Było wczesne przedpołudnie. Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik siedział w swoim gabinecie i znajdował się w szponach swojego nikotynowego nałogu. Nagle usłyszał on pukanie do drzwi. - Proszę - powiedział Michnik. Do gabinetu weszła sprzątaczka i zapytała: - Adaś, mogę tu przetrzeć kurze (Tak bezpośrednie zwracanie się do szefa wynikało z tego, że redaktor Michnik jest, jak sam mówi, na "ty" prawie z całym światem). - Nie krępuj się Hela - odparł Michnik.
Minęło kilka minut. Pani Hela kończyła ścierać kurze gdy do gabinetu weszła sekretarka redaktora naczelnego i oznajmiła: - Panie redaktorze, pan Lew Rywin do pana. - Lew - zdziwił się Michnik - a cóż on może chcieć? No dobra, niech wejdzie. Z gabinetu wyszła pani Hela mówiąc: - To na razie, Adaś, a wszedł Lew Rywin, przywitał się z Michnikiem i rozpoczął rozmowę: (Przepraszam za skróty przekleństw, ale Adam Michnik powiedział, że rozmawiając z Lwem Rywinem używał języka "knajackiego", aby się do niego (Lwa Rywina) dostosować.) - Adaś, k.... powiem prosto z mostu, jest zajeb.... interes do zrobienia. - O, to k.... ciekawe - zainteresował się Michik (- Dobrze, że często rozmawiam z Jurkiem Urbanem, dzięki temu mogę rozmawiać z Lwem tym jego "knajackim" językiem - w duchu pomyślał Michnik). - Możesz Adaś kupić sobie chol..nie dla ciebie korzystną ustawę, ale to będzie kosztowało - powiedział Rywin. - O d... blada, a ile - zapytał się Michnik. - No, 17,5 miliona zielonych. - O k.... - No wiesz Adaś, nie ma lekko. Mimo to przemyśl sprawę i jakby co, to dzwoń. No dobra, pójdę już, do zobaczenia. - Do zobaczenia, Lew - pożegnał się Michnik.
Minęło kilka sekund i do gabinetu Michnika wpadła zdanerwowana i blada jak ściana pani prezes Agory - Wanda Rapaczyńska. - Wandziu, co się stało? - zaniepokoił się Michnik. - Czy Lew był u ciebie? - zapytała Wanda Rapaczyńska. - Tak, przed kilkoma chwilami. - A proponował ci, żebyś mu wręczył łapówkę? - zapytała Rapaczyńska. - A skąd wiesz? - Michnik odpowiedział pytaniem na pytanie. - Bo mnie też to proponował. Adaś, musimy chyba iść z tym do prokuratury - powiedziała Rapaczyńska. - Wanda, czyś ty zwariowała? W naszych gabinetach dokonano przestępstwa, a ty chcesz iść z tym do prokuratury? Toż to niedorzeczne! - krzyknął Michnik. - Ale dlaczego? Ja do tej pory myślałam, że przestępstwa zgłasza się do prokuratury. - Wanda, jak ty mało znasz życie. W prokuraturze nikt nam nie uwierzy. Czy prokuratura potraktuje poważnie nasze doniesienie o korupcyjnej propozycji? Korupcja w Polsce? Wanda, kto w to uwierzy? Musimy sami zdobyć dowody, wtedy może nam uwierzą. - Co w takim razie proponujesz? - zapytała Rapaczyńska. - Musimy nagrać propozycję Rywina - powiedział Michnik - tylko jest pewien problem. Ja jestem technicznym beztalenciem i nie umiem obsługiwać dyktafonu. Ktoś musi mnie tego najpierw nauczyć. A to trochę potrwa. Ale nie martw się, Wandeczko, w tym czasie będę rozpowiadał, komu tylko się da, co zaproponował mi Rywin - powiedział. - Ależ Adasiu - zaniepokoiła się Rapaczyńska - skoro twierdzisz, że prokuratura ci nie uwierzy to dlaczego mieliby ci uwierzyć ludzie, których będziesz informował o tej aferze? - Wandziu - uspokajał Michnik - ja będę o tym rozmawiał na różnych imprezach i to dopiero w momencie, gdy ludzie będą już mieli w sobie trochę kieliszków. Wtedy łatwiej uwierzą. (Wieść gminna niesie, że w pewnym czasie po Polsce jeździły dwa autobusy: jeden informował naród o Unii Europejskiej, a drugi o aferze Rywina. Jeżeli więc czytający te słowa nie wiedzieli o aferze wcześniej to tylko przez przeoczenie.).
Po trzech miesiącach techniczne beztalencie Adam Michnik nauczył dość dobrze posługiwać się dyktafonem. Zadzwonił więc do Rywina, a ten zjawił się niemal natychmiast u Michnika. Adam Michnik, wyposażony w dyktafon, tak prowadził rozmowę, że Rywin powtórzył swoją propozycję. Gdy tylko Rywin wyszedł z gabinetu Michnik sprawdził nagranie i ... porażka. Okazało się, że pan redaktor wcisnął zły przycisk i w rezultacie nic się nie nagrało. Adaś natychmiast sprowadził Rywina z powrotem do swojego gabinetu i poprosił go, aby ten powtórzył swoją propozycję. - Adaś, ty coś k.... kręcisz - zaniepokoił się Rywin. - Ależ skąd, Lwie, ja po prostu nie dosłyszałem ile mam ci zapłacić. - Adaś, no co ty, przecież już dwa razy ci o tym mówiłem - odparł Rywin. - No dobra, k...., przyznam się. Tak naprawdę to lubię słuchać twojego głosu, jest taki silny, władczy. W ogóle uważam, że za mało się spotykamy - Michnik nie rezygnował. - No wiesz, Adasiu, tego się po tobie nie spodziewałem. A może lepiej, żebyśmy się nie spotykali. Ostatecznie jednak Lew Rywin powtórzył swą propozycję raz jeszcze, Michnik ją nagrał i za jakiś czas afera ujrzała światło dzienne.
Tak mniej więcej wyglądać musiały zdarzenia Rywingate, jeżeli przyjąć za scenariusz zeznania Adama Michnika przed Sejmową Komisją Śledczą. No cóż, zabawne. Aha, jeszcze jedno, Adam Michnik stwierdził beztrosko, że nie pamięta czy rozmawiał o całej sprawie z prezydentem. A kto by pamiętał o takich szczegółach? Należałoby jednak zadać pytanie: a dlaczego nie pamięta? Wielce szanowny redaktor naczelny twierdzi, że nie ma amnezji. W takim razie rada: Adasiu, gdy następnym razem będziesz na jakimś bankiecie, to pamiętaj, że spożywanie w nadmiernych ilościach napojów uchodzących za wyskokowe może mieć negatywne skutki. Koniec.
Jacek Stojanowski
Samozwańczy Sołtys Ciemnogrodu Polskiego
PS: Podczas pisania jednym okiem spoglądałem i jednym uchem słuchałem zeznań Adama Michnika. Były one głównym natchnieniem tego arta. Dziękuję Ci, drogi Adamie (po tych słowach powracający z Kopenhagi premier Leszek Miller w grudniu zeszłego roku namiętnie wycałował Adama Michnika. Wybaczcie, ale ja tego nie uczynię).
Mail to Jacek Stojanowski: ciemnogrod@hotmail.com