Sufit na podłodze
1 luty 2003 p.n.e. Godzina około 7:00. Budzę się, słyszę krzyk dobiegający z drugiego pokoju. Zrywam się przerażony, zaraz babcia biegnie zobaczyć, co się stało. Nieszczęście. A w tym nieszczęściu szczęście. Sufit się zawalił. Nie cały, bo sam tynk. Miał on koło 4[cm]. To dość dużo, jak na tynk. Oberwał się z powierzchni 1,5[m] x 3[m]. Tuż nad łóżkiem mojej matki. Nie wiem jakim cudem wyszła z tego cało. Ma tylko guza nad brwią i na czubku głowy. Spadły takie kawały, że naprawdę mogły zabić. Jeden na stałe wciął się w skórzaną poręcz łóżka, że trudno go wyciągnąć. Również szczęśliwie sufit ocalił co cenniejsze rzeczy, w tym biblioteczki, telewizor, no i komputer. I tak nie wiem, skąd wezmą się pieniądze na naprawę tego wszystkiego. Mieszkamy w bloku, 2 pokoje z kuchnią + łazienka, mały przedpokój. Nad nami jest opuszczone mieszkanie, które to jest winowajcą. Nie jest ono wcale ogrzewane od siedmiu lat. Wilgoć się zadomowiła, poza tym z powodu niedoróbek w dachu przedpokój z mniejszym pokojem zostały kilka lat temu zalane na całym pionie. Mogło to runąć dzień później, kiedy byłyby moje urodziny. A blok jest starą konstrukcją z lat 60-tych, kiedy to robiło się wszystko na szybko i na ilość. Nasze mieszkanie jest usytuowane na pierwszym piętrze dwupiętrowego budynku. I w takiej sytuacji grozi również zawalenie całego tynku we wszystkich pokojach. Może reszta sufitu nie pójdzie na podłogę. Miejmy nadzieję. A myślałem, że jest źle... Jak człowiek mógł tak bardzo się mylić. Jeszcze dobry numer, bo goście z MPGKu pocieszyli, że niedługo sufit w całym mieszkaniu się zawali. Jest to również spowodowane wstrząsami przejeżdżających ciężarówek po pobliskiej E4, i w innych mieszkaniach na osiedlu również były takie przypadki. Teraz każdy szmer, każdy trzask, powoduje nagłe spojrzenie na sufit, czy przypadkiem nie zawali się na głowę. To tak, jakby żyć w czasie wojny i czekać na lecącą bombę. Więc ostrzegam, sprawdźcie poziom wilgoci w swoich mieszkaniach, tynk może odpadać również u ścian. I czasem spoglądajcie w górę. Wspaniałe budownictwo lat 60-tych. Chyba uważano wtedy, że Polska nie dotrwa do tych czasów, stawiając takie konstrukcje. Wtedy szybko powstawały nowe osiedla, a więc i tanio, niedokładnie, teraz też ludzie robią przekręty. Może i wszystko byłoby dobrze, ale znów przechodząc w kapitalizm wszystkie dziury w konstrukcji trzeba łatać z własnej kieszeni. Zupełnie, jak dać uszkodzony samochód za niską cenę, a po latach koszty remontu wynosiłyby sumy kilku nowych. Jednak co tu narzekać, swoje lata to wytrzymało, nawet więcej, niż przypuszczano. Wszak każdy nie mógł mieć willi i Mercedesa. Ostatnio, kiedy słyszałem jakieś trzaski, myślałem nawet, żeby postawić sobie stół na łóżku!
Trzy tygodnie później:
Sufit zneutralizowany, lecz remont nie skończony. Należało również wymienić instalację elektryczną na przystosowaną do unijnego prądu 230V, więc wszystko było rozkute. Gipsowanie i malowanie jeszcze potrwa. A tak to przenosi się rzeczy z pomieszczenia do pomieszczenia, kompa jakoś podłączyłem, ale o telewizji można pomarzyć. Cały czas coś się robi, niczego nie można znaleźć w tym bałaganie. Nie mówiąc o pożyteczności pyłów i kurzu. :( Co było dobre to również to, że od strony balkonu dom był ocieplany, uwaga, płytami tekturowymi! To już zabytkowe, jak i kable. Mówiąc o instalacji gazowej, to przez nieszczelne rury oraz zatkane kanały wentylacji (w niektórych łazienkach nawet otworów nie ma!!!) dwie osoby zatruły się na osiedlu. To nie pierwszy przypadek. A co działo się z dachem, jaki jest stan strychu, szkoda gadać. Jedyne, co nowoczesne, to teraz świeża elektronika oraz mój komputer (Duron 1300 – i tak cinki, ale z kasą cinko). Telewizor też ma z 10 lat. Niestety, moja rodzina nie ma pieniędzy, aby często coś wymieniać. Robi się to w ostateczności – kiedy nie da się tego naprawić. A mieszkanie nie jest ubezpieczone!
Slavik