Awans - AWANS!!! - i po awansie...

Już na początku chciałbym uprzedzić, iż tekst jest bardzo długi, wyczerpujący temat niemalże w stu procentach, dosadny, z dużą porcją ironii, sarkazmu i innycha takich rzeczy. Każde elementy wyjątkowo rozbudowany powinien dać czytelnikowi jakiekolwiek pojęcie o autorze, a ten pisał tenże art nie pod wpływem emocji, a przemyślanych działań i posunięć. Gorąco zapraszam. Gwarancję wam daję taką, że nie uśniecie w połowie tekstu. Mur beton, jak to się mówi.

SLY POPISUJE SIĘ SWOJĄ NIEZAWODNĄ PAMIĘCIĄ

Deyna, przejmuje piłkę w środkowej strefie boiska, mija zwodem jednego z Włochów, pędzi ku bramce rywala, zaraz następny pomocnik próbujacy mu przeszkodzić - bezskutecznie jednak, jeszcze jeden... długie podanie na prawo do Laty, ten pokazuje swą próbkę dynamizmu i nieprzeciętnych możliwości, ośmiesza jednego z bocznych obrońców występującego na lewej flance, przekłada piłkę na prawą nogę, dośrodkowuje... LATO, LATO... SZARMACH, SZARMACH - GŁOWKA - GOL!!! Któż nie pamięta tychże słów bodajże Jana Ciszewskiego, nieżyjącego już wspaniałego komenetatora, ostoję polskiej sceny mówionej, wielkiego autorytetu? Ale czekajcie... Szarmach, Gorgoń, Żmuda, jeszcze raz Gorgoń, Kasperczak - tak, piękna wymiana z przysłowiowej klepki, zagranie prostopadłe do wybiegającego Gadochy, ten natychmiast odgrywa do stojącego za nim Deyny przebiegając jednocześnie w inną stronę boiska powodując opróżnienie i usamowolnienie tamtej strefy boiska. Tragicznie zmarły były legionista wpadł na pomysł, że urządzi sobie slalom, kolejno zakładając siatkę defensorowi makaroniarzy... następnie jeszcze jednemu, i znów niespodziewane podanie, szybka wymienność pozycji, gra na dwa kontakty, umiejętne skracanie pola gry, zero poczynań (w sensie artystycznego waloru gry) defensywnych, liczy się tylko gra do bramki przeciwnika, na "tak", do przodu, jak trener każe, a jak ktoś każe, to tak grać trzeba. Znów Lato, Boże - jak on to pięknie zrobił - PODAJ, podaj! - zagrał na prawą flankę do kolegi z zespołu (zobacz, w środku Deyna!) a ten nie namyślając się długo, oddał do polskiego rozgrywającego (słowo playmaker chyba nie pasuje...), przyjęcie... popatrzył, nie ma nikogo na sicie, ustawił na prawą nogę, już huknąć miał na bramkę, obrońca włoski zamurował jednak linię strzału, niemniej... "PRAWA, NIE - LEWA, PRZEŁOŻYŁ PIŁKĘ NA LEWĄ NOGĘ, POPATRZYŁ W KIERUNKU BRAMKI I HUKNĄŁ LEWĄ JAK LECI... LECI... GOL!!! GOL - DEYNA - PROSZĘ PAŃSTWA, 2:1 DLA POLSKI!!!...". Piękna gra polskiej reprezentacji. Piękna, efektywna, nie wykluczając efektywności.

SLY POWOLI WYJAŚNIA, W CZYMŻE TKWI DIABEŁ

Tak zapewne wielu z Was się zastanawia, o czymże to ja powyżej mówię. Ni to przeca ładu się trzyma, ni logiczne czy w miarę sensowe. Laik (typowy szaraczek, dla którego piłka nożna ogranicza się do włączenia kanału sportowego i obejrzeniu jakiegokolwiek spotkania, byleby tylko oglądnąć, nic więcej) - choć przypomnieć sobie będzie chciał, o czym tutaj mowa, nie uczyni tego. Tak oto, w sposób może lekko chaotyczny i wymiszmatowany :), przedstawiłem krótką, rzeczową i lakoniczną historię meczu Polska:Włochy. Że co, że nie widziałeś?! Grzechu takiego wyzbądź się czym prędzej, sugeruje pójście do księdza w trybie natychmiastowym. Nikt nie pozostawał wówczas obojętny na polską piłkę i cieszyła się ona niemałą popularnością. Nie ma się praktycznie czemu dziwić, popisy rodaków, gdziekolwiek by się nie pojawili, były przedniej marki, a ich gra odznaczała się fascynującymi atakami ofensywnymi, istną maestrią w grze defensywnej, nietypowy i nieszablonowymi, jak na tamte czasy, dodajmy, wariantami skrzętnie realizowanymi podczas spotkania. W niepamięć nie może odejść spektakl, jaki przedstawiły nam oba fantastyczne jedenastki, a które to stworzyły widowisko nie mogące niezadowolić absolutnie kibica, nawet jeśli ten emanowałby niewyobrażalną wybrednością. Podsycającym aspektem, drugim smaczkiem i "przygrywającą muzyczką w tle", był legendarny już głos pana Ciszewskiego i jego sposób wypowiedzi, do dziś bodajże niezastąpiony, a i wątpie, by ktoś był w stanie chociaż zbliżyć się do poziomu Mistrza. O ile Tolkien tymże był jeśli chodzi o pisanie epickich ksiąg, to tyle Ciszewski rządził wtedy niepodzielnie na stołku komentatorów sportowych. Niekiedy do ucha (do dziś niektóre pamiętam) wpadają jego wypowiedzi, czasem nawet pomyłki, ale nie można dziwić się osobie, która w tak ważnym meczu, emocjonując się spotkaniem, nie popełniłaby jakiegoś błędu. Obrazując Wam pierwszy akapit (o ile jeszcze nie doszliście do odpowiedniej dyrektywy), cała ta plątanina zdań, trzykropków, szamaniem dużych i małych liter, mnóstwa znaków interpunkcyjnych, jest podejściem doń (do meczu, rzecz jasna) mojej osoby, nawet - patrząc również z perspektywy przeciętnego kibica, a dodatkowo wszystko dogrzane zostało (aby lepiej smakowało) wstawkami wypowiedzi Mistrza Jana. (co smaczne wyroby czekoladowe robi.:)) No tak, może i coś z tego jest, teraz posiada to jakiś sens, ale do czego ja niezłomnie dążę? Jaki cel przyświeca temu, że przytoczyłem moim okiem widziane odpowiednie wspomnienia z historii, czasowy piłkarski kalejdoskop, fragment o tyle piękny, że zwycięski, z poczuciem dumy, zwycięstwa, triumfu? Samo pytanie można zaliczyć do retorycznych. Odpowiedź może być tylko jedna i tak oczywista, jak oczywistym faktem jest to, że... Wisła w konfrotnacji z słabym (absolutnie nie boję użyć się tego słowa!) Lazio nie sprostała i oczekiwaniom, i własnej psychice, i chyba świadomości, że można tenże zespół bez najmniejszych problemów wyeliminować z solidną zaliczką bramkową. Prolog niniejszym kończę, limit wyczerpany, łamać znów się trzeba czas, na płakanie jeszcze się zbierze.

SLY SKAZUJE SIĘ NA EKSTERMINACJĘ :)

Punfluktuiczne i asertywne zachowanie jest tylko wynimistycznych entrofeum degrongelady, opatrzonej symbolem FD, czyliż defantylilnym introspektum mistycznej sieci przekonań, wielkich żołdaków Czarnego Władcy, żony pastora z "Akademii Pana Kleksa", konwersacji na temat Pottera, czy dywagacjami unofirmystycznymi efelum dubusta. Toż to czyste przekonanie faumii mandegaweńskiej, Laulus Mustus, prącikami dendla i frędzla...

