Przykrótki wstęp kieruję do autora tekstu „Anarchia – dyskusja z samym sobą” czyli the_chest_of_president.
Czemu w „Anarchia – dyskusja z samym sobą” nie podałeś, że częściowo cytujesz Proudhona? Tak sobie czytam tego arta i nagle jakoś znajomo mi zabrzmiał jeden fragment.
„Być rządzonym to być obserwowanym,
nadzorowanym, szpiegowanym, kierowanym,
nastawianym, podporządkowywanym ustawom,
szacowanym, ocenianym, cenzurowanym,
poddawanym rozkazom ludzi, którzy nie
mają ani prawa, ani wiedzy, ani cnót
obywatelskich. Być rządzonym oznacza
przy każdej transakcji, przy każdym
działaniu, przy każdym ruchu być odnotowanym,
rejestrowanym, kontrolowanym,
opodatkowanym, rejestrowanym, kontrolowanym,
opodatkowanym, ostemplowanym,
opatentowanym, licencjonowanym, autoryzowanym,
aprobowanym, napominanym,
krępowanym, reformowanym, strofowanym,
aresztowanym. Pod pretekstem dbałości o
dobro ogółu jest się opodatkowanym,
drenowanym, zmuszanym do płacenia okupu,
eksploatowanym, monopolizowanym, poddawanym
presji, uciskanym, oszukiwanym,
okradanym; wreszcie przy najsłabszych
oznakach oporu, przy pierwszych słowach
skargi, poniżanym, bitym, rozbrajanym,
duszonym, więzionym, rozstrzeliwanym,
sądzonym, skazywanym, deportowanym,
chłostanym, sprzedawanym, zdradzanym, i na
koniec wyśmiewanym, wyszydzanym, znieważanym,
okrywanym hańbą, taki jest rząd,
taka jest jego sprawiedliwość, taka
jest jego moralność.”
PIERRE - JOSEPH PROUDHON ( 1809
- 1865 )
Swoją drogą art. nie podobał mi się tzn. nie spełnił moich oczekiwań rozbudzonych przez tytuł. Lubię czytać wypowiedzi anarchistów, zarówno te mniej jak i bardziej polityczne. Może napisałbyś coś o sytuacji anarchisty w szkole – jak reaguje na takiego otoczenie, jak jest stopień tolerancji itp. Ciekawość moją wzbudza nastawienie do takich ludzi w innych zakątkach naszej ojczyzny.
Może w moim przypadku dominuje bunt młodzieńczy, ale uwielbiam obrzydzać ludzi szmatami które na siebie wrzucam na co dzień (w sumie nie jest tak ostro, tylko ten wygląd hydraulika – pocięte spodnie włożone w glany, sweter na lewą stronę, koszula w kratę, popisana bundeswera, rozwiane włosy itp. Lubię to jak wyglądam zwłaszcza że jestem jedną z 2 dziewczyn w moim LO które spodnie wkładają w buty (Dorota ma co prawda bojówki moro. Mój dylemat wygląda pokrótce tak: istnieję sobie zwyczajnie, miejscami nieco nienormalnie w naszej chrzanionej budzie i od razu każdy się czegoś czepi – a to że butów nie zawiązałam, że nie wolno zestawiać koloru czerwonego z niebieskim, że jestem nieskromna bo jestem najlepsza z angola z mojej klasy, że nie lubię dyskryminacji, popieram aborcję, tolerancję, wolność słowa, nie modlę się na religii chociaż reszta ateistów z mojej klasy zmawia modlitwę, olewam obowiązek noszenia makijażu do szkoły, buntuję się przeciw durnej tradycji robienia sobie w klasie prezentów na mikołajki (za te 20 zł wolę mieć chociażby nowe CDA), słucham ciężkiej wg nich muzy (metal, czasem punk, ścieżka dźwiękowa z „Xeny”), na przerwach zamiast z klasą gadam z „satanistami”, itd. Czasami dochodzi do sytuacji wręcz absurdalnych – koleżanka z klasy (która notabene kupiła mi na mikołajki książkę o wdzięcznym tytule „Jak stałam się suką” podchodzi do mojego kumpla z innej klasy i mówi „ty weź z nią pogadaj bo macie dobry kontakt, żeby ona założyła tą bluzkę normalnie...”