ADAM MAŁYSZ MISTRZEM ŚWIATA NA SKOCZNI MAŁEJ... 

Dokonać połączenia kilku rzeczy tak, aby było to atrakcyjne dla obiorcy (konsumenta), jest trudne do zrealizowania, i nie bójmy się użyć tego słowa - męczące oraz czasochłonne. Poważniej jednak zastanówmy się, czymże są te "rzeczy"? CZYMŚ z THE THING, strasznymi stworami z oblizgłymi, tudzież oślinionymi mordami, swoistą wiązanką sprzetów domowych, czy zupełnie niewyobrażalną, i zdaje się niemożliwią, mieszanką, połączoną w spójną całość wyjątkowo zgrabnie i elegancko. Szukasz czegoś na miarę twoich niedoznanych dotąd emocji, pożerających ci w świadomości jelita, niebanalnych wartości pokazanych w dwojaki sposób, nietypowo i konformistycznie? Czegoś na miarę skrzyżowania epickiej powieści Tolkiena, wspaniałej akcji, walki z kilku frontów czy nagłej zmiany pałeczki symbolizującej aktualne panowanie w Śródziemiu? A może gdyby tak dołączyć do tego fantazję, komizm i zupełną groteskę stylów rodem z "Akademii Pana Kleksa"? Mało ci? Co powiesz więc na nieobliczalność młodego Pottera, upadłą walkę o najwyższe cele okupione wieloma ranami odniesionymi wskutek walki, zajadłość i upór? Gdzie spotkać wszystkie te wymienione powyżej zjawiska, które są pretekstem do przedstawionego przeze mnie tematu? Odpowiedź wydaje być się retoryczna ze względu na fakt, jaki ja kącik prowadzę. Tak, odbiliśmy właśnie w inną bajkę. Bajkę jedyną w swoim gatunku, rozbrzmiałą wśród milionów, sławną, która okupuje nie tyle, co sklepowe półki, ile odbiorniki telewizyjne. Tak, po tym niesamowitym miszmaszu, dotarliśmy do... KONKURSU MISTRZOSTW ŚWIATA NA MAŁEJ SKOCZNI WE WŁOSKIM VAL DI FIEMME. Zakręcone? Bardzo. Tak jak koalicja polskiego rządu, niniejszym która, jeśli dobrze jestem poinformowany, "nagle" przestaje istnieć, gdyż jedna jednostka tworząca nierozerwalną z pozoru strukturę, wyłamuje się z przyrzekanych dotąd obowiązków i obiecanek. Nie, prać głów Wam nie chcę, już kończę, polityki dość mam.
Tutaj, zgoła inaczej niż kilka dni wcześniej, podchodziliśmy do tego, drugiego już, na przekroju tygodnia, święta narciarskiego. Zawody na małej skoczni udowodnić bądź podważyć kilka aspektów. Czy Hannawald się obudzi, a jego kuriozalna postawa na obiekcie K-120 była tylko chwilowym załamaniem formy, czy też prawdziwym kryzysem i porażką coacha Hessa, który w moim mniemaniu jest z pozoru zamaskowaną sztabą żelaza o stalowym wyglądzie twarzy, w sobie zaś skrywającym troski i największe żale, ale też trzymaną chyba jeszcze rozpacz. Nie łudźmy się - Hess udowadnia, że jest twardy fizycznie, psychicznie również, lecz gdzie tam! Nie wiem, czy on ma mnie za jakiegoś pachołka i żołdaka "naiwności", ale takiego starego lisa jak ja, na sztuczną kurę się nie nabierze. Mamy więc postać pozera, a ten jednak - wychwalając jego sukcesy - wykonał kawał niezłej roboty z reprezentacją niemieckich skoczków z tą adnotacją, że zamiast niwelować wady, skrzętnie je pogłębiał i udoskonalał, co swojego rodzaju brzmi jak paradoks. Drugim aspektem wyraźnie dominującym nad innymi było pytanie zawracające umysły każdego człowieka w Polsce (na świecie też, acz przeważnie u nas): czy Kasai i Hautameki dalej dadzą popalić Małyszowi? Czy stać ich na to? Trzecią wreszcie zagadką, najbardziej nam bliską sercu, była niewiadoma schowana pod osobą skromnego, jak zawsze, Adama Małysza. Skromnego, niemniej wyluzowanego po pierwszym konkursie. Tytuł Adam już ma, po co więc się męczyć i zdobywać kolejne? Przeca to takie trudne, ten wariant jest very difficult, do tego bardzo złożony, tudzież nieszablonowy? Prawda i tylko prawda głosi: jeśli już triumf jeden odniosłeś, sięgaj i po następny. Adam, wyraźnie idąc za moim dekalogiem, postanowił powalczyć, naturalnie wprawiając w złość i roztargnienie Mastahów, którzy obstawiali przy piwie z kolegami, że Adam w stanie wygrać nie jest, i tyle!
