Zimny wiatr, który wiał od dwóch dni nic
nie zmieniał. Słońce, które chowało się za horyzontem też, noc, dzień -
wszystko to się powtarza. Zwykły szary człowiek wyszedł z domu. Poprawił
szal i założył czapkę. Nie zapiął się. Wykrzywił usta w uśmiechu i zmróżył
oczy przed resztkami śniegu kłującego go w oczy. Piękna pogoda - powiedział
sobie i ruszył bez pośpiechu w bliżej niokreślonym kierunku szkoły.
Przechodząc pod jedynym drzewem, ktore
rosło najbliżej spojrzał na chodnik. Pojawiło się nowe ptasie mleczko.
Jeszcze wczoraj nie siedział tutaj żaden ptak. Dzisiaj na górze tłoczyło
się kilkanaście nadzwyczaj hałaśliwych wron czy kruków. Przechodząc pod
drzewem niepewnie spojrzał na najniższe gałęzie. Całe szczęście żaden ptaszek
nic nie wydalił.
Kolejne niepośpieszne kroki w kierunku
szkoły. Zakręt i jest już z górki. Niestety, stety tylko do szkoły. Dlaczego?
Obok, po którejś ze stron rośnie kilka drzew. Te parę niewydarzonych, rahitycznych
krzaków przerastającyh nieco człowieka dumnie się zwie parkiem miejskim.
Przyblakła zieleń i krzywe gałęzie stanowiły kontrast z wielkimi drzewami
rosnącymi dumnie po przeciwnej stronie parku. Czasami gra tam kilka dzieciaków,
teraz zalegają zaspy i śmieci powyrzucane przez nierozsądnych przechodniów.
Przejście dla pieszych, praktycznie zerowy
ruch biorąc pod uwagę, że jest to krajówka. Bez problemów przeprawi się
na drugi brzeg asfaltowej, czarnej rzeki. To dopiero mniejsza połowa, jednak
trzeba iść do tej szkoły - powiedział sobie. Powolne, niepośpieszne kroki
zbliżające go do domu zagłady z czerwonej cegły, ktory jest póki co trampoliną,
z której można odbić się w niejasną przyszłość. Myślał. Myślał, jak to
jest być na studiach, jakie to uczucie, jak czuje się człowiek, ktory ma
przed sobą egzamin, jak czuje się po zdanym lub nie egzaminie? Na tych
rozmyślaniach zleciał mu kawałek drogi.
Kolejne przejście dla pieszych. Czerwone
światło. Nie staję. Nic nie jedzie od miasta, nic do centrum. Zerowy ruch.
Na ulicach pustki, żadnego przechodnia. Dziwny to dzień. Nawet nie ma po
co się śpieszyć do tej szkoły, pewnie z połowy nie będzie - dodał sobie
otuchy.
Przejście jak przejście, kolejny zakręt.
Opuszcza już Mickiewicza, małą uliczkę wielkiego człowieka, ktory bądź
co bądź jest znienawidzony przez uczniów za swoje dzieła, lecz - tu przyznał
- wiele osiągnął. Nieszczęśliwa miłość, skąd on zna ten motyw?
Kolejny park, który rzednie z roku na
rok. Ostatnio wycięli dwa wielkie drzewa. Dlaczego? Czy to było konieczne,
z resztą to było tylko drzewo. To nic, że rosło tu tyle lat, że jest starsze
od każdego z miasta, że mogło zakwitnąć, ktoś zdecydował inaczej.
Park przecinałą rzeka. Całe szczęśćie
jest most. Znowu pustka, tylko na tej samej co wcześniej krajówce śmignął
jakiś dufny w swoje siły kierowca. Cały park zalegał ciszą, tu i ówdzie
wiatr zawinął się tworząc drobną zadymkę. Zaczął padać śnieg.
Kolejne przejścia, do szkoły już blisko
- pomyślał - i zwolnił korku. W szkole pustka, każda klasa pusta, możnaby
chwycić ciszę za gardło. Czuć, że czai się za rogiem, czuć, że jest i tylko
czmycha przed czlowiekiem, aby zaraz potem zalec i zdusić jego kroki. Słabe
echo na korytarzu zamilkło. Stanął jak wryty. PRzekonany, że jest już za
późno starał się odwrócić. Zauważyła go. Charakterystyczna czerwona kurtka
z czarnym kołnierzem. Spojrzała na niego.