. Czyżby bała się zwrócić się z tak subtelną prośbą do mnie osobiście? Dodam że chodziło o noszenie przeze mnie takiego czarnego kawałka szmaty z sześcioma sznurkami (do zawiązania na szyi i plecach) – i wszystko przypasiłoby koleżance gdyby nie drobny fakt że szmata była odwrócona o 50 stopni w lewo, wobec czego układ sznurków na moich plecach uległ nieznacznej modyfikacji. Przypuszczam że po prostu nie były równoległe co rozdrażniło pedantyczną koleżankę. W końcu to moje szmaty i mogę je nosić jak chcę. A tak na marginesie - kiedy od niechcenia napomknęłam o tym w domu, szlachetna ma rodzicielka dowiedziawszy się jak chodzę ubrana (powiedziała że nieubrana) do szkoły wyraziła uwłaczającą mej wolności pozytywną opinię o obowiązującym w placówkach oświatowo-wychowawczych zakazie obnażania części ciała typu plecy. Nigdy o tym nie słyszałam, ale dobra. Na swoja obronę powiedziałam, że miałam na sobie czarny stanik i mogło to wyglądać jak jeden z tamtych sznurków, ale mama uznała to za jeszcze bardziej skandaliczne i nieprzyzwoite. Zaczęła się obawiać że lada dzień zostanie wezwana przez dyra na rozmowę. Nasza dyskusja zaczęła wtedy trącać o wyższe granice absurdu więc kulturalnie opuściłam pole bitwy z postanowieniem nie napomykania więcej o skandalach związanych z moją osobą. Dlatego właśnie chętniej zwierzam się wam niż mamie. Koniec dygresji.
Tyle jeśli chodzi o absurd. Oglądam również
Xenę, czego nikt nie rozumie. Bratnie dusze znalazłam aż za oceanem, bo
Amerykanie oglądają różne syfy własnej produkcji (bo serial niestety jest
amerykański) i potrafią nieraz nieźle odlecieć na ich punkcie. Właśnie
dlatego piszę Xenę tylko po angielsku. W Polsce zwyczajnie nie miałabym
odbiorców, zresztą autorzy nieistniejącej już największej i jednej z niewielu
polskich stron poświęconych serialowi, strony www.xenamega.com to zwolennicy
subtextu, czyli fani doszukujący się powiązań lesbijskich między Xeną a
Gabrielą. Nie trawie tego nawet pomimo mojej homo-tolerancji i skłonności
biseksualnych, dziwne, ale naprawde mnie to odrzuca.
Ale pisanie ciężko mi idzie i czekam na
jakieś mejle zachęty czy motywacji. Na razie udało mi się opublikować w
necie jedno opowiadanie, dość krótkie (24pages) ale to był mój pierwszy
raz i wolałam debiutować czymś krótkim a dobrym niż długim gniotem. Wyszedł
z tego krótki gniot. Jest sobie teraz na ogromnej amerykańskiej stronie
z fanfiction i strasznie mnie to jara. Gdyby ktoś lubił czytać po angielsku
to www.xenafiction.net/scrolls/nelliyah_wood_d_b1.hts . Tak apropos to
przeraża mnie monstrualnych rozmiarów niechęć polskiej młodzieży do języka
angielskiego. Kiedy ludzie sięgają po jakieś moje wywody lub pamiętnik
i orientują się że wszystko jest po angielsku, zapał ich ostyga niczym
grog włożony do lodówki.
Bardzo mnie to boli, bo mam naturę ekshibicjonisty.
Kiedy to piszę jest środek lutego, a właściwie 14, czyli walentynki. Tradycyjnie w szkole odwalali różne cyrki z tej okazji. Dostałam nawet walentynkę od koleżanki, och jasne, zaraz pomyślę że mnie kocha! Co za bzdurne zwyczaje. Może to i miłe, ale nie lubię niczego obchodzić w taki sposób (tym bardziej urodzin, imienin etc.) – składanie życzeń, śpiewanie pijackich przyśpiewek typu „sto lat” czy jeszcze co. Albo kupowanie kwiatów. Nie chciałabym nigdy więcej dostać od faceta kwiatów, kobieta czuje się wtedy jak bezbronna białogłowa a nie jak człowiek. Ale miałam zamiar wspomnieć o czymś innym. Dzisiaj na angielskim mówiliśmy o modzie i rozkręciła się niezła dyskusja. Nareszcie trafiła się okazja żeby zgnoić te wszystkie panieny z mojej szkoły. Pani od angielskiego była trochę „taken aback” przez mój potok słów kiedy wytaczałam działa po kolei: przeciw eleganckiemu ubieraniu się, gonieniu za modą etc., wreszcie przeciw mojej mamie która na ubranie się przeze mnie w cokolwiek z szafy reaguje tekstem „ale to już nie jest modne!”. Z całym szacunkiem, ale co mnie to kur** obchodzi?! Wyszło więc na to że w szkole na lekcji wyprałam swoje brudy rodzinne. Zrozumienia mimo to nie znalazłam.
