Myśleć chwilą - oda do świata.
Jutro sprawdzian, jutro powtórka, jutro kartkówka, jutro siedem lekcji. Zaczynam się denerwować. To normalne. Każdy by się w takiej chwili denerwował. Ja też. Ale jest już późno, nic więcej nie zrobię, nic więcej się nie nauczę, pozostaje mi tylko pójść spać. Ale nie chce. I tak bym nie zasnął. Ta cholerna bezsenność...
Otworzyłem okno, owinąłem się kołdrą. Oparłem się o murek i patrzyłem. Albo i nie patrzyłem. Po prostu siedziałem. Myśli w mojej głowie kłębiły się, wszystko wracało do następnego dnia. Te sprawdziany, te... Cholernie zimno jest, wiecie? Minus szesnaście podobno, ale założę się, że jest więcej. Siedziałem, marzłem, patrzyłem.
Dostrzegłem.
Piękna gwiazda, ale... nie ma jej. To tylko wspomnienie. Jak ja chciałbym zobaczyć teraz gwiazdę! Ale jest tylko wspomnienie. Jednej gwiazdy. Całej konstelacji. Kocham gwiazdy. Kocham te malutkie, migoczące na niebie punkciki. Ale nie było ich.
Za to był księżyc. Taki wielki, okrągły, jasny. Już wiem, co oznacza zwrot "srebrzyste światło księżyca rozlewało się...". Teraz wiem. Jest pięknie. Kocham księżyc. Kocham, gdy tak cudownie daje o sobie znać, gdy tak cudownie roztacza się nad światem, odbija światło od słońca. Je też kocham.
Kiedy oświetla, daje nadzieję, budzi nasz świat. Kiedy razi, kiedy ogrzewa...
Lekki wiaterek omiótł moją, prawie zupełnie schowaną pod kołdrą twarz. Dreszcze przebiegł po mnie. Chłonąłem to całym ciałem, całym sobą. Było to we mnie - ja byłem tym. Kocham wiatr. Kiedy tak delikatnym ruchem dotyka nas, pieści. Zupełnie nieświadomie. Bo jak wiatr mógłby być świadomy? Ale go kocham.
Tak jak gwiazdy, jak księżyc, jak słońce, jak... wiatr. Tak, właśnie jak wiatr. Tak go kocham.
W odpowiedzi wiatru zobaczyłem, jak malutkie listki na drzewie poruszają się, szumiąc przy tym przyjemnie. Tak niewinnie, a zarazem strasznie - bezrozumnie. Jak mogę tą granicę rozróżnić? Czy ten szum jest właśnie taki nieświadomy, czy może on to robi z premedytacją? Żeby nas przestraszyć? Ale czym? Kocham go. Kocham, gdy szum malutkich listków rozwiewa się, dając mi... uczucie... wędrówki. Wędrówki po nieznanych, dzikich krainach, gdzie śpi się pod gołym niebem. Podoba mi się to. To jest dobre. Kocham to.
Przyjrzałem się tym malutkim listkom. Dawały się ponieść wiatru, nie baczyły na siebie, były czymś, co całkowicie zdaje się na kogoś innego. A było ich tak mało... W końcu jest zima, listki nie mogą jej przetrwać. Szkoda. Ale i tak je kocham.
Przede mną było pole. Pole śniegu, który niczym kołdra mnie otulająca owijał cały krajobraz. Piękny. Biały, nieskazitelny, czysty. Czy jest ktoś tak czysty jak on?
Tak.
My - ludzie. Z daleka piękni, nieskażeni, ludzcy. A z bliska? Tak jak ten śnieg. Nie jest już biały - widać na nim plamy, widać, jak miesza się z ziemią, a nawet z brudem. Znajdziesz na nim ślady - nie jest już taki idealny.
Ale go kocham. Za to, co nam daje.
W oddali las, gdzieś tam skute lodem jezioro. Nade mną niebo, przede mną śnieg, pola. Za mną mój pokój - przyziemność. Wróciłem. Tamten świat zamknął się za mną. Wiem, że teraz już do niego nie wrócę, zbytnio bym się o to starał. Ale może jutro.
A tymczasem wróciły myśli, które w tak miły sposób opuściły mnie na czas... Podziwiania.
Przypomniałem sobie o teście i tym wszystkim innym. Ale nie obchodziło mnie to. Już nie, przez tą chwilę odnalazłem coś pięknego, coś, co widziałem już nieraz.
Ale dopiero teraz doceniłem. Doceniłem gwiazdy, doceniłem księżyc, doceniłem słońce, wiatr, szum, listki, pola, śnieg. Pokochałem świat, nauczyłem się cieszyć chwilą.
Widzieć rzeczy oczywiste, jako nowe i odkrywać to, co już znałem. Odkrywać prawdziwe rzeczy. Otworzyłem oczy.
Cieszę się tą chwilą. Kocham żyć. Kocham świat.
Kocham.
Napisałem wiersz odnośnie tego:
"Oda do świata"
Niczym rzeczywistość oplatają mnie wspomnienia,
Jakby chwast wyrodny oplątują mnie całego,
Przelatują przed oczyma ich mgnienia,
Oczekując krzyku złości mego.
Widzę sny czarne i koniec swój marny,
Widzę rozpacz smutek i zwątpienie,
Nadchodzące jako stwór nieczułości koszmarny,
Jak szukające pomsty okrutne cienie.
Szukam dla siebie koca ciepłego,
By wyjść na świat zimny, okrutny, bezwzględny,
By wyjść ze schronienia bezpiecznego,
Na świat... Piękny.
Ten świat to kruczo zasłana noc,
Która niczym pokusa ogrania mnie całego,
I wtedy z sił całych krzyczę o pomoc,
Która nadchodzi z firmamentu boskiego.
W całunie smolistym nadzieję ofiarowują;
Może i wydają się jak ziarenka grochu małe,
Lecz rozgoryczone serce odczarowują,
I w rzeczywistości są... wspaniałe.
Gwiazdy.
Kocham je.
Wraz z nimi znaki daje srebra kula,
Nad łąkami, polami i lasami świeci.
Nadciąga wspomnienie czarnego Nazgula,
Którym straszy się niewinne dzieci.
Patrząc na świat srebrem cudownie zalany,
Odchodzę od fizycznej rzeczywistości,
Oddalam od siebie wszystkie eteryczne rany,
Poszukując w sobie wewnętrznej jedności.
Księżyc.
Kocham go.
Na twarzy bólem usłanej pocałunek składa zefirek... łagodny?
Chłód dreszczem miłym wstrząsa ciało całe,
Na twarz wstępuje uśmiech pogodny,
Wiatr nieświadomie sprawia przyjemności małe.
Szum listków drzewa młodego harmonię burzy,
Burzy...? I zarazem jednoczy świata zgodność,
Czy Stwórcy ten dźwięk przepiękny służy?
Czy może nam daruje swą godność?
Wiatr liśćmi szumi.
Kocham gdy go... świat nie tłumi.
Gwiazdy nas nadzieją obdarowują;
Księżyc ukojenie myśli przynieść potrafi;
Liście obojętność prezentują;
Wiatr nas swą hardością utrafi.
Kocham żyć.
Faramir