Z cyklu: "Trudy życia"
JA
Hmm:) Miałem już nie pisywać do AM... a jednak piszę. Dziwnie się losy człowiek układają. Przykład jakim jest AM dowodzi, że życie nie toczy się tak jak byśmy sobie tego życzyli, i dowodzi zarazem poprawności przysłowia "Nigdy nie mów nigdy". Powiedziałbym, że to jest troszkę zabawne... ale jakoś nie jest mi z tym wszystkim do śmiechu... chociaż to jak bardzo mały i bezradny okazałem się być w porównaniu do własnego wyobrażenia troszkę może śmieszyć... troszkę to groteskowe zresztą. Siedziałem sobie spokojnie w domu i nagle okazało się, że nic nie znaczę, po prostu... zero. Okazało się, że całe moje życie to tylko bajka, wyobrażona fantazja, która istniała tylko w oparciu o dwie najbliższe mi osoby... a gdy ich zabrakło, runęło to z wielkim hukiem i roztrzaskało się o twardą rzeczywistość. W drobny mak...
Od dwóch miesięcy staram się pozbierać cały ten chlew w jedną, jako tako spójną całość... łatwe to nie jest, bo i troszkę szukania jest i trzeba wyrzucić to wszystko, co fantazją było, a co nie ma już szans na istnienie, ale jakoś idzie... z wolna.
W pierwszej chwili stwierdziłem, że życie nie ma sensu... jak to powiedział mój kumpel - Utraciłem nadzieję - śmieszne... szkoda tylko, że prawdziwe. Samobójstwo... nie przeczę mknęła mi to przez myśli jak kometa po niebie... i może dobrze, że tak szybko - może dzięki temu czytacie to dzisiaj.
Powiecie, że trzeba być twardym? Można być twardym, kiedy jednej nocy ginie Wasz ojciec, a siedem godzin później Wasza matka? Jak się okazuje można... nie powiem trudne to, ale możliwe do wykonania. W sumie, co miałem robić... brat, chociaż starszy załamany, w dodatku choruje na serce... a jego już na pewno bym nie przeżył. Więc nie mogłam stać z boku... musiałem ruszyć tyłek i zabrać się z pochowanie własnych rodziców... najgorsze chyba w tym wszystkim było wybieranie trumien... daleko różni się to od niedzielnych zakupów w hipermarkecie!
Sam pogrzeb też przyjemny nie był... te tabliczki z ich imionami, spuszczanie trumien do grobów... zasypywanie... i to był koniec moich złudzeń, próśb do... kurwa Boga, żeby to był sen, zwykły koszmar...chociaż nawet teraz wmawiam sobie, że po prostu wyjechali, że w końcu wrócą. Do czasu jednak... do czasu kiedy znów tam nie przyjdę i nie zobaczę tych tabliczek. Może dlatego nie lubię tego miejsca? Zawsze nie lubiłem tam chodzić... teraz nie znoszę, nienawidzę tego miejsca... a jednak wciąż tam chodzę... chodzę, stoję i... czasem płacze, a czasem po prostu stoję.
Policja to wspaniali ludzie, są bardzo mili, dokładni i wyjątkowo czuli... zabawne, śmieszne wręcz. Nie dość, że w dwa dni po śmierci moich rodziców, starali się wytłumaczyć ich mordercę, to jeszcze na dokładkę dali mi piękny biały worek. Prawie taki sam, do jakich pakuje się martwych ludzi na filmach... jedyna różnica była taka, że mój był biały... no i zawartość miał z deka inną! Wiecie, co przeżywa człowiek, który dostaje w prezencie worek, w którym są zakrwawione ubrania jego zabitych rodziców? Mam nadzieję, że nie wiecie!
Spaliliśmy to wszystko w piecu, w tym cały we krwi płaszcz mojej mamy...ja nawet nie wiedziałem, czy mdleć, czy wymiotować, czy płakać! To miał być jakiś żart? Mało bynajmniej zabawny! Tydzień później, tym razem pracownicy szpitala, chcieli dać mi drugi prezent... nie wiem, co się z tym stało, ale mnie już sił brakło, żeby to zabrać. Nawet się po to nie zgłosiłem...
Wracając jednak do składania życia... można rzec niezła frajda... sam nie wiem, czy warte to wszystko było zachodu, co prawda jakoś się to wszystko trzyma (mieszkanie mam, rentę mam, studia kontynuuję - trudna sprawa), ale jakoś super to nie wygląda, trzęsie się jak galareta ilekroć widzę lub słyszę imię Cezary (on zabił moich rodziców) , ilekroć w telewizji ktoś zawoła "mamo", "tato"... no i te tabliczki.
Czy to ma w ogóle jakiś sens? W sumie pomyślałem sobie, że żeby żyć trzeba mieć jakiś cel. Pojawił się pewien problem, mianowicie - jaki cel? Z gruzów mojego dawnego - nasuwa się słowo szczęśliwszego, ale dążę do tego, by tak nie było - życia wygrzebałem swoje marzenia... troszkę wyblakłe, połamane, powyginane... niemniej jednak zdatne jeszcze do użytku i po pewnych korektach spełniają swoje zadania - pokazują mi cel i wtedy nie jest tak źle
Qn'ik pytał się mnie w ostatnim mailu, czy to fikcja. Qn'iku, czego ja bym nie oddał, żeby to była fikcja, czego ja bym nie oddał...
ONLY THE GOOD DIE YOUNG