... może skończę? Przyznaj, że jesteś w szoku? Nie tyle formą słów i ich znaczeniem (kompletnie do siebie nie pasującym!), co poziomem umysłowym autora, a raczej jego skrzętnego zdezelowania. Tak, psze państwa, macie rację - jak zawsze się mylicie. Wiecie, dlaczego tutaj nic do siebie nie pasuje, psuje kontekst, słowa rzucone są na pastwę losu, forma ich zaskakuje, one zaś same są niezrozumiałe i wydmuchane (niektóre) z powietrza? Tak postanowiłem zobrazować nie tyle mój reprezentowany poziom intelektualny czy potencjał inteligencji, ale SZOK oraz ŻAL, NIEZROZUMIENIE po... ODPADNIĘCIU WISŁY KRAKÓW. Sami widzicie - małymi, drobniutki wręcz kroczkami zbliżamy się do meritum tekstu, jego przesłania, dobrych i złych stron, jakichś opinii czy absurdu, ekstrewagancji, abstrakcji tudzież groteski, ironii i sarkazmu. Dalej nie rozumiecie poprzedniego akapitu i uważacie mnie za nietypowe bydlę, które powinno dziennie się obładowywać zardzewiałymi grabiami, które powinno się leczyć, powinno...? Ale nie umiem inaczej. Inaczej, znaczy normalnie i konformistycznie. Straszną rzeczą jest, jeśli przepada coś pod wpływem takich nieprzewidzianych sytuacji, że i Bóg się powinien zastanowić.

Tamtem akapit nie ma sensu. Nie ma - i tyle! Jest banalny, głupi, szokujący. Uosabiający... POCZYNANIE WISŁY KRAKÓW W IVRUNDZIE PUCHARU UEFA, A DOKŁADNIEJ - JEJ ODPADNIĘCIEM Z DALSZEJ RYWALIZACJI, zasadniczo spodziewanym, "bo Lazio, bo wielka firma, bo Chiesa i ktoś tam jeszcze, bo...". Ale będąc już przy końcowym etapie, nagle wszystko skomplikowało się, skolidowało, po czym następiła - miast euforii i fury radości - gorycz porażki, jej smak, doznanie. A wcale tak nie musiało być. Nie musiało. Osoba mego pokroju ({realistyczny optymista:)) nie może przyjąc do zrozumienia, jak Wisła, mająca praktycznie awans w kieszenii z kompromitującym się na rynku europejskim Lazio, mogła sama doznać kompromitacji?! Nie jestem typem kibica, który w chwilach, kiedy coś idzie po nie naszej myśli, nagle ujawnia swój dwulicowy fanatyzm i narzeka, ile popadnie, szastając na lewo i prawo opiniami, które wstyd przytoczyć przed szerszą publicznością. Nie, to nie jest tak. Sumienie nie pozwala mi zapomnieć, a i ciągle zadaje pytanie: jak można było przegrać? I Dlaczego? Nie rozumiem. Tak jak Wy nie rozumiecie akapitu powyżej. Wisła była faworytem potyczki z rzymskim klubem... Ale niepodzianki się zdarzają potwierdzając leciwą już tezę, że esencją futbolu jest nieobliczalność i ogrom niespodzianem. A po dwumeczu, który przeszedłszy do historii, po raz kolejny splamił naszą ekipę, jednoznacznie można było powiedzieć, że piłkarsko krakowianie prezentowali się w świetle o wiele korzystniejszym. Ale cóż - życie jest okrutne.

SLY UBOLEWA NAD KRAJOWYMI PLACKAMI

Uposzczenie, jeśli chodzi o polskie drużyny, a przede wszystkim ich niemożność osiągnięcia jakiegoś dobrego (dla Polaka sukcesem jest już awans do II rundy) rezultatu na arenie międzynarodowej, w pucharach UEFA, nie wspominając o Lidze Mistrzów, która notabene jest dla nas nieosiągalna całe już wieki, jest nieprawdopodobnie wielkie. Wiekiem jest przepaść dzieląca ówczesną LEgię w sezonie 1996 i rodzime formacje klubowe do roku 2002. Jeśli jednym słowem można by ocenić tąże przestrzeń czasową, nasuwa się tylko "pustka", "zaciemnienie", "szarość". Trza więcej przytaczać? Sądzę, że nie, bo przeca każdy czytelnik zapewne to wie, o czym mowa. Lata świetności są tylko czystą opowiastką w "baśniach", odnośnikiem, podczas którego "... grali pięknie, genialnie konstruowali akcje, równorzędnie grali z potęgami piłkarskiej elity...". Jeszcze kilka miesięcy temu historie te były niczym innym, jak hiperłączem. Legendą. Cholernie nam bliską i dobrze znaną. Mimo, iż to już raptem lat siedem, mnóstwo osób pamięta z tamtego okresu wyniki, większość bramek, dramaturgię, te emocje - te właśnie, tak nam teraz niedoskwierające. Bo udowodnione już chyba jest, że Polacy żyją wspomnieniami. Rzecz jasna, "teraz" w tym wypadku osiąga wartość "przed poczynaniami Wisły w Pucharze UEFA". Uposzczenie te było straszne, dosłownie miażdzące nas, ale też powodujące u błogich zachodnich firm kpiny, ażeby nie stwierdzić pobłażliwość i sarkastyczny śmiech. Tak oto jednak, w momentach najmniej niespodziewanych, gdy już powoli nadzieja nadzieją być przestawała, gdy widząc piłkarskie kalectwo i coraz większe borykanie się z problemami finansowymi w niektórych klubach, gdy polska skopana miała wizję przyszłości jako nieciekawą i jeszcze bardziej szarawą niż dotychczas, tak nastąpiła rzecz zdaje się niemożliwa. Nasz - polski, rodzimy! - klub odniósł niemały sukces. Tak "wielki", że przez następnych 40 lat możemy dać sobie spokój, żeby nie pospieszać kibiców, którzy jeszcze nie zdążyli nacieszyć się wynikami sprzed lat 7, i którym to nie skończył się pełen asortyment przekazu informacji na tenże temat. Pojawią się bezsprzecznie zdania w stylu, jak to "Wisła Kraków w roku 2002 grała...". No, pomyślmy, po co się przemęczać? Co za dużo to niezdrowo, a Polacy, mimo iż na sukces są niesamowicie uczuleni, jakoś zrozumieją tą nonszalancję w działaniu i ich nadzieje zostaną spalone na panewce. Pozostaną wspomnienia. A tu - była TAAAAKA szansa, TAAAAKIE możliwości, TAAAAKIE zaplecze i forma, a skończyło się tak, jak operacje finalizowane przez polski rząd, czyli źle. Bo odpadnięcie jest ZŁYM ZWIASTUNEM. I faktem, bo - jak już wspomniałem - przejście włoskiego cattenachio nie byłoby wcale żadną sensacją, tym bardziej jeśli popatrzymy na opinie znawców futbolu, twierdzących jednogłośnie, że Wisła to jest ktoś, solidna ekipa, grająca bardzo ofensywną piłkę i najzwyczajniej, będąca w dwumeczu zespołem zdecydowanie lepszym! Nie mydlmy sobie panowie oczu nawzajem i nie rzucajmy takich łapczywych spojrzeń, powiedzmy wprost: WISŁA JEST LEPSZA OD LAZIO! WISŁA JEST POTĘGĄ EUROPEJSKĄ!