Cisza zarzucila swoje sieci, zapadla w
zakamarki i utwierdziła swoje panowanie w budynku zagłuszając każdy oddech,
tłumiąc bicie serca. Niepewny krok - on boi się - w jej stronę i odwraca
się. Za późno, spalony. A jednak zaczął zrywać nici sieci utkanej przez
ciszę, walcząc z nią i samym sobą podszedł. Spojrzenie na nią dało mu dowód
na to, że istnieje w rzeczywistści. Nie mógłby wymarzyć sobie takiego obrazu.
Odwróciła się w jego kierunu. Nieme spojrzenie w oczy i krótka chwila pauzy.
Świetne ujęcie dla dobrego reżysera - pomyślał - . Ułamek sekundy, mgnienie
oka i bezdenne otchłanie źrenic wypełniły się blaskiem. Nadzieja - wróciła,
niechciana i wygnana przez niego. Walcząc z samym sobą podszedł jeszcze
bliżej. Teraz dzielił ich tylko krok. Ściany pomalowane na pomarańczowo
zaczęły nasłuchiwać ich bicia serca. On odwrócił wzrok spojrzał za siebie
i spytał, powiedział: cześć. Cichy, przytłumiony głos rozległ się niczym
grom po korytarzu. Zabrzmiala równie głośna, cicha odpowiedź.
Nagle zmienil się plener. Nieznany park,
nieznana ścierzka prowadząca w głąb zapomianego ogrodu. Niczym ludzki umysł
stojący na skraju śmierci - przewijały się obrazy. Nagle wszystko ustało.
Pozostał park i niebo, ławka i zachodzące słońce.
Złote promienie słońca chylącego się niczym
goliat do upadku uderzyło ich w oczy tworząc ich włosów złote. Twarze do
tej pory szare zalśnily życiem. On niepewnie chwycił jej dłoń. Nie broniła
jej, oddała mu pola jakby w akcie zrozumienia. Kolejne spojrzenie w oczy
i w kierunku czerwonego nieba. Złoty krąg, pierścień życia znikł za horyzntem
dając i równoczeście gasząc nadzieję na następny dzień. Chwila zamyślenia.
Spadł kolejny płatek śniegu. Niepowtarzalna chwila, ktora mogłaby trwać
wiecznie. Trudno to określić obemu człowiekowi, ale to.. to było coś. Właśnie
to daje mu wszystkie uczucia, nadzieję, wiarę..
Czar prysł. Pozostałem sam przed komputerem
i "- pomyślał -" powinienem napisać, już drugi raz tego nie zobaczę tak
samo. Już drugi raz obraz będzie inny. Nic nie będzie takie same, kiedy
zapytam, kiedy odpowie lub nie. To co nigdy nie będzie stałe, to co jest
niepowtarzalne dla każdego i to co można nazwać okręgiem życia. Jest wzór
na krąg, ale punktów, wierzchołków jest nieskończnie wiele. A jest to tylko
uczucie. Całość uczuć to kula, która ma nieskończnie wiele punktów, których
liczby nie potrafi zobrazować żadna liczba, wzór. To właśnie to zawsze
nie jest takie same, to właśnie to nigdy nie będzie stałe. Nie można powiedzieć,
że wszystko już było, że wszysko się powtarza, że ma się obrzydliwe deja
vu życia, że ma się dość tych powtórek. Jednak ja w marzeniach nigdy nie
miałem deja vu nigdy mi się nie zdarzyło, że byłem sławnym człowiekiem,
nigdy nie powtórzyło się miejsce. Ludzie może tak, ale moje uczucia były
inne. Powtarza się w nich teraz jedna osoba, która jest punktem odniesienia
prowadzącym mnie w stronę życia. To właśnie ten punk nosi czerwoną kurtkę
z czarym kołnierzem.
Łukasz 'Splatch' Dywicki
splatch@wp.pl