Poczekalnia |
Nie zrozumiecie, że ja nigdy nie płaczę. To po prostu nic już nie zmienia. Korytarz jest klinicznie czysty. Biało – zielone ściany. Zapach środków do dezynfekcji. Gdzieś z boku, na krzesełku o metalowych nóżkach, ja. Zimno tu, jakoś tak zimno. I czekam. Ludzie wciąż krążą wokoło po tej szarej podłodze. Nikt nic nie widzi. Nikt nic nie słyszy. Boże, co ja tu robię? Uodpornione na ludzi, jak wokół wszystko, pielęgniarki z sztucznym na twarzy uśmiechem, przechodzą tutaj codziennie. Tam gdzieś, przy dzieciach i garach, mężach, synach, ojcach, kochankach, stosach prania, robótce na drutach i tanich serialach są ich małe nieba. Jest prawdziwy świat. To tylko praca. Pusta i sztuczna. Nijaka. Naprzeciw mnie jest sala. Z szczelnie zamkniętym oknem. Dopiero kiedy przyjdzie wiosna otworzą to okno. Może wtedy będzie lepiej. Teraz na dworze jest błoto, a drzewa nie mają już liści. I patrząc przez to okno wszystko jest puste. Sztuczne i puste. Nie karzcie mi tu dłużej czekać. Dajcie mi wrócić do mojego nieba – dwa i pół metra na dwa wśród. Będę bezpieczna pośród ścian. Dajcie zasłonić okna. Dajcie mi chwilę pomyśleć. Zamknąć okna. Zniknąć. Wszystko jest takie sztuczne. Świat znika, on bez oddechu. Przeźroczysta kropla odmierza czas. Parę kartek papieru, jak zapis cudzego życia. Klinicznie zimno. I wilgoć. Wszystko tak sztuczne. Nawet róż koszul babci udaje. Nawet ich kaszel. Stosy tabletek. Poprzypinane obrazki świętych. Stare palce obierające pomarańcz. Jogurty. Soczki. Pomarszczone twarze. Oczy. Sztuczne uśmiechy.. Wszystko jest takie puste. Gra i udaje. Sztukę pod tytułem ,,szczęście”. Spektakl który ma przyciągać, ale nadal brakuje widzów. I to wszystko czeka. Puste i sztuczne, czeka. Raz po raz wejdzie pielęgniarka. Lub na chwilę jakaś inna babcia. Usiądzie na pustym łóżku. Bo jedno łóżko jest puste. I mówi do mnie: pamiętaj. I ciągle ostrzega. A każdy chce zapomnieć. A oni będą czekać. Dajcie mi wrócić do siebie. Nie karzcie tu wracać więcej. Tam gdzieś mam spokój. I niebo. Ciepło. Radość. Nie chcę już czekać dłużej wśród zimnych ścian. Tu dla mnie nie ma nic więcej. Bo ja nie będę płakać. Płacz nic ze mnie nie zmywa. Ja nie chcę udawać. Nie potrzebne mi przedstawienia. Wolę zniknąć. Zasłonić okna. Od razu. Nie umiem płakać. Udawać, że cierpię. Pusto tu. Klinicznie czysto. Jak we mnie. Wielu rzeczy żałuję. Tego, że jemu było tak pusto. Pusto tu. Przeze mnie. Ale ja go nie znałam. To przedstawienie to klapa. Płacz nie zapełni pustki. Zaraźliwej. Teraz tu, we mnie. Kiedy wrócicie, wiem co powiecie. Wszystko mnie tu ostrzega. Wiem, jak będziecie płakać. Wiem, jak przez chwilę żałować. Wspierać siebie wzajemnie. A wcześniej? Nie było was przecież wcześniej. Były kwiatki na święto. Jak wszystko puste i sztuczne. Dla uspokojenia siebie i jego. Przedstawienia. Nic więcej. I nikt nie słuchał. I nikt nie widział. Przecież: Zielono – białe ściany. Szara podłoga. Łyse drzewa. Chmury. Bure niebo. Stare ręce. Puste łóżko. Na pół metalowe krzesełko. I pomarańcz. I kroplówka, gdy płynie czas kropla za kroplą. Wszystko ostrzega. Powtarza nachalnie: pamiętaj. |
| Novinha theprisoner@wp.pl |