TEN ŚWIAT, ŻYJE DESZCZEM
Ciemno za oknem, a niebo jest ciężkie od
deszczowych chmur- szarych i złowieszczych. Nie pada jednak... widać krople
nie są jeszcze gotowe na to, by zaszczycić Ziemian swą obecnością. Zebrały
się tam, wysoko, ponad naszymi głowami i wolno odliczają minuty, sekundy do
finezyjnego upadku na wyschniętą glebę. Czekają tylko na odpowiedni
moment... muszą zostać sprowokowane. Chcą, by ktoś wywiesił pranie z
nadzieją na jego szybkie wyschnięcie. Chcą, by ojciec umył samochód przed
wyjazdem na ważne spotkanie. Pragną naznaczyć swą obecnością owoc ludzkiej
pracy... pokazać, że pochodzą od żywiołu i nikt nie jest w stanie ich
powstrzymać. Patrzę przez okno i niecierpliwie wyczekuję pierwszej z nich.
Czekam, aż z właściwą sobie gracją i powolnością spłynie po szybie ta mała
cząstka nieba... aż światło załamie się w jej obliczu tworząc tęczę...
ten "pryzmat rzeczywistości". Uwielbiam, gdy na dworze pada, a lekkie stukanie o
parapet tworzy niepowtarzalną melodię, którą umie zagrać jedynie deszcz.
Siedzę więc z nosem przyklejonym do szyby i wypatruję. Dziś jednak krople postanowiły
być uparte bardziej niż zwykle. Chmury krążą i kotłują się nad miastem,
a po ulewie ani śladu. Nie jestem zachłanna, wystarczy mi nawet
lekka mżawka. Nie będę jednak czekać na nią w nieskończoność...
Siadam na ławce
przed domem, a obok mnie leży mój wielki parasol. Patrzę w niebo. Ciekawe, że
ludzie czują się przygnębieni w taki dzień, jak ten. Owszem,
chmury są dość smutne, bo szare i na dodatek zaraz zaczną płakać, ale
przecież za nimi kryje się Słońce... ono też potrzebuje odpoczynku. Lubię
takie chwile, jak ta... szaro wokół do granic możliwości. Wszystko- drzewa,
kamienie, domy i ja- wyczekuje jednego... dżdżu. I nagle zrywa się lekki
wiatr rozwiewający moje włosy. Kładę dłoń na parasolce, niby na średniowiecznym
mieczu... jestem gotowa.
Dziwne jest uczucie pierwszej kropli na dłoni...
ledwo odczuwalny chłód zapowiadający nadejście życiodajnej ulewy... ulewy
mogącej również odebrać to życie. Przyglądam się delikatnemu kryształowi
leżącemu na mojej dłoni niczym najpiękniejszy diament. Po chwili na nosie ląduje
kolejna kropla pociągająca za sobą następne. Czuję na sobie żywioł, który
przysłania świat kurtyną niezliczonych koralików- dwa atomy wodoru i jeden tlenu... oto
cała
filozofia.
Płacze niebo. Płaczą chmury... domy i drzewa płaczą.
Płaczę ja. Patrzę na parasol, który nadal leży na ławce obok mnie- on również
moknie. Czuję, jak krople spływają po moich policzkach... to deszcz, czy moje
własne łzy? Cały świat pogrążony jest w rozpaczy... a ja wypłakuję się
na jego ramieniu.
Piękna jest Ziemia, gdy pada... piękniejsza jest,
gdy padać przestaje. Wychodzę z domu zauważywszy promień Słońca odbijający
się w lustrze. "Już wyschłam"- mówię do mamy. Ławka, na której
jeszcze godzinę temu siedziałam, przykryta jest różańcem tęczowych pereł.
Patrzę w niemal błękitne teraz niebo i zastanawiam się nad potęgą, którą
przyniosły nieobecne już chmury. Jedna kropelka może zrobić krzywdę najwyżej
mrówce, natomiast fala podczas sztormu zatopi statek. A przecież jedno i
drugie to "jedynie" dwa atomy wodoru połączone z samotnym
atomem tlenu...
Z liści
drzew mozolnie spadają ostatnie ślady ulewy:
Kap... kap... kap.
Kap...
kap.
Kap.
Kap.
...
Kap.
...
...
Ka...p.
Żywioł niszczący efekty dziesiątek lat pracy człowieka. Widzę jego piękno, jednak odczuwam przed nim respekt.