„I’m not gonna stuff my wardrobe with my old pants just because a bunch of fashion designers came up with a new design for jeans trousers or a jacket or whatever. My mom has nothing here to say either. No one is gonna tell me what to wear. I don’t care what’s fashionable, I fuck it!!”
„Okay, so Ilona has her own way of dressing, who else can say anything more?” (a minę miała bardzo nieszczęśliwą.
Potem nasunęła nam ciekawy sposób rozpoznawania ludzi – po obuwiu. Zgodziliśmy się z nią i wtedy przyznała że ona ocenia ludzi właśnie po butach. Spojrzałam na moje, pasty nie widziały biedne od paru dobrych miechów – a myślałam że pani od angielskiego mnie lubi. Potem mówiliśmy jeszcze o paru rzeczach i zadzwonił dzwonek. Jeszcze nigdy dzwonek na przerwę nie wywołał u mnie tak opętańczej furii. A chciałam jeszcze dodać (a propos wolności nauczyciela jeśli chodzi o wygląd i ubiór) że moją kumpelę, w drugiej klasie LO historii uczył „koleś który na lekcje przychodzi w glanach, koszulce Iron Maiden i łysy” (cytat jej wypowiedzi).
2 godziny później: ta sama pani ma lekcję angielskiego z drugą grupą naszej klasy. Wałkują ten sam temat i w pewnym momencie lekcja osiąga punkt kulminacyjny, pani nie wytrzymuje i postanawia sobie ulżyć, dzieląc się dylematem z uczniami:
PANI T.: Słuchajcie, czy wy widzieliście
buty Ilony...? [duże, czarne, brudne, z kawałkiem blachy na wierzchu (pamiątka
po sylwestrze), jedna sznurówka wielokolorowa i wiązana na drabinkę, druga
czarna pełna supłów bo urwała się parę razy) – przyp.mój
KLASA: Taaaaaak...
PANI T.: No i co o tym myślicie?
KLASA: Nooo.... może próbuje tym coś manifestować.....
albo chce pokazać jakiej muzyki słucha....
KLAUDIA: Ej no przestańcie ją obgadywać,
dlaczego pani obgaduje uczniów, dlaczego pani mówi o niej kiedy jej tu
nie ma..?!! To nie jest fair! (...) [tutaj szereg innych burzliwych protestów
i oskarżeń których pewien kolega zapomniał mi przekazać]
Morał z tego taki że nie znasz dnia ni godziny, kiedy nauczyciel obsmaruje ci tyłek przed klasą. I znowu ten sam problem co z wcześniej wymienioną koleżanką- niektórzy boją się być ze mną szczerzy.
Po szkole miałam 3 godziny wolnego bo lekcje
były skrócone więc z jednym kumplem wpadliśmy do drugiego kumpla na piwo.
A warka była nadzwyczaj słodka tego popołudnia.
I tak jest zawsze (niestety nie z warką)
– nie ma co robić- czyli problem 70% polskiej młodzieży szkolnej. Łażenie
do knajpy to nie wszystko co można robić po szkole, a tak się zazwyczaj
kończy. A co piątek zakrapiana domówka. Zwykłe marnowanie czasu według
mnie. Mogą tu pomóc jakieś zainteresowania, np. gitara, książka, cokolwiek
co pozwala się człowiekowi realizować, np. chwycenie za klawiaturę i napisanie
arta do AMu, nauczenie się nowego kawałka na gitarze („Hatebreedera” dajmy
na to), dokończenie zaczętego opowiadania etc. Jak twierdził Schopenhauer,
sztuka i muzyka to jedyne co umożliwia przetrwanie na ziemskim padole,
pozwalając duszy chwilami opuszczać więzienie jakim jest ludzkie ciało.
