filmowi.

I tu właśnie leży pies pogrzebany. Oś 'Femme Fatale' jest zawieszona właśnie na takim efekcie. Człowiek ogląda, emocjonuje się niektórymi scenami (o nich później), by w końcu dowiedzieć się, że większa część filmu dla powabnej Laure jest tylko swego rodzaju zerknięciem w przyszłość. Historią alternatywną. Od tego momentu obraz przechodzi z fazy "co by było gdyby" do fazy rzeczywistej, czyli następuje najzwyczajniesze w świecie prostowanie zdarzeń, aż do szczęśliwego końca.
Byłoby to może jeszcze do przełknięcia, jednak podział, jaki powstaje tym sposobem w filmie, jest co najmniej dziwny. Końcowymi scenami rządzi taki niesamowity zbieg okoliczności, że zastanawiałem się, czy w tym nie ma przypadkiem jakiegoś haczyka. Okazało się, że nie!
Przypadek goni przypadek, alternatywa alternatywę, zaś widz skołowany siedzi i nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Być może miało to być zakończenie dające do myślenia, finał potwierdzający ostatecznie istnienie tytułowej "kobiety fatalnej", uświadamiający nam jej wielki potencjał. Być może. Jednak do mnie to nie trafiło. Wprost przeciwnie. Po części typowej dla filmów sensacyjnych, nastąpiło coś, co zupełnie wybiło mnie z rytmu. Nie zrozumcie mnie źle - lubię być zaskakiwany przez film, jednak tutaj efekt był zupełnie chybiony.

Trzy akapity wyżej wspomniałem o nierównym klimacie filmu. W istocie, takie wrażenie odniosłem. I nie mówię już tutaj o powyższym "chwycie" scenarzysty. Poszczególne sceny różnią się znacznie dynamiką i miejscami trochę zawodzi ciąg przyczynowo-skutkowy. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Przykładem są tutaj sceny rabunku. O ile te w łazience, z udziałem dwóch pięknych pań, podobać się muszą z oczywistych względów (panowie - kolejny majstersztyk kina 'akcji' ;)), to te następujące potem są już wyraźnie słabsze. Gubią gdzieś dynamizm a w nietkórych momentach wyraźnie da się odczuć ich bezsensowność i wiejącą z ekranu nudę. Tak jest niestety przez cały film.

Pora przejść do kreacji aktorskich. Antonio Banderas nie pokazał nic nadzwyczajnego, ale też nie dało się dostrzec rażących uchybień. Ot, zwyczajna rola z miłymi akcentami zmuszającymi czasem do uśmiechu - przykładem są tu sceny, w których udawał pana hetero, ale nie fanatyka ;). Trochę lepiej wypadła pani Romijn-Stamos. Rzetelnie wywiązała się z powierzonej roli wcielając się w kobietę, dla której liczą się przede wszystkim profity i własna osoba. Wyrachowana, zimna, umiejętnie grająca na ludzkich żądzach manipulantka. Jej rola była chyba najlepszą rzeczą w filmie (poza scenami w łazience, oczywiście :)). Ciekawą postacią była też pani nosząca osławione wdzianko ze złota i drogich kamieni (swoją drogą, przedmiot kradzieży) - druga z duetu łazienkwego. A to głównie za sprawą wyglądu i roli, jaką miała odegrać w historii.

"Femme Fatale" to pozycja dość kontrowersyjna. Jednym może się spodobać, innym nie przypadnie do gustu. Główny wątek, nie tylko z perspektywy historii, okazuje się być niczym innym, tylko standardem w dzisiejszych czasach. Patrząc ogólnie, film ujmuje widza tylko nietkórymi scenami. Nierówny klimat, o którym możemy się przekonać praktycznie już na początku, świadczy niestety na niekorzyść obrazu Briana de Palmy. Sceny następujące po akcji rabunkowej (która jest jeszcze całkiem, całkiem) sprawiają, iż widz czuje się jakby ktoś wylał na niego kubeł - jeśli nie wody, to solidnej dawki środka nasennego. A szkoda. Bo pomysł wcale nie był zły. Przestępcza rozgrywka posypana przyprawą tajemniczości, ukazana z perspektywy wyrachowanej kobiety mogła się podobać. Zabrakło niestety tylko dobrej realizacji...

Piątka głównie za kilka ciekawych scen i ładne aktorki ;).

-5/10

Gregorius



|strona 6|