Rozpisywał się tak bardzo nie będę, wspomnę tylko o najważniejszych rzeczach. Błysk został odnaleziony. Kto znalazł? Trener, a jakże! Gdzie? Tego już nie wiem i w stanie pojąc nie jestem. Mieliśmy jednak sylwetkę dawnego, wspaniałego Małysza, przeskakującego rywali o kilka metrów i kilkadziesiąt punktów. Takiej kasacji i indywiduum jeszcze nie było, i śmiem twierdzić, że się przez czas długi nie pojawi. Konkurs dostarczył mnóstwa emocji. Genialne skoki, fenomenalne sylwetki w locie, chwile radości, napięcia, wreszcie odprężenia po ogłoszonych wynikach. TE zawody były szczególne. Nie dość, żeśmy święcili drugi w ciągu tygodnia triumf, do tego prześliśmy (no, nie uogólniajmy, Adam przeszedł) do historii światowych sportów zimowych. Po skończonym rodziale w Lahti, nastąpił kolejny, już drugi. Jak ziemia szeroka na staj tysiące, tak Adam skakał w ową sobotę rewelacyjnie. Zaiskrzyło w jego nogach, ten dynamizm i ta moc, o której wspominał tak trener Tajner, wreszcie została uwolniona z sideł, a efekty sami widzieliśmy, a które to przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Nic więcej, ttylko klaskać w dłonie, i cieszyć się, i klaskać ponownie, i bić brawo i cieszyć się, i się cieszyć, i klaskać ciesząc się, i klaskać. Tyle ja, jako wielki fanatyk i człowiek szanujący ewenementy światowe, mogłem z siebie dać. To nie jest tak, że ja byłem zawsze za Adamem, żeby ludzie nie myśleli, iż teraz zgrywam się na łamach. Nie, to nie tak. Oczywiste jest chyba, że był moment, kiedy lekko zwątpiłem i już przechylonymi wargami chciałem powiedzieć "Koniec", ale jakbym sam nie wierzył, nie mógłtego wykrztusić, nie chciałem tego wypowiedzieć. Kozaka z siebie robić nie będę, gdyż ten ze mnie żaden pewnie, ale chyba teraz troszkę wtajemniczyłem co poniektórych ludzi, którzy ciągle, notorycznie i skwapliwie pytali się mnei przy każdej nadarzającej okazji, czy nadal jestem za Adamem? A ja już im odpowiadałem twierdząco, bo jakżeby inaczej, mi nie wypada przeca! Mniejsza z tym.
Poziom konkursu to rewelacja. I wszelkie synonimy tegoż słowa. Odleeeeegłe skoki. Po 105 metrów, jak to się miało w przypadku Ingebrigstena, aż po obecny rekord skoczni, 107,5 metra - naszego Adama! Taki oto wynik uzyskał bezwzględnie wtedy najlepszy skoczek na świecie, i co do tego nie było chyba wątpliwości? Znów błysnął Kasai, udowodniwszy wszystkim, żeśmy palanty i skreśliliśmy go za wcześnie, co nam absolutnie tak szybko i tak nagle wybił z głowy. Upadek Liegla i złamana ręka bodajże była jednym z przykrzejszych momentów imprezy. Odnalazł się Amman, zagubił za to Kranjec i - idąc tokiem myślenia - Hannawald. A szkoda... Hautameki przegrał z własnym sobą i swoimi myślami, skacząc drugi skok w granicach punktu K, co było wynikiem niewystarczającym. Zresztą, zawodnicy oscylowali w średniej na skok (druga seria) jakieś 95 metrów tworząc zarazem fantastyczny wynik biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że początkowi zawodnicy, mimo zakwalifikowania się do finałowej trzydziestki, kaleczyli niesamowicie. Nadrobiła to jednak czołówka, z nawiązką uczynił tak Małysz i o całe 16 punktów (odpowiednik 8 metrów na tym obiekcie) pokonał w ostatecznej klasyfikacji Norwego Ingebrigstena oraz Japończyka Kasai, który pokonawszy swego rodaka Miyahirę o zaledwie 0,5 pkt. po raz drugi stanał na podium na tej najważniejszej imprezie w roku. A nasi? To pytanie też można sobie już spokojnie odpuścić. Jeśli chcecie pokazać swoim dzieciom, koleżankom czy teściowym (plus jeszcze kilka opcji do wyboru), jak się należycie nie wykonuje zawodu i jak wszystko można spieprzyć nie ponosząc za to żadnych konsekwencji (prócz moralnych wyrzutów sumienia), pokażcie im proszę dyspozycję polskich skoczków, w byle jakim konkursie, a gwarantuje, żeście i Wy, i Wasi towarzysze zrozumiecie, co to tak naprawdę jest "Big Shit". Niniejszym tekst kończę, gdyż spać mi sie chce. A jest już 0:30. Mastahowie, żołdacy i pasierbki Czarnego Władcy, upadnijcie na kolana i złóżcie hołd tym, którzy zasługują i którzy zatriumfują, albowiem oni są wielcy i wielcy pozostaną, tak jak WIELKI JEST ADAM MAŁYSZ!
SLY