Wieczorem poszedłem do kolegi odzyskać moje CD-A. W drodze powrotnej zobaczyłem człowieka pochylonego, wyżucającego z siebie hektolitry soków trawienno-żołądkowych i napojów wyskokowych (czyli żygał), opartego rękoma na słupkach zabezpieczających wstęp do alei przed wjazdem pojazdów czterokołowych weń. To był pijaczek, mój sąsiad, który kiedyś, czyli 20/30 lat temu, był szanowanym obywatelem Polski i naszego miasta Szczytno. Był wykładowcą na uczelni Kortowo w Olsztynie. Miał żonę i naprawdę piękną córkę (skąd wiem, że piękną? jej zdjęcia można było niedawno oglądać na okładce playboy'a, ponieważ ta jego córka to nikt inny jak polska Pamela Anderson), duży, piękny dom stojący obok naszego. Niestety ja nie znałem go wcześniej, bo w czasach jego świetności nie było mnie jeszcze na świecie. I też niestety Pan X (tak go nazwę) stracił pracę na uczelni, a że nie potrafił nic innego robić zaczął pić, staczać się powoli do takiego stanu, że jego żona z córeczką musiała go opuścić. Prawdopodobnie do dzisiaj toczy się sprawa podziału majątku, ale żona zabrała pieniądze, a zostawiła działkę i dom. Rodzice mówili, że to był piękny dom, z zadbaną działką i cudownym sadem, w którym rosły również cudowne owoce. Pan X jeszcze bardziej pogrążył się w stan depresji, uzależnienia alkoholowego, i tak też przez cały ten czas, aż do dzisiaj, gdy pan X dostanie rentę od razu ją przepija. Czasami kupi coś do jedzenia, ale prawie zawsze(!) chodzi pijany. Z pięknego domu zrobiła się samotna melina, a posesja zarosła tak okropnie, że nocą nieprzyjemnie się tamtędy przechodzi. Ale nie można mówić samych złych rzeczy, ponieważ regularnie na wiosnę uprawia swój malutki ogródek sadząc na nim buraki, marchew etc. Natomiast zielsko wokoło jego domu jakiś czas temu postanowił wytępić. Wykopał trawę tworząc dół na głębokość metra i zastąpił to głazami pozbywając się jednocześnie dokuczliwej zieleni. Dziwne? Może i tak, ale to świadczy o tym, że z porządnego człowieka coś mu jeszcze zostało, że gdzieś w głebi jego duszy istnieją natchnione pierwiastki szlachetności, które co jakiś czas budzą się i dają o sobie znać. Chociaż by również dlatego, że zawsze gdy mnie widzi na ulicy to mówi mi "Dzień dobry" z uśmiechem na twarzy. Miło jest go takim widzieć, a niżeli zalanego w dechę. Wielu ludzi, znajomych (nie ma rodziny) próbowało mu pomóc odwlec od tego strasznego nałogu, ale na nic się to zdało. I tak zniszczył sobie życie, stracił jedynych najbliższych, przyjaciół, ale nigdy nie próbował targnąć się na własne życie. Dlaczego? Miał silną wiarę w to, że będzie lepiej. Ale nigdy nie było.
PS. Wnioski wyciągnijcie sami z tej historii i piszcie: vivaldek23@wp.pl, qnik@poczta.fm
VIVALDEK