"Tears in heaven."

by

UnionJack

Czytelniku, oglądałeś kiedyś "Siedmiu wspaniałych"? Ja właśnie oglądam.

Od lewej stoją: Michael P. Anderson, 43; Rick D. Husband, 45; Laurel B.S. Clark, 41; William C. McCool, 41; Ilan Ramon, 48; Kalpana Chawla, 41; Dawid M. Brown, 46.

Dziwne, lecz spod żadnego z kombinezonów nie wystaje metka głosząca, że nosi go wielki człowiek. Nie wyczuwa się tej bohaterskiej, szczególnej otoczki, która otacza chociażby heroicznego Bonda, Jamesa Bonda. W tle nie słychać IX Symfonii Beethovena. Wyjątkowość Wspaniałych nie jest nachalna, nie kłuje w oczy. Ale można poznać, że niezwykli to ludzie...
Może to ta notka pod fotografią?

Ostatnia załoga USS Columbia. Spoczywajcie w pokoju.

Byli naukowcami, byli pilotami, byli świetnie przeszkoleni. Sytuacje ekstremalne nie było już dla nich ekstremalnymi - symulator nauczył ich rutyny, niebezpieczeństwo przestało przyprawiać o skok adrenaliny. Z zimną krwią balansowali na krawędzi życia i śmierci.
W symulatorze umierali wiele razy. Ale zawsze można było wcisnąć reset.

Byli rozsądnymi ludźmi. Wiedzieli, na co się decydują, przekraczając próg tego kilkunastometrowego, metalowego drapacza chmur. Zdawali sobie sprawę, że ryzykują życiem; nie potrzebowali tabliczki "budynek grozi zawaleniem". Znali jego rozkład lepiej, niż Ty, Czytelniku, znasz swoją szafkę z bielizną.
Wiedzieli doskonale, że nie ma wyjść ewakuacyjnych.

Ale coś tak mało istotnego, jak strach nie mogło powstrzymać załogi Columbii. Przecież lęk, choćby nie wiem jak był wielki, nigdy nie zaćmi prawdziwego marzenia. Marzenia, które już jest na horyzoncie, przykryte zaledwie cienką warstwą chmur, odległe o kilka tysięcy kilometrów i dwie godziny lotu w przyszłość...

A gdy już tam dotarli, to wystarczyła jedna chwila i już nie było na pokładzie Columbii naukowców, testerów, pilotów.

Był za to ośmioletni chłopiec, który zwykł wymykać się późną nocą przez okno swej niewielkiej sypialni. Chłopiec, który zsuwał się zręcznie po rynnie, a potem, w ciepłą sierpniową noc, biegł na pobliskie pastwisko i rzucał się wprost na pachnący stóg siana. I leżał, jak elfi władca, pod gwiaździstym niebem.  

Była też dziewczynka, która nie chciała bawić się ani w dom, ani w szkołę, ani w talko show'y. Nie chodziła na dyskoteki, nie miała na raz trójki chłopaków. W ogóle nie miała chłopaka. Spędzała samotnie wieczory, popijając gorące kakao i zaczytując się "Odyseją Kosmiczną". I nie mogła się doczekać 2001 roku...

Na pokładzie Columbii obecni byli dorośli ludzie i ich marzenia z dzieciństwa, które właśnie tam, setki kilometrów nad powierzchnią ziemi, wreszcie się spełniały... To tam, szczęście pokazało im wreszcie, jak wspaniale smakuje... To tam, z dala od poetów, śpiewaków i bardów poezja objawiała się w swojej czystej, surowej postaci.

Załoga Columbii nasyciła się tą radością. Po raz ostatni spojrzała w ciemne okno swojego wahadłowca i stwierdziła, że czas wracać do domu.

Siódemka ludzi, która jeszcze za życia trafiła raju. I która pozostała już w tym atramentowym, dziwnie pociągającym niebie.

UnionJack

PS. Pamięci załóg USS Chalanger i USS Columbia. Rest in Peace.