Uwertura do wiosennej rundy rozgrywek była jak najbardziej fascynująca. Jakkolwiek jednak porównywać by szanse krajowych zespołów w nieuniknionej konfrontacji z Wisłą, ta wyraźnie bryluje nad rywalami i od reszty dzieli ją przepaść. Miniony sezon, kiedy to krakowianie nie zdobyli tytulu mistrza Polski, zaoowocał zainicjowaniem nowego stylu gry. Praktycznie teraz mielibyśmy dużo większe szanse na jakikolwiek "rozdział" w Lidze Mistrzów z udziałem podopiecznych Kasperczaka, niż marne zaprezetnowanie się przez warszawską Legię. Piłka jest jak najbardziej okrutna. Tnie niczym gilotyna, wszystkich, wszystko i po wszystkim. Nas wyjątkowo zcięła w zad tak mocno sprawiając taki ból, że hola! Tak oto, gdy majstersztyk Wisły mógłby się ujawnić na najważniejszym z pucharów, tak ominąć się musieliśmy smakiem i zadowolić "Zaledwie" Pucharem UEFA. Ach, i gdzież ta sprawiedliwość... Ale nic, nie mąćmy tutaj sobie życia, maksym nie zmieniajmy, płaczków nie wylewajmy. Nic nie wskazywało na frontalny atak. Siła rażenia porównywalna z atakiem na Omaha Beach.(w sensie tymże, że Amerykańce raczej nie spodziewali się takiegoż przyjęcia.) W ciągu ledwie kilku miesięcy dokonano gwałtownych teoretycznych zmian, szczególnie w taktyce, popracowano nad tym elementem, do tej pory nie tyle najbardziej szwankującym, co niedostatecznie udoskonalonym na klasowe zespoły typu Schalke czy Parma. Kasperczak, zważywszy na jego ogromne doświadczenie, czyliż prowadzenie kilku reprezentacji, odniesione sukcesy na polach francuskiego reżimu, dał jednoznacznie do zrozumienia, jak i gdzie odpowiednio trza poustawiać klocki, by te pasowały do siebie idealnie. Czy klocki się wyłamały? Trudno powiedzieć, ponieważ gra taktyczna Wisły mogła się naprawdę podobać. Typowy europejski futbol. Niegłupie i konsekwetne idealizowanie Kasperczaka (nawet dosyć śmieszne ironizowanie w wywiadach) stworzyło z niczego coś. Coś wartego wstępu, rozwinięcia i zakończenia, uwiecznienia i zapisania. Tak oto, na pobojowisko wkracza polska drużyna. Polska - nasza - futbolowa nacja klubowa! Czy Wyście państwo rozumiecie, jakie to ma w tej chwili znaczenie, po tym kompletnym nieurodzaju?! To brzmi dumnie, to brzmi europejsko.

SLY PREDYSTYNUJE WISŁĘ DO PUCHARU

Każdy kibic zastanawiał się zapewne, ile może trwać ten sen? Był on aż tak piękny, że aż nieprawdziwy. Biada tym, co chcieli go przerwać przed spodziewanym zakończeniem, którym było... pojawienie się na boisku w Sevilii, czyli walka w finale Pucharu UEFA! Sen szalony, absolutnie odbarzony fantazją, skrajnie tajemnicą i... właśnie, nie wiem czym. Tymże "czymś", co do sprecyzowania jest równie trudne, jak rozwiązanie sławnego już dziś Rywingate. Powiedz szczerze, ty nie chesz się obudzić, przestać śnić na jawie, marzyć o triumfie... Też tak trwała sielanka i u mnie. Myślawszy często w sposób "dobra, Primorje, Parma dwa, Schalke trzy, Lazio - phi! - Besiktas, reszta, finał, dziękuje, Wisła Kraków" chyba sam nie zdawałem sobie sprawy, jak ta cała nagonka medialna wokół krakowian odbiła się na mnie. Bo dnia i nocy nie było, kiedy bym to o meczu nie myślał. Tymczasem zamiast szybkiego "raz, dwa... pięć, finisz, WIsła, dziękuje" mamy tylko "raz, dwa... co jest po trzy?". Oto właśnie pozostaje niedosyt i niesmak kilkumilionowej widowni, głęboko zapatrzonej na stadion Reymonta, stabilność finansowo-organizacyjną, odliczającej tylko dni do finału. Tak, może i do finału - człowiek nie takich rzeczy w snach dokonywał, ale finał ten niestety będzie nie dla nas. Przynajmniej, nie w tym roku. Co rani mnie w stopniu równym jak fryzjerska brzytwa. I drugi raz kopie po zadzie, dodajmy.

SLY WREEEEEEEEESZCIE ZACZYNA MÓWIĆ NA TEMAT - PIERWSZE II RUNDY :)

Pierwszym sparingpartnerem, bo tak można było powiedzieć o przeciwniku, było słoweńskie Primorje. Krótkie dwie wymiany, rach-ciach, finito, game over... dla rywala, następna runda. Bo my jesteśmy... - już mieliśmy zaczynać swoje wyskokowe show, kiedy nadszedł mecz z Parmą, więc wstrzymaliśmy na chwilę oddech, by później szybko powiedzieć i dokończyć -... Wisła Kraków! Tak, Parma, aj - to były mecze. Piękne. Efektowne. Wspaniałe! I prowokujące los. O ile przegrana w dobrym stylu na boisku rywala jeszcze do zawrotów i samodestrukcji nikogo nie doprowadzała, to już mecz w Krakowie owszem. Jaki był cel misji? Ba, banalnie prosty. Strzelić jedną bramkę - świętujmy awans! Tymczasem los pokarał nie wiem za co już na początku meczu, Adriano ładuje nam bramkę z pięciu metrów, Jop się chyba zapatrzył na katastrofalne tego dnia boisko. Zresztą nie tylko on, i przeca Głowacki tamże stał, i Stolarczyk, a już o Baszczyńskim nie wspomnę. Kto wie, możliwe jest, iż w trawie coś zobaczyli, a raczej usłyszeli, co ewidentnie wskazuje, że "w trawie piszczy". Widocznie tak głośno zapiszczała, że aż zaślepiła. Niekonformistyczna ta trawa, że piszczeć-piszczy, nieprawdaż? Później nastąpi jednak jeszcze jeden związek z trawą, a mianowicie z biologicznym "kompostem", ale nie przyspieszajmy klepsydry, czasu jeszcze mamy sporo. Kto by pomyślał, socjologom się nie śniło o takich rzeczach, jakie to krakowska murawa doświadczać musiała, no proszę! Po początkowych minutach całkowitego chaosu, Wisła przyspieszyła, efekt jednak mizerny - na gola czekano, a gola dalej nie ma, no nie ma! Wyobrażam sobie już schorowych rencistów, którzy postawili całą swoją pensję w totolotka na wygraną Wisły, jakie to ekscesy się musiały dziać w ich domach, i jak serce to wytrzymywało, to ja dalej nie wiem. Ja już pewnie dostałbym zawału, niemniej na razie usprawiedliwia mnie fakt, żem młody, głupi, i niedoświadczony, i zdrowy oczywiście! Cóż, pierwsza połowa paliła języki kibiców niczym kwas, a te prześcigały się w optymiźmie na następną część spotkania, miny nietęgie, nadzieja już chyba powoli trybuny opuszczała, na piwo pewnie chciała iść, ale ktoś ze zdrowym rozsądkiem krzyknął: a panna gdzie?! I została. I chwała jej. Posypały się słowa w szatni, Heniu krzyknął i raz, i dwa, na trzy zaś kopał czym popadnie, co zaowocowało... awansem! Ach, tak się chłopoki przestraszyli, że jak wybiegli z szatni, to nic ich zatrrzymać nie mogło. Pierw Kosowski, bramkarz najwyraźniej zbyt przychylnie ocenił stan murawy za bardzo ją doceniając, strzał z 30 metrów - Gol, dziękujemy 1:1! Kibice nienasyceni łupem nawet usiąść nie zdążyli, a tutaj kropnął Żurawski, 2:1, dziękujemy, dogrywka. Fanatycy Białej Gwiazdy chóralnie odśpiewali swoje pieśni, a piłkarzom Parmy chyba tak nogi związało ze strachu, że dogrywka to praktycznie gra do jednej bramki. 3:1, 4:1, gwizdek, koniec, Schalke już czeka! Bravissimo Wisła, brawo Kasperczak, brawo kibice!

Szumu oczywiście, który powstał, w żaden sposób nie sposób było uciszyć, ba - coraz mocniej dawał się we znaki. Zasadniczo teraz już nie musieliśmy grać, bo ograliśmy Parmę, to już jesteśmy wielcy, dumni i wspaniali, niech nam Puchar od razu przyznają. Co prawda jeden mecz nie mógł w pełni pokazać umiejętności krakowian, niemniej ci nie zawiedli. Aż boję się pomyśleć, co w Polsce działo by się, gdybyśmy sobie nie przypomnieli, że dni kilka do nasgtępnego, nie mniej trudnego, meczu nam zostało z czołową niemiecką ekipą - Schalke 04 Gelsenkirchen. Ale co tam - bodaj (dochodzą mnie takie głosy), że nieliczna, acz hałaśliwa grupa do dziś dnia nie może wyzbyć się radości po meczu z makaraniorzami i ciągle krztuszą się śmiechem. Ograć Parmę to śmiech, Ograć Schalke to by dopiero było, ograć Lazio jeszcze bardziej (ale tylko ze względu na zaawansowany tok rozgrywek, czyli IV runda), a później... nie myślmy może. Cóż, nie każdy jest doskonały. Nie szkodzi. A czy ta szkoda szkody, bo tak to można nazwać, bramkarzowi Huguesowi przypomina, by oddalił się z klubu? Oj, przepraszam, ja już meczem z Lazio żyję, omijając potyczkę z Niemcami.

