"KOWAL - PRAWDZIWA HISTORIA" - ODCINEK 2 
Dzieciństwo Wagary Bródno (odcinek 2)
Idę ulicą, chłopaki z osiedla się na mnie patrzą, trochę inaczej niż zwykle. Nie wiem, czy to nie za duże słowo, ale może są dumni. Już wcześniej na Bródnie byłem popularny. Ludzie cieszyli się, że gość z ich bloku - a blok mam spory - gra w piłkę, w dodatku w Legii. I do tego kręci Włochami, jak kolegami z podwórka! Z moim przyjściem do Legii było tak, że w zasadzie już miałem przygotowane wszystko z Polonią. Grałbym na Konwiktorskiej, choć kibicowałem Legii. No, ale skoro zglosiła sie Legia, to decyzja mogła być tylko jedna - idę! Zawsze byłem kibicem tego klubu. Chodziłem na mecze jeszcze, gdy mieszkałem na Woli, gdy nie miałem 11 lat. Tata razem z kolegami szedł na stadion, to i ja sie gdzieś tam pałętałem. A potem to już były wycieczki z Bródna, wesołym autobusem. Takim wesołym, w którym często się coś psuje, coś wypada. Ja też nim jeździlem, też czasami coś psułem. Taki byłem - zwyczajny. Gdy zgłosił się pan Oledzki, to już wiedziałem, że w Legii będę grał. Wprawdzie czekał mnie jeszcze decydujący test - mecz sparingowy sprawdzanych zawodników kontra Legia - ale wiedziałem, że go zdam celująco. Nawet opiłem ten sukces! Dzień przed meczem zorganizowaliśmy z dwoma kolegami małą imprezkę i... wznieślismy toast za moją grę na Łazienkowskiej. No to skoro już przyjąłem gratulacje, to jak mogłem dać plamę? Nie mogłem! Nie dałem! Byłem w Legii! Całe moje dzieciństwo było jednym wielkim dążeniem do gry na Łazienkowskiej. Szybko wyszło na jaw, że skończyłem tylko sześć klas szkoły podstawowej. Szkoła... komplikowała mi plany treningowe. Miałem wybór - albo zostanę piłkarzem, albo magistrem. Czasami tylko wpadałem na WF i pomagałem chłopakom wygrać ważny mecz.
- Kowalczyk! - mówiła nauczycielka.
- Nie ma! - odpowiadała klasa.
To było tak oczywiste, jak piątka z WF. W końcu już przestali czytać moje nazwisko, a ja... raz na jakiś czas wpadałem.
- On jest! - poprawiała nauczycielkę klasa, gdy o mnie zapominano.
Byłem lubiany, choć nietypowy. Nikt jednak nie miał ze mną problemów. Tyle tylko, że mnie nie było. Wiadomo - rano ciekawe filmy w kinie, pózniej treningi. Zawsze byłem najlepszy, wygrywałem wszystkie turnieje i wiedziałem, że będę piłkarzem. Gorąco miałem tylko raz w miesiącu, gdy były wywiadówki. Zdarzało sie oberwać sznurem od żelazka. No bo rodzice myśleli, że ja się normalnie uczę.
- Idę do szkoły! - krzyczałem na odchodnym, każdego ranka, zarzucając plecak.
- Powodzenia! - żegnano mnie.
Raz była nawet taka sytuacja, że na trzy dni uciekłem z domu. Pojechałem do... rodziny.
- Cześć, rodzice mnie przysłali na trzy dni - powiedziałem.
A chodziło o to, że po wywiadówce miałbym areszt domowy. Tymczasem Olimpia rozgrywała ważny mecz. No i rodzice znaleźli mnie dopiero na murawie. Musiałem być piłkarzem!
- Szkoła mi chleba nie da, tylko piłka! - powtarzałem.
- Przecież w piłce kasa jest za granicą - powtarzali mi koledzy.
- No własnie! - odpowiadałem.
Moje Bródno to przyjaźnie na całe życie, osiedlowe walki, gra w kapsle, piłkę i tenisa. Niczego nie żałuję. Że nie zostałem magistrem? Znam magistrów, których za mądrych nie uważam. Sam nigdy głąbem nie byłem. Z polskiego, matematyki czy geografii byłem jednym z najlepszych w klasie. Potem tylko do tej nauki zniechęciła mnie chemia i fizyka. No i raz powtarzałem klasę, bo po przeprowadzce z Woli na Bródno nie mogłem się w nowej szkole zaaklimatyzować. Nie to, co... w Legii! Ale o tym nastepnym razem.