Czy będziesz bił swoje dziecko? – to pytanie prędzej czy później musi zadać sobie każdy rodzic, i nie mówię wcale tu o przypadkach patologicznych. Wydaje mi się jednak, że moja odpowiedź byłaby tu trochę inna niż Splatcha, którego tekst miałam okazję przeczytać w ostatnim, 36 numerze AM.

Rodzicie nie biją tylko wychowują - polemika
Słówko o słusznych i niesłusznych karach

Kwestia sposobu wychowywania dzieci nie od dziś zaprząta głowy psychologów i już nie pierwszy raz pojawia się na łamach AM. Dowodzi to temu, że problem rzeczywiście jest ważny, a zdania mogą być podzielone. Jakimi argumentami posługują się zwolennicy klapsa? Ich zdaniem klaps czy kilka uderzeń paskiem od spodni sprawi, że dziecko będzie pamiętać, czego już nigdy nie powinno robić. - Dziecko wychowane bezstresowo - dowodzi Splatch - jest często potworem w skórze pięciolatka. Tyle czy brak klapsa za karę to synonim wychowania bezstresowego?

Wydaje mi się, że stosowanie kary cielesnej nie jest niezbędne w wychowaniu naszego dziecko na porządnego człowieka. W kochającej się rodzinie, gdzie dorośli nie używają bez przerwy słów na k... i p... już użycie delikatnej perswazji słownej (gdzie owo słowo na "k" nie posłuży "przypadkiem" jako dogodny przecinek) może być dla dziecka karą i pozwoli mu zrozumieć, czego robić nie wolno. Karą może być także ograniczenie dostępu do telewizji czy komputera, oczywiście pod warunkiem, że rodzic nie da się ponieść emocjom i nie wrzaśnie czegoś w rodzaju "masz szlaban na komputer do końca miesiąca/roku/życia", a kiedy już trochę ochłonie i uspokoi się, odwoła karę. Najważniejsze jest bowiem moim zdaniem ustalanie jasnych i konkretnych zasad - szlaban może potrwać jeden czy dwa dni, ale niezależnie od próśb i błagań dziecka nie można zmienić warunków w czasie odbywania owej kary. Wydaje mi się natomiast, że błędem wychowawczym jest "uszczęśliwianie" dziecka dodatkową godziną nauki czy - nie daj Boże! - czytania książki. Szkoła ma również jasne zasady i jeśli dziecko odrobiło już wszystkie lekcje, nie ma żadnego powodu, by zmuszać je do siedzenia przy biurku i gapienia się na sufit przez całą godzinę. Jeśli natomiast chodzi o drugi przypadek, brak chyba lepszego sposobu na zniechęcenie dziecka do książek niż zmuszanie go do czytania za karę. I jeszcze jedno - niezależnie od tego, co dziecko zrobi, rodzic nigdy nie powinien poddawać pod wątpliwość jego miłości. "Jak ty mogłaś to zrobić? Mamusia już cię wcale nie kocha." - wbrew pozorom takie dialogi można usłyszeć często. I choć najczęściej rodzice nie mówią tego poważnie, nie mają pojęcia, że dzieci wierzą w ich słowa często bezkrytycznie.

Splatch przytacza przykład kontrowersyjny - chłopca, który uderza swojego ojca. Uważa, że to wina sposobu zachowania. Cóż, bez głębszej znajomości całej sytuacji trudno mi tu cokolwiek powiedzieć. Wydaje mi się jednak, że również przy wychowaniu "półstresowym" (nazwa proponowana przez Splatcha) podobnych sytuacji nie da się do końca wyeliminować. Co więcej, nawet jeśli nie występują, warto zastanowić się dlaczego. Może dziecko nie podnosi ręki na rodzica, bo boi się lania, a w duchu myśli: "Jak będę taki duży jak tata to..." albo, co gorsza, "Ja też będę miał dzieci". Sposób wychowywania jest bowiem rzeczą, że tak powiem, "dziedziczną". Bardzo często wychowujemy swoje dzieci tak, jak my sami zostaliśmy wychowani, powtarzając przy okazji wszystkie błędy naszych rodziców. Ponadto, jeśli mamy złe wspomnienia z dzieciństwa, zdarza się, że bardziej lub mniej świadomie "wyładowujemy się" na swoich latoroślach. I rośnie kolejne pokolenie, które... też będzie mieć dzieci.

Nie jestem zwolenniczką "wychowania bezstresowego". Śmieszą mnie gwiazdeczki, słoneczka, buziaczki i wykrzykniczki stawiane dzieciom w początkowych klasach podstawówki, żeby zredukować stres związany z chodzeniem do szkoły i ocenami. Śmieszą mnie, bo doskonale wiemy, że życie nie jest bezstresowe... Rodzic nie powinien zatem spełniać wszystkich próśb dziecka i na wszystko mu pozwalać, nigdy go za nic nie karząc. Ale znam inne kary niż bicie...

Tawananna