Pierwszy mecz u nas. Źle wylosowaliśmy. Logiczne jest, że straty odrobione (ale to są piłkarskie doktryny na "ślepo") na wyjeździe łatwiej odrabia się u siebie, niż po pierwszym spotkaniu na własnym stadionie trza wybrać się do twierdzy rywala. Nie narzekaliśmy jednak tak straszliwie i gwałtownie zapatrzyliśmy w poczynania obu ekip. Jakoże w Schalke gra nam dwóch dobrze znanych Polaków, mecz miał być prawdziwą gratką dla najwybredniejszego kibica. Dokonać mogliśmy analizy gry zagranicznych kopaczy na tle naszych rodzimych, a i również porównać sposoby rozgrywania akcji niemieckiej drużyny, która - paradoksalnie - rozgrywała piękną partię w Krakowie. Paradoksalnie, ponieważ akurat nie bardzo się chłopakom wiodło w Bundeslidze i spadał na nich grom krytyk oraz nieprzyjemnych opinii. Tym bardziej oczy wypierzchły mi na wierzch, gdy obejrzałem pierwsze kilkanaście minut. Oko aż się radowało patrząc na wspaniałe oskrzydlające akcje zakończone zazwyczaj dośrodkowaniem piłki z obu flanek, dwukontaktowa gra piłką, a - co najważniejsze i bodajże najwidoczniejsze - wymienność pozycji. O tak, cały atut Schalke w tymże właśnie tkwił. Biegali jak oszalali, grali hiszpański techniczny futbol, jak lwy walczyli i... nie zdołali wygrać. To już kompletny paradoks. Wisła, upatrując ją jako potencjalną ofiarę skazaną na wyeliminowanie, miast rozstrzygnąć sprawy u siebie, zagrała mecz bardzo słaby, przyćmiony przez gości, Żurawski nie błyszczał, Kosowski również, reszta blada i nieczytelna. Zamiast wspaniałego dla nas finalnego wyniku 1:1 powinno być obiektywniue 1:6 albo i więcej. Mpenza, Sand i koledzy wyraźnie jednak uzbroili się u złego fachowca, jeśli chodzi o strzeleckie celowniki. Ni to w bramkę, ni w bramkarza, ale w trybuny to już tak. 10 tysięcy krakowskich fanów rykło po raz pierwszy i ostatni pod koniec pierwszej połowy, kiedy to Poulsen, grający do tej pory rewelacyjny mecz, czyszczący pole nagminnie kasując naszych zawodników, wbił piłkę do swojej bramki, czego chyba się nawet nie spodziewał, nie wiedząc później, o co chodzi. 1:0 DLA WISŁY! Ta, i może już to przesądziłoby o skromnej bo skromnej, ale dosyć poważnej zaliczce Wisły na mecz rewanżowy, gdyby nie... Francuski Muszkieter, Hugues. Padają w Krakowie głosy, że "w Lyonie zarabiał siedem razy więcej, więc i grać-grał tyleż samo lepiej, tutaj siedem razy mniej dostaje, więc dla wyrównania proporcji, i siedem razy gorzej łapie". Ćoś w tym jest dziwnego, że ciągle jeden i ten sam piłkarz zawala kolegom mecz. Już może postawmy pomalowanego manekina, woskową ozdobę, ba - nawet stracha na wróble, może coś przestraszy, niż golkipera Białej Gwiazdy. Tępe to, Głupie, sztywne, minąwszy się z piłką (pewnie też i zbyt lekki, wiatr jak dął, tak go zdmuchnęło w prawo, miast w lewo), dał pole do popisu Mpenzie, który szybko zrobił co i jak, w pełnym biegu minął wszystkich defensorów i samego Huguesa, pustak, gol, ręce w górze i mamy piłkarskie szachy. 1:1. Aż się dziwie, że nie podziękował bramkarzowi za ten prezent, ja bym go hojnie wynagrodził. I takiż wynik do końca się utrzymał, jak już wspomniałem, baaardzo nas satysfakcjonujący, ale też przestrzegający przed rewanżem na Arena Auf Schalke. Bo, mili państwo, z taką grą i z takim bramkarzem - to przede wszystkim punkt wyjścia - szans to my nie mieliśmy z grą okołopodobną zaprezentowaną u siebie.

Po pierwszym spotkaniu nastąpiła troszkę dłuższa przerwa. Heniu, widząc wszystko niedostatki swego zespołu, chcąc jeszcze bardziej wykreować styl na francuski lub jak najbliższy temu, sciągnął zawodników do HOlandii, gdzie przygotowywać się mieli do - albo pożarcia, wracając na tarczy wśród straszliwych dyrektyw, albo też w glorii chwały niesieni uwielbieniem - kolejnego pojedynku. Wieści niby jakieś tam dochodziły, niby coś się działo, tu to, tam tamto, lecz przecieków poważniejszych zero, kompletna dezorientacja polskiego społeczeństwa jeśli chodzi o cykl przygotowań. W takiej niewiedzy to aż nie żyliśmy, kilka informacji wypłynęło (ale nie Wisłą) na powierzchnię, co my - nienażarte bucefały - przyjęliśmy i jak zbawienie, i jak niedosyt. MAstahy piłkarskie to aż denerwowały się, że nawet o swoim klubie dowiedzieć się niczego nie mogły, że to... że tamto... szok! Co za utopijna ideologia Kasperczaka! Bywa, jak makiem zasiał, czas ten minął i znów w akcji mogliśmy zobaczyć oba zespoły, w tym nasz polski rodzimy, jedyną szansę i ostoję, spodziewanego Mesjasza. I odmienionego!

Szum i nagonka prasowa (właściwie to o czym to ja mówię?! MEDIALNA!) nie wiem, czy nie denerwowała krakowian, ale ci wydawali się być wyjątkowo spokojni. Ani krzty zaniepokojenia, strachu, szacunku jednak do rywala dostatek, co potwierdziły pierwsze minuty, kiedy to szachowano się nawzajem siłami. A ten mecz to historia. Tak wielka dla piłki, jak dla historyków bitwa pod Grunwaldem, Powstanie Warszawskie czy zabicie Piłsudskiego. Śmieszne w naszym kraju stały się predykacje dotyczące kobiet, a w szczegolności ich sposobu bycia. Sławne zdanie "Kobieta zmienną jest" oblepiło już każdy bodajże mózg i na stałe wpisało się do naszych materiałów genetycznych komórek. Aluzyjnością do tego może być Wisła. Wisła nowa, młoda i odmieniona. Bo tak umiejętnie, konsekwentnie i przede wszystkim MĄDRZE druzyny polskiej od lat kilku już nie widziałem. Nareszcie Kasperczak wprowadził coś, co dotychczas 95% trenerów bała się zainicjować czy wszcząc, a mianowicie gra atakiem pozycujnym bez żadnej kopaniny panu Bogu w okno, na przysłowiową pałę. Ładne i składne akcje Wisły mogły się podobać. Szalał Kosowski, Żurawski miał być tam, gdzie powinien, obrona nareszcie grała w linii łapiąc na spalone napastników gospodarzy, czyściła pole, dobrze rozgrywali pomocniy, a cały zespół świetnie się bronił strefą. Żeby nie było, żem kompletny cham, do tego obrażony, pochwalę w tym miejscu bramkarza. Tak, całkiem zasłużył. Bronił niesamowite piły, łapał to, co miało wpaść, a skwasił to... co powinno być jego. Czyli w jego przypadku, wszystko inaczej niż przewidywano. Bramka Hajty obciąża jego konto w 100 procentach. Wcześniej jednak syciliśmy się i ostrzyliśmy języki na przerwę po bramce Żurawia, który huknął jak leci z prawej po długim meczu, nie słyszałem, ale chyba zapytał bramkarza: gdzie ci strzelić? Uwieńczył dzieło zapoczątkowane przez nikogo innego, jak Kosowskiego. Potwierdziły się głosy, że ta dwójka umie i lubi ze sobą współpracować, co dawało możliwość perspektywicznego patrzenia w przyszłość. Tymczasem taki ciach-bach, BAA-A-AAANG! i 1:1 z nieba. Połową sukcesu ostatecznego drużyny jest bramkarz. Tutaj rzeczywiście Hugues wypełnił lukę po 48 procentach, reszta jego błąd. Ale w późniejszym meczach ta odwieczna piłkarska maksyma już go raczej nie dotyczy. Co najwyżej w procentach minusowych, jeśli te istnieją. A nie istnieją. I ogólne wrażenie do tego zaniża swoimi kalecznymi rękoma. Wróćmy do meczu. Druga połowa z historią dla nas o tyleż wspaniałą, że triumfalną. "Gdzie?" - zapytał Uche, podwyższając na 2:1, na 3:1 uczynił to Żurawski raz jeszcze, później wszystkich dobił Kosowski, a kibice potentatna niemieckiego nie mogąc już znieść tejże amatorszczyzny i badziewiastej gry, czym prędzej udali się do domów. Nam radości nie było końca. W końcu to Schalke, To Schalke, To klub niemiecki, a my - bądź co bądź - nieoczekiwanie, wyszliśmy z bitwy o dzielenie ziemiami w Środkowej Europie zwycięzko. Po losowaniu otworzyła się szansa na podbój zachodu, widocznie jednak sławy nam w dostatek było, bośmy... ale to już wszyscy wiemy.