Z czym się w zupełności zgadzam.
Dobra, jak zwykle za dużo mówię. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do moich poglądów na anarchię: to że człowiek nosi naszywkę przedstawiającą A wpisane w okrąg nie musi od razu znaczyć że to zagorzały anarchista, który wierzy w utopijny świat bez władzy. Nie zgadzam się z ludźmi którzy twierdzą że świat bez nakazów i zakazów byłby rajem. Czy wy do cholery nie bierzecie pod uwagę jednostek chorych psychicznie, które zdążyłyby narobić niezłego zamieszania w tym waszym utopijnym „systemie bez systemu”!!?? A co z tymi, które nie umieją się hamować? Mało jest takich? Co ze zwykłą ludzką chciwością i okrucieństwem? One zawsze są częścią życia. Gdyby nie te wyższe ludzkie instynkty, życie w anarchii, owszem byłoby możliwe – lecz tylko gdyby ludzie byli wszyscy tacy sami – zawsze uczciwi i dobrzy, bez zapędów sadystycznych etc. A że sytuacja taka to czysta utopia, nigdy nie zaistnieje. W każdym razie nie w 38 milionowym państwie z bezrobociem przyprawiającym o skurcze odbytnicy.
Można rzecz jasna tworzyć małe społeczności, squady - jak w Wlk. Brytanii w latach ’70, gdzie te zrzeszenia punkowców były ich azylem od zgniłego od konwenansów świata rządzonego przez system. Przez wzgląd na to często żałuję że nie dane mi było urodzić się te 20 lat wcześniej.
Podsumowując: punk i anarchia – zabawa dla gówniarzy według jednych, droga życia dla innych.
Tym pacyfistycznym akcentem kończę lanie
wody w mózgi ofiar polskiego systemu edukacji.
Adrien Ihatemilk@interia.pl
Ps. Polemika pożądana. A może czyta to ktoś z mojej budy. Twe bluzgi are welcome, Aleksandro.
Ps2: tego peesa dedykuję koledze o ksywce the_chest_of_president, który to kolega swym artem „Anarchia-dyskusja z samym sobą” sprowokował mnie do przemyśleń.
Ps3: nie mogę niczego słuchać podczas pisania, bo wszystko potem szlag trafia i wychodzą gnioty
Ps4: słuchałam: Polly says her back hurts, she’s just as bored as me, she caught me off my guard, amazes me the will of intinct ...It isn’t me!! (ale z unplugged)
Ps5: nie wiem czy Q’nio przepuści te brednie [w każdym razie starałam się nie przeklinać i tym razem nawet nie zmieniłam płci; te skurcze odbytnicy to mi się ‘ot tak se’ wyrwały, bez zamierzonej prowokacji waszych żołądków do „pójścia na spacer przez otwór gębowy” (c by nie pamiętam kto)], ale jeśli jednak, to ciekawe z jakimże to złośliwym tytułem.
[Eddie: Wypraszam sobie! Jesli chodzi o zlosliwe tytuly, to ja tu jestem ostatnio za to odpowiedzialny. Sa nawet tacy, ktorzy mieli do mnie jakies pretensje z tego powodu. Pretensje oczywiscie, jak zwykle, nieuzasadnione :)))) ]
Ps6: a propos akapitu traktującego o kreatywnych sposobach spędzania wolnego czasu przez młodzież – chciałam jako art. wysłać fragment mojego pamiętnika, ale nie wiem na ile w AMie obowiązuje cenzura. Jest on bowiem miejscami nieco kontrowersyjny. Anywayz nie wiem czy opłaca mi się przepisywać go na kompa jeśli go i tak nie zamieścicie. A zresztą – i tak wam go wyślę.
Ps7: mój drugi problem – myślicie że Kącik Opowiadań zamieściłby opowiadanie z lekka erotyczne? Bo na dział główny nawet nie liczę.
[Eddie: Czy kacik to zamiesci, tego nie wiemy, ale panowie odpowiedzialni za dzial glowny z checia je przeczytaja ;) ]
Ps8: do Klaudii – kolejność jest schrzaniona,
ale skąd miałam pamiętać kiedy wasza grupa ma angielski !?