SLY ZACZYNA DYWAGOWAĆ O MECZU Z LAZIO :)

Włoska firma. Druga już, stopująca nam drogę po puchar, i ostatnia. Nie chciałbym tutaj agitować czy indoktrynować, ale Lazio było strasznie słabe. Swoją nieporadnością aż razili. Ale zawsze to lepsze niż słaba Roma. Pierwszy mecz - na Boga na szczęście - wyjazd. Jak trza wyjechać, tak trza. Całość oczywiście poprzedzał cykl przygotowywaczy i w Holandii, i gdzieś na Cyprze, później w Polsce i w kilku miejscach, o których nie mam pojęcia. Tylko Heniu wiedział, jak poustawiać odpowiednio klocki, by te zgrane ze sobą, automatycznie idealnie współgrały. O formie krakowian świadczy dobitnie fakt, iż pokonaliśmy jedną z lepszych drużyn cypryjskich (gdzie kuriozalnie i na złość chyba, gra Sosin i słaby Sibik, chcący grać ponownie w kadrze) 11:1!!! Wystrzeliliśmy fantastycznie w niwę wprawiając kibiców w niemały obłęd na punkcie ekipy znad Reymonta. Ciekawy wynik, zaiste. Dobry sparing i trening strzelecki. Gry nie widziałem, ale przecież rezultat sam za siebie gdakał. Co prawda przegraliśmy ze słabeuszami francuskimi, niemniej ci aktualnie mieli ligę, więc nie powinno nikogo dziwić. Ale niepokoiło.

SLY TERAZ ZACZYNA KONWERSACJE O MECZU PIERWSZYM :)

Przyjechaliśmy na miejsce. Stadion tak wielki, że aż wzbudzał w nas nowe miary wielkości. Szatnie wspaniałe, wszystko ładne, ale to, co w futbolu najważniejsze potrzebne do prawidłowej gry i chociaż IMITACJI gry, było boisko. Z tymże w późniejszych etepach, jak już dobrze wiecie, mieliśmy MY mnóstwo problemów i przykrości. A tutaj proszę. Stadio Olimpico (czy jak to cholerstwo się zwie) wcale nie predystynowało lepszej murawy! Ba - śmiem twierdzić, że jeszcze gorsza, nierówna i równie "GÓWNIANA", co nasza, jak to określił po dwumeczu trener Mancini. Delegat żadnych (mafia zadziałała, ja i tak sądził tak będę) niedogodności o dziwo nie zauważył, co wprawiło mnie w osłupienie, i nasi ruszyli na podbój Rzymu. Prawie uwieńczonym spektakularnym zwycięstwem, ale tym razem w roli kata wystąpił nie kto inny ja... o nie - mylicie się, to nie było Hugues! To Jop! Tak mu zeszła, że aż weszła - do naszej bramki. Dziwne tylko, że drogę znała. Taa... pewnię ją Włosi zaprogramowali, takiego starego lisa jak ja na sztuczną kurę nie nabierzecie. Tradycja - początek szachowanie i sprawdzanie własnych sił, kilka następnych minut bardziej zdecydowane ataki gospodarzy, wreszcie i jeden z nich się powiódł. Ktoś tam wybił kantem łba, drugi już kantem, ale nogi, huknął z prawej, leci, leci... i gol. 1:0 dla Lazio. Streścić cały mecz aż nei sposób, ale się postaram. Akcja dająca wyrównanie to istny majstersztyk. Rozklepanie obrony w środku pola około 30 metrów od bramki, podanie do nieobstawionego Uche, ten będący w rewelacyjnej formie, kiwnął raz, kiwnął dwa, jeden zamach, pustak, dziękujemy - 1:1!!! Już wydawało się, że dobrniemy do przerwy, niemniej Jop pomylił bramki, myślał że w ataku gra, ale mu wybaczmy. A więc 2:1 dla gospodarzy i, mimo wszystko, nadzieje płynące z naszej strony. Bo mecz można wygrać - i to dużo. Dużo, w znaczeniu 5:2. :) Jest, wychodzą nasi: Żurawski., Kosowski, Jop, Stolarczyk, Baszczyński, Strąk, Cantoro, Uche, Kuźba, Głowacki, Hugues. Nasza złota jedenastka. Let's begin! I zaczęło się. O tyle ta połowa śmieszyła nieporadnością sędziego, żeśmy dzięki niemu dwie bramki z niczego mieli. Dwa karne - nie wiem, gdzie on je widział, ewidentnie na powtórkach nie było ni to jednego, ni drugiego, a jak zawsze - bramki były. Piękna jest piłka. :) 3:2 dla nas, już mogliśmy przestać marzyć, grać też, puchar jest nasz. Jak wygrywamy na obcym terenie, to mają się wszyscy nas bać! Wszyscy, bez wyjątku! Przy okazji wyrównał Chiesa bodajże, znowu po błędzie (drobnym) bramkarza i całej obrony, której wycieczek się zachciało i na spalone łapać. Stolarczyk został, dwóch makaroniarzy jak nas wywinęli, bardzo szybkie raz-dwa-trzy, podanie do środka i gol. Kilka setek Wisły jeszcze, ale nie wykorzystane. Szkoda. Awans już tu mogliśmy mieć w kieszeni, ale sprawdza się kolejne powiedzenie: "miłe złego początki". Oj, miłe, miłe. Jak dla kogo. Na razie nie płakaliśmy jednak nad rozlanym mlekiem.

SLY TERAZ TROSZKĘ SOBIE POUŻYWA :)

Takiej manii futbolowej w kraju nie było od bardzo dawna. Dziennikarze poczuli smak pieczonego chleba i ile wlezie korzystali z tego, by rozpętać sensację, a już najlepiej, jeśli głównym jej ośrodkiem i źródłem był ktoś z krakowskiej Wisły. Niekiedy czytane przeze mnie opinie były iście w sobie tak kuriozalnie badziewiaste, że szkoda mówić. Zazwyczaj Wyssane z palca, śmieszne, ażeby nie powiedzieć rozbrajająca, redaktorom zaś do zarzucenia nikt nie miał, błahostki te jak najbardziej przechodziły im koło nosa. A co, jak się ma wolny kraj, tak słowo pisane "wolnym słowem" wyraźnie tchnięte było. Oj, tak się naczytaliśmy, steku bzdur, spaczonych czystych sensacji nie mających wprawdzie nic z prawdą, ale znacząco podnoszących wzrot poczytności gazety. Wystarczyło tylko machnąć dużymi koślawymi literkami tytuł na pierwszej stronie (najlepiej w konwencji Black&White) i już sukces gotowy, od dawna przecież pryncypia czy dogmaty te są "brane na żywca". Mimo tych kilku perełek artycznego rzemiosła, jakim jest pisanie, trafiały się również komentarze bardzo wyważone i odpowiednie na tę chwilę, przemyślane, śmiało uargumentowane. Podział na hit i shit jak najbardziej obowiązywał, a odczuwalne co niemiara! Wisła, nie zważając na nagonkę wokół siebie samej, spokojnie doczekiwała do spotkania rewanżowego, gdzie określenie "faworyt" przylegało do niej i pasowało jak ulał. Heniu trzymał spokój, atmosfera była, forma jest, brakowało tylko awansu. A ten na oddalenie ręki. Trzeba więc było tylko i aż odpłacić tą samą monetą, co Lazio, czyli skromnie zremisować, i czekać na kolejnego rywala, a właściwie już wiedząc, kimże on jest.

SLY PRÓBUJE SIĘ OPANOWAĆ...

Przylot gości do Krakowa sparaliżował na chwilkę lotnisko Babice (czy jak mu tam) z powodu nachalnych, natrętnych i napalonych na autograf kibiców, także obecność dziennikarzy nikogo nie dziwiła. Bez kontuzjowanych kilku piłkarzy trener Mancini zapowiedział, że Lazio powalczy o zwycięstwo, co i wydawało się może z jednej strony śmieszne, ale druga strona medalu potwierdza, że jak najbardziej ma rację. Bo przyjeżdza się po to, żeby wygrać, inne wyniki się nie liczą. Pamiętacie dobrze, jak nasz były selekcjoner, Engel, takimi słowami zawitał na łamy polskich pras, gdy odjeżdzał do Korei. Powstał dym zaraz po tym, jak się okazało, żeśmy słabi jak podwórkowe gnojki i wyjście z grupy było dla nas zbyt dużym wyzwaniem. Posypały się opinie, że zbyt pochopnie użył takowych słów dla polskiego narodu, który - jak wiadomo - uczuluony na każde najdrobniejsze orzeczenia, rościł sobie nadzieję na awans, później skowytem zaś pieprzył niesamowite farmazony. Prawda jest taka, że niezależnie od tego, z kim się na Mundial jedzie, to jedzie po to, by wygrać i zdobyć puchar! To przecież logiczne. Grasz w systemie grupa-system dwójkowy-przegrywający odpada i turniej ten poniekąd sam daje odpowiedź, po co się jedzie. Nie dlatego, żeby wyjść z grupy czy pokonać odwiecznego rywala, ale po to, by skopać poręcz wszystkim po kolei i odnieść triumf. Tyle. Wracając do meczu Wisła:Lazio, Mancini wyglądał na wyjątkowo spokojnego. Dwudziestokilkuosobowa ekipa odbyła jeden trening na murawie krakowskiego zespołu, po czym oświadczyła, że...

... w tych warunkach się grać nie da. To już nie chodzący paradoks, a biegający. Owszem, przyszedł delegat wyznaczony przez Europejską Unię Piłkarską, sprawdził, popatrzył, skonsultował się z trenerami obu klubów, z prezesem Basałajem, i w dniu meczu mówi, że mecz się nie odbędzie! PRzecież to już jest taki absurd, że szok! Spotęgowany w drugą potęgę, a nawet trzecią, jeśli łaska. Takiego idiotyzmu i skretynienia jeszcze się nie spodziewałem. Możecie powiedzieć do mnie, że ja się nie znam, że nie mi osądzać itp. Oczywiście, macie rację! Fachowiec swoje wie, swoje powiedział i osądził, doprowadził do szału osób kilka milionów, a uszczęśliwił ledwo garstkę. Jak to określił trener gości w późniejszym wywiadzie, cytuję z pamięci: "tak przechadzałem się po boisku i wprost nie mogłem znieść tego zapachu. Dowiedziałem się, że do nawożenia gruntu wiślacy używają łajna. A my na łajnie grać nie będziemy." Następstwem tego oczywiście był szereg wyzwisk i epitetów od tchórzy, bęcwałów, bucefałów, idiotów, panienek... ktoś powiedział, że bali się grać, bo zniszczyliby swoje fryzury. Czy prawda? Nie wiem. W świetle tym jednak należy rozpatrzyć inną sprawę. Przenieśmy się na chwilkę do zimnej Moskwy i tamtejszego Spartaka. Ostatnio z ciekawości oglądałem mecz Ligi Mistrzów tegoż właśnie zespołu, ale bardziej nie patrzyłem na - bądź co bądź - badziewną grę Moskwian, co nienadającą się do gry murawę. PRzecież tamte klepisko uosabiało jakieś kartoflane pole!!! I tutaj mała luźna dygresja: DZIWNE JEST TO, ŻE W NORWEGII (gdzie jest notabene z -20C), INNYCH KRAJACH SKANDYNAWSKICH I ROSJI MECZE ROZGRYWAJĄ SIĘ NORMALNIE, MIMO IŻ MURAWA TO KOMPLETNA IMITACJA MURAWY, A W POLSCE, GDZIE W PORÓWNANIU Z TYMIŻŻE, JEST OGÓLNY RAJ I BEZTROSKA, MECZE NIE DOCHODZĄ DO SKUTKU!!! Więc ja się teraz tutaj pytam pana delegata, dlaczego do jasnej cholery grać się nie dało?! Że co?! Że kontuzję można odnieść było?! Możliwe, ale popatrzcie na ruskich. Grają, grają, a jakoś urazów zbyt wiele nie ma. Pagórkowate boisko za to owszem. U nas - wiadomo - liga nie ruszyła jeszcze, więc i murawa dostatecznie nie przygotowana, na tyle jednak dobra, że mecz bez problemu mógłby się odbyć, co w późniejszym czasie wyraźnie próbowało powiedzieć kilka znanych osobistości ze światka futbolu i medii. NAturalnie trza było się obejść ze smakiem i czekać znów czas jakiś, aż szanowny pan delegat wyznaczy nowy termin rozgrywania meczu. Najbardziej jednak żal mi było kibiców. I to wcale nie tych z Krakowa, a dojeżdżających na mecz, powiedzmy sobie z takiego Gdańska. Jedzie sobie chłop, pełen asortyment potrzebny kibicowi, uśmiecha się na lewo i prawo, zatrzymuje na stacji benzynowej kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa i nagle dowiaduje się, że meczu nie ma - odwołany! Toż to przecież od razu zawału bądź konwulsji człowiek by dostał! Rozumiem, dwa dni przed meczem, nawet jeden, ale nie kilka godzin przed jego rozpoczęciem!?! I ja tej wiadomości dalej zasymilować nie mogę. I nie uczynię tego, choćby mnie prali zardzewiałymi grabiami. Gdy pierwsza fala krytyki minęła, kibice nieco już ochłonęli, spokojniej patrzyli na rozwój wypadków, obiegła nas wiadomość - dla mnie emanująca kretynizmem głębszym niż Rów Mariański - włoskiego klubu, który domaga się OD WISŁY ZAPŁACENIA IM ZA SAMOLOT I HOTEL!!! To już totalny kicz i bezguścia muszą siedzieć na stołkach prezesury Lazio, żeby na coś takiego odważyć się przedsiąwziąć. Co zrobiła Wisła? Zapłaciła, a jakże, toteż strona przeciwna tryskała radością. Choć, moim zdaniem, nie bardzo im się należało. Ciężkie życie marynarza, jak mówi mój kolega. :) Pomińmy jednak to prymitywne zachowanie i skupmy się na sprawie nas najbardziej interesującej. Delegat wyznaczył kolejny termin - raptem już tylko (aż) tydzień później. Czekamy więc.

SLY POWOLI (ALE TO POWOLI TO NAPRAWDĘ POWOLI) ZBLIŻA SIĘ DO KOŃCA

Oj, posypały się opinie. Jak zawsze zresztą, Polacy nigdy dłużni nie zostają, co jest cechą równie pozytywną co negatywną. Na Wirtualnej Polsce pojawiły się nawet przyśpiewki fanatyków Białej Gwiazdy i ich zdania na temat Lazio, oczywiście wszystko zironizowane, wybitnie komedianckie, zabawne i brutalne. Słowa kulturalne, przesłanie jakieś to posiadało, naturalnie jednak całość po prostu wyśmiewała działalność, grę i mentalność Lazio od ich stóp aż po głowę. Czego to kibic nie wymyśli w konfrontacji z rywalem... Krakowianie trenowali u siebie (chyba gdzieś wyjechali również), a na bóle brzucha ciągle skarżył się Żurawski. Wszyscy bez wyjątku natomiast czuli się nie tyle, co oszukani, a troszkę rozczarowani ze względu na nieodbyty mecz. I czy tu się trzeba dziwić? Z potężnej, płynącej szybko i bezwględnie Wisły nagle spuchło powietrze i cały entuzjazm poszedł do lasu, tam zagubiwszy drogę. IDEALNA TAKTYCZNA PRZYMIASTKA MANCINIEGO TRAFIŁA W SAMO SEDNO I URAZIŁA JAK TYLKO MOGŁA NAJBARDZIEJ. Tak oto ze skoncentrowanych po szczyty granic Wiślaków wytworzyła się emocjonalna papka. Mnóstwo było pytań, żadnych natomiast odpowiedzi. I to najbardziej przeszkadzało. CZy Zurawski zagra, czy Wisła poradzi sobie i awansuje, co zrobi Kasperczak, na co liczy Mancini??? Nie przestawało szumieć przez cały tydzień, a media skrzętnie pogłębiały atmosferę zbliżającego się spotkania podsycając to i jednych i drugich swoimi pytaniami i dyrektywami względem rywalizacji. I tak można było się dowiedzieć, że (według piłkarzy Lazio) na boisku krakowskich swoje fizjologiczne potrzeby załatwiały krowy, a łajno utwardzało murawę + kilka innych, których nie przytoczę i oszczędzę Wam spalenia kalorii ze śmiechu, jeśli dotąd jeszcze nie przewróciliście się. Jak już wspominałem, uniwersalna zaiste to trawa była. I piszczała, i pachniała, i była miejscem wiecu szalonych polskich krów, i do tego posiadała zagadkę trzymającą poziom Komaty Tajemnic w Potterze, a mianowicie: co we mnie jest nie tak? Nie wiadomo - rzekła sama i zasnęła. Jak już się obudziła, zobaczyła, że zmieniła kolor z słabozielonego na granatowo-żółty. Za dużo krów stolec oddało? Nie, filtracja murawy różnymi barwnikami przyniosła takiż oto efekt. Uch, to się ucieszyli piłkarze Lazio, gdy im potwierdzono, że łajno i krowy to nie nasze orędzie. Murawa dalej się im nie podobała, ale przeboleli. Z panienek stali się tylko lalusiami! Widzicie, awansowali z płci żeńskiej na płeć męską, co już oznaczało wyraźny wzrost szacunku polskich kibiców w stosunku doń. Tydzień ten minął tak szybko i tak nagle, że aż za szybko. Mancini naturalnie wrócił do Polski już z kilkoma zawodnikami, którzy ówcześnie narzekali na kontuzje, a oni sami zagrali pierwsze skrzypce na boisku, jak choćby Stankovic. Niegłupia chłopina z tego trenera, ale czyż on takiego Zeusa jak ja na Parysowe jabłko chciał wrobić? Inteligentni kibice - co oczywiste - wiedzieli, na czym polega piłkarski poker Włochów. Zadzwonił ostatni dzwonek, dryndnął ile sił, pojawił się znów delegat, pochodził, popatrzył... "wszystko gra panowie - jedziemy z koksem, gramy!!!" No i grać trza było. Nie ma wyjścia.

Wrócę może jednak do pominiętej przeze mnie sprawy. Po pierwszym nieudanym podejściu w stosunku do delegata, krakowscy działacze, chcąc rozegrać mecz u siebie przy własnej publiczności, zainwestowali w podgrzewane namioty mające za cel osuszyć murawę, a następnie przywrócić ją do w miarę właściwego stanu. Chciałbym taki namiot, nie powiem. Ale mieć nie będę. Wiecie, co jest duże, zasłania pół boiska, kosztuje wszystko razem 700 tysięcy złotych i do tego wykonuje masę pożytecznych procedur? Retoryczne - jak diabli. Namiot, naturalnie! Plus - wspomnijmy - cena za doprowadzenie murawy do stanu użyteczności. TAK OTO, PSZE PAŃSTWA, BYLIŚCIE ŚWIADKAMI NAJROŻSZEGO W DZIEJACH POLSKIEJ PIŁKI, MECZU!!! Tyle kosztował interes i możność zrealizowania meczu. Powiedzmy, że poziom boiska wcale lepiej nie wyglądał niż poprzednio, ale na tyle rozkołysał uśmiech na twarzy delegata (którego nawet nazwiska nie znaliśmy), że mecz stał się faktem. Zaiste jednak nietrafiony był to interes. Niby żarł, niby trawił, a zdechł i upadł. Miast awansu do następnej rundy i połowicznego zwrócenia kosztów napraw, zanotowaliśmy spadek i w zamian nie dostaliśmy nic. Prawidłowo - przegranym się nie należy! Pozostaje tylko pytanie, jakżesz ten interes nie wypalił... tego największe mątwy światowe pojąć nie mogą.

SLY POSTANAWIA GADAĆ O MECZU

Nic nie trwa wiecznie. TO względność i teoria niepodważalna. I okrutna. Bo chciałbym być nieśmiertelny. Mecz rewanżowy nareszcie ziścił się! Wybiegli więc na murawę. Hugues, Głowacki, Stolarczyk, Jop, Baszczyński, Uche, Cantoro, Strąk, Kosowski, Żurawski i Kuźba. W Lazio nie wiem, kto grał, bo tych słabeuszy nie znam. Coś tam mi świta jednak i oscyluje w nazwach Simeone, Lopez i Chiesa. Więcej znać-nie znam, i znać nie chcę! Jeszcze nie rozsiadłem się jak bożyszcze na fotelu, a tutaj patrzę, Uche jak zakręcił wbijając w ziemię trzech obrońców, posłał piłkę do Kuźby, ten przyjął na odległość, dobiegł, popatrzył... - Nazywam się... przerwał, bo huknął z lewej po ziemi, a futbolówka idealnie koło nogi bramkarza i 1:0 dla Wisły!!! -... Marcin Kuźba, dokończył po zdobyciu gola. Czy był w Polsce kibic, który nie wierzył w tejże chwili w awans krakowian. Bynajmniej. Wątpię. Boiskowy wir wydarzeń jednoznacznie pokazywał, która drużyna prezentuje futbol bardziej dojrzaył widowiskowy i ofesnywny, i komuż to następna runda tak naprawdę się należy. A zawodnicy gości niczym pachołki latali za piłkę do 16 minuty, z widowni gromkie śpiewy dodawały wigoru wiślakom, Mancini nie wytrzymywał psychicznie, już miałem dzwonić po karetkę, żeby go wzięli, ale się opanował i uspokoił. Majsterszyk w wykonaniu chłopców znad Reymonta w pierwszym kwadransie dawał mi do myślenia, dlaczego my nie gramy w Lidze Mistrzów?! Przecież z taką grą, wymiennością pozycji, klepką i masą podań, mielibyśmy szanse (i nie wyolbrzymiam!!!) z Realem Madryt. Uche szalał na prawej flance pytając tylko defensora, z której strony waszmość chce, aby go minąć. Cantoro rozegrał idealną partię na środku przewyższając rzymskich pomocników o co najmniej klasę. Kosowski dno, Żurawski dno, świetny Kuźba, obrona niczego sobie. I tu smaczek, przykry. Będąc kilkakrotnie lepszym zespołem przegraliśmy. Jak? Dzwońcie infolinią do Huguesa, może raczy odpowiedzieć, o ile jeszcze łomotu grabiami nie dostał. Jego niepojęty kretynizm dał się tak we znaki, że przegraliśmy w ostatecznych rozrachunku! Bo, drodzy moi, nie wiem, jak można popełniać błędy na poziomie trampkarza. Wychodzi do piłki, Baszczyński robi mu miejsce, a ten w ostatnim momencie cofa się do swej twierdzy, lecz za późno i mamy wyrównanie! Szok! W międzyczasie zmiana sędziego kompletnie wybiła naszych ze swojego rytmu i śmiem twierdzić, że to był kulmninacyjny moment tego spotkania. Wracając do Huguesa, chyba zbytnio zapatrzył się na uda Jopa, w jego mniemaniu takie męskie i piękne były, i zapomniał o bramce, w ostatniej sekundzie ktoś mu krzyknął, i się chłopak nawrócił na dobrą drogę życia. Ale jak zawsze - za późno. Piękne muszą być te uda Jopa, jeśli tak długo się im przyglądał, no! Minęło później dobrych kilkanaście minut bez jakichś spektakularnych akcji, niemniej nie pozwalało to nie szaleć Uche, najjaśniejszemu punktowi tej drużyny, w przeciwieństwie do... Żurawskiego.

Jak już kilkakrotnie wspominałem, ten non stop skarżył się na jakieś dolegliwości. Tu go boli, tam go boli! Jeśli taki wrak nieużyteczności, po co zasilił pierwszą jedenastkę, hę?! Że gwiazda i grać musi?! Żaden argument, żadne wytłumaczenie. MÓGŁ BYĆ, MIMO WSZYSTKO, BOGIEM KRAKOWA, ZOSTAŁ ZA TO POMIATANĄ LALKĄ. Wiecie już pewnie, o co chodzi. Dwie minuty do końca pierwszej połowy, akcja prawą flanką, długie podanie, Żuraw biegnie, z drugiej strony Kuźba (popatrz na lewo, popatrz!), a ten w sposób idiotycznie głupi, wręcz sztabancko badziewiasty, kopie panu Bogu w okno, miast podać partnerowi na lewo. Mając 2:0 i awans w kieszeni, mamy zupełnie kontrastowo 1:2 i siedzenie na starych śmieciach, czyliż granie z polskimi patałachami. Absurdalny i niewytłumaczalny egoizm Żurawskiego przesądził praktycznie o wyniku meczu. Nad rozumem wzięła górę ambicja i efekty mamy. Wszak jednak święty Piotr zobowiązał się do wyciągnięcia sankcji dyscyplinarnych wokół napastnika wiślaków za stłuczone okno apartamentu Boga. Teraz Jego Ekscelencja światem rządzić nie będzie mogła jak należy. Już, jak widziałem wczoraj w nocy, zastęp aniołów z grabiami leciał na ziemię. Może w cidry dostanie raz i więcej tego błędu nie popełni. Skończmy te baaardzo sensowne dywagacje i przenieśmy się do wydarzeń drugiej połowy.

A ona rozwiązała wszystkie dotychczasowe zagadki. Wisła grała coraz gorzej, Lazio identycznie kaleczyło, a mimo to wygrało, a przesądziły o tym nie kolektyw drużyny, a poszczególne umiejętności zawodników. Jedyne, co u zespołu gości mi się podobało, to wspaniałe kontry. I ich nieszablonowe rozwiązanie. Biegł środkowy pomocnik centralną częścuią boiska, napastnicy rozpierzchli się na boki, playmaker grał na skrzydło, po czym kierował się do bramki, aktualnie zawodnik z piłką albo dośrodkowywał na głowę naszych, któzy wybijali na szesnatkę (a tam właśnie stał jeden z Rzymian - zawsze!!!), albo indywidualnie próbował zakończyć akcję. I tak padła jedna bramka. Czterech pachołków (bo tak już to można nazwać) stało koło pomocnika gości dając mu dośrodkować, Jop niestety nie mając oczu z tyłu wybił piłkę na szesnastkę (za nim stał Stolarczyk, dlaczego nie dobiegł do Chiesy?!?!?!), tam już odpowiednio ustawiony kat naszych zespołów w pucharach idealnie się złożył, kropnał lekko... i gol! 1:2! A Hugues, jak go wbiło w ziemie, tak się ruszyć nie mógł! Ja wiem, może on tych aniołów widział, co po Żurawskiego leciały, czy cuś, tak chłopaka przywiązało. Ale powinien się rzucić. Popełnił naturalnie kategoryczny błąd, bo stał na linii bramkowej, a nie na szóstce lub okołopodobnych okolicach! Tylko skróciłby kąt, piłka byłaby u niego w rękach, długie "wyyyyjazd" i hura do przodu! A tak, pomińmy resztę. Z nim związaną.

Zawalił Kasperczak, co dziwne. Dziwne o tyle, że niespodziewane. Już w połówce zdjąć miał Żurawskiego zostawiając Kuźbę, tymczasem stało się odwrotnie i były zawodnik Auxerre bodajże, pierwszy opuścił plac gry! Skandal! Nie wiem, w czym tkwi siła Żurawskiego, jego potencjał i możliwości, ale tego dnia najzwyczajniej słaby jak cholera wiślak nie miał prawa bytu. Mieliśmy śmieszną sytuację, Kuźba ława, później nareszcie Żurawski, a na boisku żadnego potencjalnego napastnika!!! I kto miałże bramki strzelać? Oj, Heniu się nie popisał. Sam zwieńczył katastrofalne dzieło, które zainicjował. Włożył rękę do pułapki na myszy, pokusił los, za bardzo z nim w kotka i myszkę i efekt. "Kotek i myszka" niegłupi, więc wmówiszy sobie "to ty tak?! To my tak!" i pokusić się nie dał. I przegraliśmy. Oj Heniu, zagranica za dużo już w mózg wpieniła, przeca przysłowie mówi jasno i dobitnie: nie kuś losu. Będąc jednak na emigracji z kraju nie dziwię się, że Heniu tejże maksymy raczej nie znał. A niewiedza jest zła i tak okrutna, że hola! Już do białej gorączki doprowadzały mnie ataki Wisły pod koniec meczu. Nie wiem jak Wy, ale ja - widząc rezultat i uciekający czas - postawiłbym na stoperze tylko takiego Stolarczyka, resztę pogonił pokrzywami do przodo na sławny "młyn" i tyle! Stolarz kopnąłby piłkę w pole karne, tam gdzieś się odbije, ktoś kopnie, uderzy, rach-ciach-bach, ręka, dziękujemy - karny! Prosta wyrwana z ligi angielskiej filozofia! Gdzie mózgiem nie można, tamże siłą. I mówię Wam, efekt byłby piorunujący. W takim amoku, szamotaninie i gąszczu siatka raz ostatni zadziurawiłaby się. Kasperczak pewnie o tym nie pomyślał, nic nie krzyknął, a my bezradnie patrzyliśmy, jak ostatnie trzy minuty to 120 sekund wybijania autów, reszta grania przypominała klepanie piłki między obrońcami, żadnej konkretnej wrzutki na pole karne! Pożal się Boże, słowa na wiatr rzucone... I przegraliśmy. Włoskie La Gazetto Dello Sport napisalo po meczu "Lazio wygrało w zimnie piekielnej otchłani Krakowa!". Taki jest właśnie futbol, okrutny jak go strzelił!

Co dalej? To tylko jedno z pytań, na które nie mamy dziś odpowiedzi. Czy odejdzie Kasperczak (nikłe)? Co z Żurawskim i Kosowskim? Nastąpi zatrzymanie się krakowskiej Wisły pod względem sportowym? Jaka będzie gra krakowian za kilka miesięcy? Te nużące pytania zawracać nam będą głowy jeszcze przez długi czas. Odpowiedź na każde z nich poznamy na pewno. Nie będę bawił się w proroka i nie powiem o swych myślach na ten temat, wnioski niniejszego tekstu pozostawiam Wam. Jeśli czekać na jakąkolwiek pointę, srodze się zawiedziesz. Nie ma jej i nie będzie. Tak jak chłopców znad Reymonta w dalszych poczynaniach w Pucharze UEFA.

"Zagrali jak nigdy, przegrali jak zawsze."

SLY

Sorry za jakieś błędy, ale wysyłam to w ostatniej chwili. Tekst, nie licząc przerw, pisałem jakieś sześć godzin, czyli dużo. Wy stracicie nań jakieś 20 minut. Choć stracone do końca to one nie będą. Pozdrowienia dla redakcji. Pisząc tak długi tekst widocznie nie miałem co robić. Miałem. :)